wtorek, 30 lipca 2013

The Wolverine (w Japonii)


No i obejrzałam. Nie tylko dlatego, że akcja tym razem dzieje sie w Japonii. Ale dlatego też. Podobnie jednak jak Kasia z Japonia pełną chochlą podchodzę do tego typu kina tylko i wyłącznie (a przynajmniej się staram) od czysto rozrywkowej strony - nie oczekuję arcydzieła, a jedynie dobrej zabawy. No i może niezbyt głupiej. :)


Najnowszy film opowiadający o Wolverinie oparty jest na komiksach z serii "japońskiej", w których akcja dzieje sie właśnie w Japonii. Nie będe opisywać fabuły, napiszę tylko, że Wolverine chcąc nie chcąc znalazł sie w Japonii, a tam ratuje wnuczkę swojego starego znajomego przed yakuzą oraz, jak się okazuje, jej własną rodziną.  

Wiadomo, że jest trochę stereotypowo i trochę gafowato (gaijin musi popełnić kilka faux-pas, żeby było śmiesznie). Staram się nie oceniać tutaj zbyt surowo "japońskiej" strony filmu, bo wiadomo, że w tego typu produkcjach zgodność ze stanem rzeczywistym nie zawsze jest na pierwszym miejscu i do kilku rzeczy można by się przyczepić, ale. Fajnie było zobaczyć na ekranie Hiroyuki Sanadę, bo to jeden z moich ulubionych japońskich aktorów. I miałam też małą satysfakcję, że udało mi się dużo zrozumieć z japońskich dialogów. :)  Przyznam, że spodziewałam się jednak czegoś trochę lepszego.



Więcej informacji na oficjalnej stronie filmu.

sobota, 27 lipca 2013

Jak ojciec i syn


W ramach Festiwalu Nowe Horyzonty udało mi się zobaczyć Soshite chichi ni naru, czyli po polsku "Jak ojciec i syn". Znowu w doborowym towarzystwie blogerek z Podróże Japonia oraz Japonia pełną chochlą.

Nie widziałam nawet trailera, zanim zobaczyłam ten film przeczytałam jedynie skrótowy opis. Sądziłam, że zapowiada się dobry film (Złota Palna w Cannes może o tym świadczyć), ale nieco przygnębiający. I rzeczywiście historia do najbardziej optymistycznych nie należy, mimo to film nie był ciężki - pewne napięcie rozładowywały zabawne sceny, głównie z udziałem małych bohaterów. Czy był to zabieg celowy reżysera? Trudno powiedzieć. Jednak na pewno dzięki temu lepiej oglądało mi się ten film.

Nie będę się rozpisywać na temat fabuły i nie chcąc za wiele zdradzać, napiszę tylko, że sądziłam, iż film  skończy się w innym momencie - może bardziej pesymistycznym i niepokojącym, ale ciekawszym. Jednak zakończenie było dość przewidywalne i od pewnego momentu film nieco mnie nużył. Poza tym Jak ojciec i syn mi się podobał - świetne zdjęcia i dopełniająca je muzyka, dobra gra aktorska i świetnie dobrani najmłodsi bohaterowie.



Więcej informacji na oficjalnej stronie filmu. Polecam!

czwartek, 25 lipca 2013

Miraikan


Lubię muzea. Być może należę do mniejszości, ale od czasu do czasu lubię poświęcić trochę czasu na wybrane miejsce. Na Odaibie wybraliśmy Miraikan - Narodowe Muzeum Powstających Nauk i Innowacji, czy jakoś tak. :) Przede wszystkim chciałam zobaczyć pokaz robotów ASIMO, ale nie udało się, niestety. Przyjechaliśmy za późno. Na pocieszenie zobaczyliśmy inne pokaz małych zmyślnych robocików oraz wiele innych interesujących rzeczy.


Miraikan może wiele zaoferować - są wystawy stałe i czasowe, liczne pokazy, modele, symulatory, a we wszystkim pomagają wolontariusze mówiący także po angielsku. Jeden z nich chciał mi usilnie wytłumaczyć, jak działa model Internetu, ale nie dał rady. Ni w ząb nie zrozumiałam, o co chodzi i nie była to kwestia jego złej angielszczyzny...

Model Internetu


Bardzo podobał nam się Geo-Cosmos. Olbrzymia kula z monitorami przedstawiającymi między innymi planety naszego Układu Słonecznego, aktualną pogodę na wybranym kontynencie, mapy, różne wizualizacje i wiele innych danych. Za pomocą joysticka można było przesuwać obraz, zbliżać i oddalać - świetny gadżet. :) Kula zawieszona jest sporo nad ziemią, a można ją obejść dookoła dzięki specjalnej kładce.


W Muzeum spędzić można cały dzień poznając kosmos, głębiny oceanu, własne ciało i środowisko, w którym żyjemy oraz medycynę. Istnieje cały dział poświęcony robotom, gdzie poza wspominanymi ASIMO oraz mobilnymi Halluc II, podziwiać można terapeutycznego robota - foczkę o imieniu Paro. Naprawdę jest co odkrywać. Polecam!


Informacje praktyczne.

Website: http://www.miraikan.jst.go.jp/en/
Czynne: codziennie poza wtorkami od 10:00 do 17:00; zamknięte od 28 grudnia do 1 stycznia
Wstęp: 600 jenów  
Dojazd: Na Odaibę najszybciej można dojechać kolejką Yurikamome ze stacji Shimbashi.
Mapa: http://www.gojapango.com/tokyo/tokyo_poi_map.php?poi_id=1808

sobota, 20 lipca 2013

Praktyczny kurs gramatyki języka japońskiego


W związku z tym, że kolejny juz raz wracam do podstaw i obiecuję (głównie sobie) poprawę w nauce języka japońskiego, w końcu sięgnęłam po Praktyczny kurs gramatyki języka japońskiego. Wybór ćwiczeń. Książkę tę kupiłam już lata temu*, ale dopiero teraz zaczęłam ją "przerabiać".

I bardzo sobie te książkę chwalę. :) Jest przystępna, a wprowadzenie do każdego rodzaju ćwiczeń czytelne i zwięzłe, a same ćwiczenia zróżnicowane. Do wszystkich zadań na końcu książki znajdują się odpowiedzi. Idealna dla osób rozpoczynających swoja przygodę z japońskim oraz dla takich, jak ja, którzy w szybki sposób chcą sobie powtórzyć podstawy.

Kilka przykładowych stron:


* Obecnie jest już chyba nie do dostania... chyba że w formie kserokopii lub plików pdf w sieci.

piątek, 19 lipca 2013

Udon


Filmowy jakiś ten lipiec - może nie aż tak, że oglądam jeden film za drugim, ale trochę nadrabiam zaległości. Także w kinie japońskim. :)

Zacznę od tego, że to bardzo fajny film. Historia niespełnionego japońskiego komika o imieniu Kosuke marzącego o karierze w Nowym Jorku (?), który powraca w rodzinne strony. Uciekł, aby rozśmieszać świat, a tymczasem jego ojciec miał inne plany - chciał, aby syn kiedyś przejął rodzinny biznes, czyli produkcję makaronu udon. Kosuke jednak od dzieciństwa cierpiał na "udonowy" uraz i nie miał zamiaru spełnić oczekiwań ojca. Paradokslanie po powrocie do domu zaczyna pracę w lokalnym magazynie i dzięki niemu rozkręca się swoista moda na odwiedzanie miejsc, w których można zjeść udon. 

Udon ogląda się przyjemnie, akcja nie nudzi, czasami jest całkiem zabawnie, a historia wcale nie kończy się w przewidywalny sposób. No może nie do końca w przewidywalny sposób. :) Film jest też wizualnie smaczny, ponieważ raz po raz bohaterowie zajadają się udonem - podany jest nawet sposób jego przygotowania. Udon wraz z wpisem u Dwóch Kotów sprawił, że jestem coraz bliżej zrobienia domowego udonu. Któregoś dnia. :) 


Więcej informacji między innymi tutaj. Polecam!

środa, 17 lipca 2013

The Seaside Motel


Na The Seaside Motel trafiłam przypadkiem chcąc obejrzeć coś japońskiego. Nie miałam więc żadnych oczekiwań. :) 

A o czym jest film? Właściwie ciężko powiedzieć. Do motelu, który z morzem ma jedynie wspólna nazwę, trafia kilka przypadkowych osób. Akwizytor sprzedający "kremy cud", dziewczyna z hostess klubu, która wybrała się na wycieczkę ze swoim klientem, małżeństwo chcące ożywić swoje życie erotyczne, oraz złodziej, który okradł mafię i ucieka razem ze swoją dziewczyną. Ich historie nieco się splatają, w gruncie rzeczy jednak toczą się jedna obok drugiej.

Podobało mi się, jak ten film został zrobiony, dobór  postaci oraz scenografia, która przywodziła mi na myśl momentami teatralne sceny z teatru telewizji. :) The Seaside Motel często opisywany jest jako komedia - ja nie zaśmiałam się ani razu, może uśmiechnęłam jedynie raz czy dwa, i osobiście nie sklasyfikowałabym tego filmu w ten sposób. A jak? No właśnie. :)

Zapowiadało się ciekawie, jednak ostatecznie film mnie nieco znużył. Niby postacie barwne, a akcja się dzieje, ale czegoś mi cały czas brakowało - pewnej kropki nad "i". Najbardziej chyba podobało mi się zakończenie, mimo że też było nieco przewidywalne. Podsumowując - The Seaside Motel miał potencjał na naprawdę wciągający film, ale nie do końca się to moim zdaniem udało.



Więcej informacji na oficjalnej stronie filmu.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Druga strona księżyca. Pisma o Japonii


"Zresztą to prawdopodobnie ów brak wyraźnego rozgraniczenia między człowiekiem a naturą wyjaśnia też prawo przyznawane sobie przez Japończyków (wskutek tego perwersyjnego rozumowania, po jakie czasem sięgają, na przykład w przypadku polowania na wieloryby) do uprzywilejowania raz jedngo, raz drugiego, i poświęcania natury na rzecz człowieka, jeśli zajdzie taka potrzeba. Czyż natura i ludzie nie są ze sobą złączeni?"

Książka ta jednego z najważniejszych antropologów zabiera nas do Japonii widzianej zafascynowanego nią oczami człowieka Zachodu. To zbiór różnych tekstów, z których wyciągnąć można uwagi autora o japońskiej sztuce, filozofii, spojrzeniu na życie. Lévi-Strauss, i to nic dziwnego, omawia także mity i szuka korelacji w nich między Wschodem a Zachodem, punktów wspólnych i podobieństw. Interesujący jest również zapis wywiadu, a właściwie  rozmowy z Junzō Kawadą, w której poruszane są między innymi takie tematy jak związek człowieka z naturą czy kultury "na opak", jak przez niektórych widziana jest Japonia.

Więcej informacji na stronie wydawnictwa. Polecam!
(Cyt. za: Claude Lévi-Strauss, Druga strona księżyca. Pisma o Japonii, Kraków 2013, s.130.)

piątek, 12 lipca 2013

Matcha deserek


Przepis na ten prosty i pyszny deserek dostałam dawno temu od P. Pierwotnie truskawki i serek mascarpone. W związku z tym jednak, że lubię eksperymentować, truskawki często zastępuję malinami, a do serka dodaję zielonej herbaty matcha


Co potrzebujemy (porcja na dwie salaterki):

serek mascarpone (250g)
mleko
cukier puder (1 łyżka)
kakao
maliny
herbata matcha (1 łyżka)
biszkopty

Co robimy:

Serek mascarpone mieszamy z mlekiem i cukrem pudrem aż do uzyskania konsystencji nie za gęstej śmietany - tak, aby łatwo sie go nakładało, ale żeby nie był zbyt płynnny. Następnie dodajemy herbatę matcha. Na dno salaterki rozkruszamy dwa biszkopoty (można je wcześniej namoczyć w mleku, aby były miększe). Nakładamy pierwszą warstwę serka i kilka malin. Następnie ponownie dodajemy dwa biszkopoty w kawałkach i drugą porcję serka. Układamy maliny. Można także przypruszyć całość odrobiną kakao. Salaterki wstawiamy do lodówki na ok. 30 minut, żeby się wszystko "przejadło". I mamy takie swoiste zielone tiramisu. :)


Itadakimasu!

czwartek, 11 lipca 2013

Kto cię uczył jeździć?


Tak jakoś spontanicznie prawie wyszło, że udało mi się wybrać wczoraj do kina i to w nie byle jakim towarzystwie, bo z Karoliną (PodróżeJaponia) oraz Kasią (Japonia pełną chochlą!). Postuluję więcej takich blogowych spotkań! :) Jeszcze przed seansem wskoczyłyśmy do Cocofli, gdzie można wypić kilka specjałów matcha. Nie mogłam nie spróbować. :) Jak dla mnie mrożona matcha była OK, ale polecam pić szybko - roztapiający się lód powoduje, że matcha w smaku jest tylko wspomnieniem...


A teraz o filmie. :) Nie jestem kierowcą, więc nie znam realiów zdawania egzaminów - nigdzie. Mogę sobie jedynie wyobrazić, że chęć posiadania prawa jazdy w obcym kraju i zmierzenie się z tamtejszą rzeczywistością oraz różnicami kulturowymi podczas nauki jazdy i egzaminu może być wyzwaniem. I o tym właśnie jest ten film. :)  

Akcja dzieje się w trzech miastach - w Tokio, Monachium i Bombaju, gdzie główni bohaterowie starają się dostać upragnione prawo jazdy. W Tokio nauki pobiera Amerykanin, w Monachium - Koreanka, a w Indiach - Niemka. Kulturowy misz masz. I to w tym filmie widać. To nie chęć/potrzeba posiadania prawa jazdy jest w tym filmie najważniejsza, ale ludzie. Ich problemy z innoscią, tęsknotą za domem, pytaniem samych siebie - po co tu jestem i czy nadal chcę tu być? Jest zabawnie, ale i refleksyjnie.

Najbardziej, rzecz jasna, zainteresował mnie wątek japoński. "Japonia to kraj cierpliwości i frustracji", jak mówi jeden z bohaterów. I patrząc na przykład Jake'a usiłującego zdać egzamin trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Czy mu się uda? Zobaczcie sami. :)

A o zdobywaniu prawa jazdy w Japonii można poczytać między innymi u Szamanki w Japonii tutaj i tutaj




Więcej informacji na oficjalnej stronie filmu. Polecam!

niedziela, 7 lipca 2013

Sztuka w służbie samurajów


W sobotę udało nam się dotrzeć na wystawę we wrocławskim Muzeum Narodowym "Sztuka w służbie samurajów". Nie bardzo znam się na samurajach, a oręż nigdy mnie specjalnie nie interesował - to raczej bajka L., mimo to wystawa okazała się być i dla nie interesująca.


A dlaczego? Bo uwielbiam detale, a, jak powszechnie wiadomo, Japończycy ze wszystkiego potrafią zrobić dzieło sztuki - nawet z wojennego rynsztunku. Wśród eksponatów podziwiać można przepiękne tsuby, kunsztownie wykonane zbroje i kilka mieczy. Cały czas wyświetlany jest film pokazujący rzemieślników wyrabiających poszczególne części miecza, z dwóch projektorów wyświetlane są zmieniające się plansze, na których szczegółowo opisane są elementy zbroi i miecza, jest również "teatr cieni" dla najmłodszych. 

 





Chyba najbardziej zachwyciła mnie tsuba z motywem nietoperzy i księżyca oraz pałeczki, które przytwierdzano do miecza - jedna para także zdobiona była nietoperzem i księżycem... :) Bardzo podobały mi się specjalne pudła do przenoszenia tsub, chabako, czyli podróżne pudełko z utensyliami do ceremonii herbacianej oraz puzderka inrō.





Część eksponatów można już było oglądać w Muzeum przy innych okazjach, mimo to myślę, że warto wybrać się i na "Sztukę w służbie samurajów". Jedynymi minusem jest chyba tylko to, że wystawa nie jest zbyt duża. Będzie jeszcze wiele okazji, aby obejrzeć wystawę, ponieważ czynna jest aż do września 2014 roku.