niedziela, 11 lutego 2018

Purezento, trochę mniej japoński niż myślałam


Najnowsza książka pani Joanny Bator kupiła mnie okładką. Nie będę zaprzeczać, okładka mnie urzekła i dla tej okładki książkę kupiłam. Z pewną dozą nieśmiałości. Szczególnie, gdy pozachwycałam się okładką i mój wzrok przeniósł się na  krzyczące w naszą stronę słowa: „Wielkie zaskoczenie w duchu zen! Purezento to powieść tajemnicza i na wskroś japońska”. Czy to jest powieść japońska? Nieśmiało śmiem twierdzić, że nie. Czy jest to powieść w duchu zen? Nie wiem, nie znam się na zen. Akcja Purezento jest niespieszna i momentami skupia się na "tu i teraz", więc być może to jest właśnie zen. Taki codzienny zen, który akurat trochę rozumiem.

"Zdarzają się rzeczy, które nie czynią nas silniejszymi, nawet jeśli przeżyjemy. Chcemy wierzyć, że czas nas uleczy sam z siebie. Ale czas nie jest lekarstwem, jeśli pozostajemy bierni. Wtedy po prostu upływa, obojętny. Kintsugi pokazuje nam, jak objąć nasze uszczerbki, pęknięcia i rysy. Nasze rany. Słabość i ułomność. Nasza kruchość i przemijalność. Jeśli się postaramy, możemy stworzyć nowa całość z rozbitych części i łączących je blizn. Blizny po bólu, cierpieniu spowodowanym utratą, doznanych upokorzeniach są widoczne. Takie pozostaną. Do końca. Nie ukrywamy ich w poszukiwaniu sztucznej doskonałości. Niedoskonałość i przemijanie to część tego, kim jesteśmy. Część naszej podróży. I to właśnie jest piękne."

Akcja powieści dzieje się wokół kintsugi(金継ぎ), japońskiej sztuki naprawiania ceramiki za pomocą mieszanki laki i złota. Interesuje mnie nieco ten temat, miałam nawet okazję wziąć udział w warsztatach à la kintsugi (piszę à la, ponieważ do sklejania fragmentów ceramiki używaliśmy kleju zmieszanego z różnymi barwnikami). Podobało mi się i podobały mi mi się odniesienia do tej japońskiej sztuki w Purezento, mimo że porównywanie ludzkiego życia/duszy/nastroju, etc. do rozbitych naczyń nie jest niczym nowym. Fragmenty dotyczące kintsugi były dla mnie najciekawsze. Z resztą było już gorzej.

Główna bohaterka nie przekonała mnie do siebie - ani jej historia, ani jej złamane serce i próby poskładania się na nowo w jedną całość. Miałam momentami wrażenie, że czytam książkę dla nastolatków, a chyba nie takie było założenie autorki. Wszędobylskie rekiny obrazujące jej stratę i demony przeszłości irytowały mnie równie mocno, co wyświechtane metafory, klisze i przewidywalność akcji powieści. Tak naprawdę żaden z bohaterów nie wydał mi się na tyle autentyczny, abym mogła się z  nim w jakiś sposób identyfikować, przez co cała historia była mi w sumie obojętna.

Purezento jednak czyta się całkiem fajnie, książkę przeczytałam chyba w trzy dni. Podobały mi się fragmenty opisujące Tokio i Enoshimę, bo mogłam sobie zwizualizować odwiedzone przeze mnie miejsca. Mimo to w tej "japońskiej" powieści Japonii nie znajduję. Akcja Purezento mogłaby się dziać zupełnie gdzie indziej - Japonia nic tutaj do głównego wątku nie wnosi, jest raczej pretekstem, aby pisać o kintsugi. Dla mnie to trochę za mało, ale okładka ładna. :)

(Cyt. za: Joanna Bator, Purezento, Kraków 2017, s. 159.)

sobota, 3 lutego 2018

Dziennik podróżnika, konkurs


Każdą moją podróż skrupulatnie przygotowuję, nie tylko do Japonii. Szukam informacji, szperam w sieci, czytam blogi, wgapiam się w mapę, etc. Czasami zajmuje mi to całe godziny. Uwielbiam to. :) Nie oznacza to, że ściśle trzymam się planów, że punktuje sobie każdy dzień i "odhaczam" biegając z jednego miejsca na drugie, trzecie, czwarte... Lubię jednak wiedzieć, co zastanę na miejscu. Aby nie przegapić, czegoś, co naprawdę mnie interesuje, i żeby mieć wybór. Nie lubię też tracić czasu na szukanie - czegoś do zjedzenia, miejsca do spania, rozrywki. Czas lubię tracić inaczej. Włócząc się ulicami i lasami, przesiadując gdzieś na kawie, czy kontemplując morski brzeg czy stara kamienicę. Bywa, ze zostawiam wtedy wybory przypadkowi. Ale mając świadomość, co wokół. Takie jest moje podróżowanie.


Przed każdym wyjazdem do Japonii wybieram sobie jakiś notatnik, w którym prowadzę dziennik, zbieram bilety, stampy, zapisuję istotne informacje, etc. Dla mnie to najfajniejsza pamiątka z każdego pobytu. W tym roku planuję kolejny wyjazd do Nipponu i kiedy Dziennik podróżnika wpadł mi przypadkiem w oko, wiedziałam, że to właśnie on będzie mi towarzyszył w kolejnej japońskiej przygodzie. Powoli zaczynam już swój dziennik zapełniać...



Dziennik podróżnika ma idealny dla mnie format zeszytowy, twardą oprawę i ładną szatę graficzną. Ale to nie wszystko. W środku poza sporą ilością miejsca do spisywania mniejszych i większych podróżniczych planów, zawarte są między innymi takie informacje jak wykaz stref czasowych, subiektywna mapa świata oraz naklejki! Te ostatnie na dobre skradły moje serce - naklejki to takie moje małe guilty pleasures. :) W Dzienniku znajdziecie także garść cytatów podróżniczych. Ja mam swoje ulubione, które towarzyszą mi od lat, np.: "Każda podróż zaczyna się od jednego kroku" mistrza Laozi albo "Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj." Marka Twaina.

A Wy macie jakieś ulubione cytaty związane z podróżowaniem? Oby tak, bo właśnie dzięki nim będzie mogli wygrać 1 egzemplarz Dziennika podróżnika. :)


Razem z Travel With Mission zapraszam do konkursu. Aby wziąć w nim udział, należy wypełnić małe zadanie:

Podaj cytat najlepiej obrazujący Twoje podróżowanie i uzasadnij swój wybór.

Odpowiedzi proszę zostawiać pod tym postem lub w komentarzu na FB. Najciekawszą moim zdaniem wypowiedź nagrodzę Dziennikiem. Na Wasze propozycje czekam do 10 lutego do końca dnia. A zwycięzcę wyłonię najpóźniej do 15 lutego. Powodzenia!

niedziela, 7 stycznia 2018

Nabe, po prostu jest smaczne


Kiedy jesienna i ponura niby zima za oknem, nie ma nic lepszego niż pyszne jedzenie na poprawę nastroju. A najlepsze dania na taki dzień to buchające od gorąca japońskie nabemono (なべ物) i donburi (). Nabemono (z japońskiego nabe, czyli "garnek", oraz mono, czyli "rzecz"), inaczej nabe, to potrawa przygotowywana w specjalnym naczyniu (hinabe), z którego jedzą wszyscy uczestnicy posiłku. Według japońskiej tradycji takie spożywanie nabemono ma zacieśniać więzy między ludźmi. Z kolei donburi (z japońskiego "miska") to danie sładajace się z ryżu i mięsa, ryb i/lub warzyw oraz specjalnego sosu. To jedno z moich ulubionych japońskich dań, więc kiedy okazało się, że w moim Wrocławiu powstało Nabe, nie mogłam się doczekać odwiedzin.


Miałam to szczęście, że zostałam zaproszona nie nieoficjalne otwarcie Nabe, podczas którego mogłam spróbować prawie wszystkich dań, które miały znaleźć się w karcie. Byłam zachwycona nie tylko wnętrzem, pięknym podaniem potraw, pomysłowością i sposobami połączenia smaków, ale także tym, że poza sushi zobaczyłam na liście właśnie nabemono i donburi. Jakiś czas później ponownie dowiedziałam Nabe - tym razem w ramach kolacji połączonej z degustacją herbat mistrza Takady. Wieczór był pełen zaskakujących połączeń, które idealnie współgrały z podawanymi herbatami. Ponownie wszystko smakowało obłędnie!



Mając w głowie te wspaniałe smakowe wspomnienia, postanowiłam nowy rok zacząć właśnie w Nabe. I w pełni posmakować moich ulubionych dań. Zanim jednak przejdę do menu muszę zaznaczyć, że Nabe jest nie tylko smacznym, ale i pięknie wymyślonym miejscem. Dobór kolorów i materiałów, nienachalne akcenty japońskie, cała przestrzeń jest wprost idealna - przytulna, a jednocześnie elegancka. Chce się wracać! :)


Jeszcze jedna uwaga, zanim będzie o jedzeniu. Jeśli śledzicie bloga, to pewnie zauważyliście, Drodzy Czytelnicy, że w miejscach, które podają japońskie jedzenie, zawsze brakuje mi oshibori (おしぼり). Tego małego wydawałoby się niewartego uwagi elementu, który jednak dla mnie dopełnia całość. I tu Nabe nie tylko nie rozczarowuje, ale wręcz kolejny raz mile zaskakuje. Bo oshibori w Nabe to nie tylko gorące ręczniki, ale specjalne gorące ręczniki podawane w formie pęczniejących pod wpływem wody krążków. Magia! :)


Po tej krótkiej zabawie przechodzimy do meritum. Dostaliśmy czekadełko w postaci glonów wakame, a na przystawkę zdecydowaliśmy się na atheriny, czyli malutkie rybki smażone w całości i podawane z majonezem wasabi. Spora porcja idealna na pierwszy głód.


Zamówiliśmy również herbaty, które dostarczane są przez wrocławską Czajownię. Zdecydowaliśmy się na dwie: zielona herbatę z prażonym ryżem (genmaicha) oraz jedną z moich ulubionych herbat z liści wiśni (sakuracha). I tu kolejna miła niespodzianka. Herbatę parzymy sobie sami! Dostajemy zestaw z termosem, glinianą czarką, w której zalewamy herbatę, czarką, podstawką oraz mini klepsydrą do odmierzania czasu parzenia. Bez obaw, nawet jeśli nie wiecie, jak się do tego wszystkiego zabrać, obsługa wytłumaczy co i jak. :)


 

Zamówiliśmy dwa główne dania. Dla siebie wybrałam katsudon, czyli donburi z kotletem w panierce i jajkiem. I tu kolejny raz mamy okazję się pobawić. Dostajemy sos oraz moździerz, w którym ucieramy sezam, a następnie łączymy go z sosem i dodajemy do michy.



A micha pełna po brzegi. Ogromny kotlet w panierce z prażonymi orzechami, z kapustą, ogórkiem i jajkiem na ryżu. Porcja jak dla mnie nie-do-przejedzenia. Donburi pyszne i sycące. Na pewno wypróbuję jeszcze kiedyś i pozostałe rodzaje.



K. pokusił się na sakana nabe, czyli nabe z owocami morza (między innymi z kalmarami, krewetkami), łososiem, warzywami i makaronem udon. Na specjalnym palniku ustawiono naczynie już wypełnione składnikami, które należało gotować przez kilka minut. Następnie porcja makaronu i część składników lądowało w miseczce i już można było konsumować.



Po takich pysznościach mieliśmy brzuchy pełne. Żałowałam, bo miałam w planach jeszcze czekoladowy foundat matcha. Miałam już okazję go spróbować i przyznaję, że mimo, że smak matcha był tylko trochę wyczuwalny, idealnie zgrywał się z czekoladą, która dosłownie rozpływała się w ustach. No cóż, trzeba będzie do Nabe wrócić. I to szybko. :)



Podsumowując, była to kolejna bardzo udana wizyta. Uważam, że Nabe to jedna z najlepszych restauracji, gdzie dane mi było jeść po japońsku. Właściwie jedynym mankamentem tego miejsca jest jego lokalizacja - zdecydowanie zbyt odległa ode mnie. :) Zapraszam do Nabe!