niedziela, 13 maja 2018

Shinrin-yoku, czyli jestem w lesie!


Arashiyama, Kioto

Niedawno zdałam sobie sprawę, że od lat praktykuję shinrin-yoku (森林浴), czyli zażywanie kąpieli leśnych. Odkąd pamiętam uwielbiałam się włóczyć - po betonowej miejskiej dżungli i tej prawdziwej, zielonej, cichej i tajemniczej. Nawet jeśli była to tylko mała dżungielka w postaci miejskiego parku. Mam to szczęście, ze Wrocław jest nadal (i oby tak zostało...) zielonym miastem, w obrębie którego istnieje kilka pięknych enklaw zieleni - że wspomnę tylko Park Wschodni i ostatnio odkryty przeze mnie Park Tysiąclecia. Praktykuję więc shinrin-yoku niezmiennie i stale co najmniej raz w tygodniu zanurzając się na kilka godzin w miejską zieleń.

Wazuka
Wazuka

Jakiś czas temu przypadkiem wpadło do mojego japońskiego słownika nowe określenie - shinrin-yoku, japońska sztuka zażywania kąpieli leśnych. Kiedy wydawnictwo Znak postanowiło podarować mi egzemplarz recenzencki, miałam okazję bliżej przyjrzeć się tej aktywności. Czy shinrin-yoku to nowa krótkotrwała moda? Wystarczy wpisać sobie w Google 森林浴, wybrać grafikę i dostajemy szerokie spektrum tego, co kryje się za tym chwytliwym hasłem (próbka tutaj). A jeśli nie grafikę, to setki stron dotyczących shinrin-yoku, artykułów (głównie hołubiących leśne kąpiele), stowarzyszeń, blogów, etc. Trafiłam nawet na zapowiedź filmu opartego na tańcu pod tytułem Shinrin-yoku. Więc kąpiele leśne to moda, nowinka, trend, który przez jakiś czas na pewno będzie pobudzał wyobraźnię i nakręcał maszynkę marketingową. Ale nie tylko.


"Chociaż dzisiejsza kultura japońska ma charakter wybitnie miejski, coraz częściej można zobaczyć grupy, pary, a  nawet samotnych piechurów zagłębiających się w leśny gąszcz. Są zrelaksowani, ponieważ nie obrali żadnego konkretnego celu wędrówki. Pragną raczej korzystać z leczniczych i odmładzających właściwości shinrin-yoku."

W Japonii (mimo że istnieje wielu dowodów również na odwrotność tego, co napiszę) natura jest wszechobecna, dba się o związek człowieka z przyrodą (już od pradawnych czasów - wystarczy spojrzeć na tradycyjną religię shintō) a jej wytwory są podziwiane, ale i czasami zamykane w formy, czego przykładem może być np. ikebana (生け花), czyli sztuka układania kwiatów. W miastach są parki, skwery, tereny zielone świątyń i chramów, jest więc gdzie uciekać. Ale to czasami za mało, dlatego warto wyjechać dalej, odciąć się od codzienności i po prostu pójść do lasu. O tym mówi właśnie shinrin-yoku.

Fujiyoshida

Arashiyama, Kioto

Nikko

Oczywista oczywistość, mogłoby się wydawać. Fakt, nie ma w tym nic odkrywczego - kontakt  z naturą czy kolor zielony działają wyciszająco i wiadomo to już nie od dziś. Jednak człowiek to jest takie zwierzę, któremu czasami trzeba powiedzieć wprost i przypomnieć nawet tę oczywistą oczywistość. Książka Shinrin-yoku, japońska sztuka czerpania mocy z przyrody w przekonywujący i ładny dla oko sposób (piękne wydanie!) przypomina i namawia, ale podaje także naukowe dowody na lecznicze właściwości kąpieli leśnych. Poznajemy historię zainteresowania człowieka naturą i odkrywania zbawiennych dla zdrowia jej właściwości oraz dostajemy szereg porad, jak czerpać z natury, kiedy nie mamy możliwości wybrania się do lasu. Autorzy wyczerpująco odpowiadają na pytanie: czym jest shinrin-yoku?


Osobiście nie do końca przekonuje mnie sposób opowiadania o shinrin-yoku hiszpańskich autorów, jest jak dla mnie zbyt górnolotny, ale to tylko kwestia stylu. Podane informacje są interesujące, a odwołania do innych kultur poszerzają nasze pojmowanie tego tematu (shinrin-yoku współcześnie już dawno opuściło granice Kraju Kwitnącej Wiśni - wystarczy zajrzeć do Internetu, aby znaleźć dziesiątki na to dowodów). Moim zdaniem warto Shinrin-yoku, japońską sztukę czerpania mocy z przyrody przeczytać i wybrać z niej to, co będzie dla nas najlepsze. A potem pójść do lasu. Tak po prostu. :)

(Cyt. za: Hector Garcia, Francesc Miralles, Shinrin-yoku, japońska sztuka czerpania mocy z przyrody, Kraków 2018, s. 15.)

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

W judodze na rowerze, czyli o rowerach, judo, Japonii (i Korei)


Kilka miesięcy temu, chyba już nawet ponad rok temu, dostałam zapytanie o promocję inicjatywy podróżniczej - rowerem przez Japonię i Koreę, a po drodze judo. Na rowerze nie jeżdżę. Lata świetlne temu byłam na jednych zajęciach judo i... stwierdziłam, że to nie dla mnie. Ale za to Japonię uwielbiam! :) Uwielbiam też ludzi z pasją, więc bez wahania się zgodziłam i między innymi ze strony JB mogliście dowiedzieć się o tym przedsięwzięciu.

Przyznaję bez bicia, że nie śledziłam wyprawy Artura, a w natłoku codziennych spraw umykały mi kolejne relacje na FB (zerknijcie tutaj). Kiedy jakiś czas temu zostałam poproszona o patronat medialny książki W judodze na rowerze... , uświadomiłam sobie, że musiało minąć sporo czasu i autor pewnikiem już dawno ze swojej wyprawy wrócił... Tym bardziej ucieszyłam się z książki, bo mogłam "nadrobić" te wszystkie stracone relacje. :)


Nie raz już wspominałam, że lubię czytać o miejscach, które udało mi się w Japonii odwiedzić. Jednak lubię też poznawać relacje z tych jeszcze przeze mnie nieodkrytych - a do takich miejsc zalicza się północ Japonii. To właśnie na Hokkaido rozpoczyna się rowerowa wyprawa przez Japonię i Koreę, więc akcja książki od razu mnie wciągnęła. :)

Książka wolna jest od pustych peanów na cześć Japonii i Korei, które poznajemy z perspektywy mniej utartych szklaków. Autor podchodzi do otaczającej go rzeczywistości z otwartością i wnikliwością podróżnika, a na swojej drodze spotyka wiele osób, dzięki którym wychodzi z tarapatów i/lub odkrywa nowe oblicza mijanych krajobrazów, wsi i miast. Ludzie tworzą tę historię - są to nie tylko osoby związane z judo, ale także mieszkańcy odwiedzanych przez Artura miejsc albo po prostu postacie spotkane w drodze.  

"Są jednak trzy rzeczy, które w moim przekonaniu Japończykom wychodzą względnie średnio, żeby nie powiedzieć słabo: śniadania , kawa i pomniki." 

Przez kolejne strony śledziłam zmagania Artura i pokonywałam kolejne kilometry przez Japonię, czasami wręcz czułam niemal fizyczne zmęczenie myśląc: o matko, ja jednak wolę się szwendać pieszo. :) Trasa, którą pokonał Artur jest imponująca i za samo podjęcie wyzwania należą się wielkie brawa! W judodze na rowerze... to świetna książka-przewodnik, dla osób, które chcą podjąć podobne wyzwanie, ponieważ można w niej znaleźć mnóstwo praktycznych informacji. Początkowo trochę obawiałam się, że książka będzie przeładowana treścią, która nie jest w centrum mojego zainteresowania. Jednak już po kilku stronach okazało się, że informacje rowerowe i o judo są umiejętnie wplecione w tekst. O obu dyscyplinach można się sporo dowiedzieć, ale informacje te nie przytłaczają i nie zakłócają odbioru tekstu jako całości.

 Lekcja judo dla dziewczynek w szkole podstawowej z Wazuce

Książka jest bardzo ładnie wydana - urzekła mnie okładka, która łączy trzy istotne elementy, czyli judo, rower i Azję. Format idealnie nadaje się do czytania w drodze, a książka zawiera sporo kolorowych zdjęć ilustrujących wyprawę. To, co mnie bardzo przekonuje do tej książki, to fakt, że relacja napisana jest od serca - to Artura spojrzenie na Japonię i Koreę, to jego pomysł na tę wyprawę oraz szczerość, z jaką o niej pisze sprawia, że mamy przed sobą coś autentycznego. W judodze na rowerze... czyta się jak dziennik podróży. I to bardzo mi się podobało.

Zachęcam do zapoznania się z książką (szczególnie, że 10% ze sprzedaży trafi do Fundacji Judo - Sport Walki z Rakiem) oraz do zerknięcia na stronę internetową i na FB.

(Cyt. za: Artur Gorzelak, W judodze na rowerze. Japońsko-koreańska przygoda na dwóch kółkach, Warszawa 2018, s. 44.)

sobota, 14 kwietnia 2018

Warszawa po japońsku da się lubić

 


Nie wpadam do stolicy zbyt często, niestety, bo wiele się tam dzieje po japońsku. Niedawno dostałam zaproszenie od Teatru Ochoty na spektakl Zatoka Suma i postanowiłam je zobaczyć, a przy okazji odwiedzić kilka innych miejsc. 

W Warszawie działa wiele japońskich restauracji, w których serwuje się dania teppanyaki, okonomiyaki, udon i, oczywiście, sushi. Całkiem często organizowane są tu wystawy i wydarzenia, więc czasami żałuję, że odległość od Wrocławia (mimo Pendolino) jest wciąż spora.

Tym razem jednak się udało, a na krótki wypad do stolicy zabrałam Mamę, która nieustannie Japonią się zachwyca od czasu podróży do Kraju Kwitnącej Wiśni. :)




Pierwszym naszym przystankiem było Centrum Popkultury Yatta. Poza Centrum Yatta.pl prowadzi sklepy (między innymi we Wrocławiu), gdzie można zaopatrzyć się w mangi, gadżety, japońskie słodycze i wiele innych rzeczy. Nie do końca ten asortyment mnie interesuje (może poza słodyczami), ale trafiłam do Centrum z powodu Keiko Kikkawa i jej prac.




Keiko jest artystką, która od kilku lat mieszka w Warszawie. Zajmuje się rysowaniem komiksów, ilustracją i animacją. Niedawno wydała mangę opowiadająca o swoim życiu w Polsce, która dzięki Yatta.pl trafiła w moje ręce. Na okładce możemy przeczytać: " Mówią, ze Japonia to dziwny kraj. Jak się okazuje, dokładnie tak samo można powiedzieć o Polsce". Czytając plansze Keiko trudno się nie zgodzić - jeśli spojrzymy na naszą codzienną polską rzeczywistość z dystansu, z lekkim przymrużeniem oka i perspektywy innej osoby (spoza tego kręgu), to bardzo szybko dojrzymy, że Polska też jest dziwna. I to bardzo. :)


Po wystawie przyszedł czas na coś dla ciała i kubków smakowych. Z Centrum spacerkiem dotarłyśmy do Matcha Tea House, zielonego miejsca na mapie Warszawy, które od dawna chciałam odwiedzić z wiadomych powodów.


Co mnie najbardziej przekonuje do tego miejsca, to spory wybór matcha przysmaków i nie tylko. Ciężko mi powiedzieć, czy w tym wypadku jakość idzie w parze z ilością (na pytanie, jakiej matcha używają, dostałam tylko lakoniczną odpowiedź, że kulinarnej), ale smakowo Matcha Tea Hous wypada całkiem dobrze. Wystrój na plus, w modnym chyba ostatnio połączeniu jasnego drewna i różowego (plus zielonego w tym wypadku). Warto dodać, że jest jedno pomieszczenie wyłożone tatami, więc można rozkoszować się herbatą po japońsku - bez butów siedząc na matach. :)



Wielu rzeczy chciałam spróbować, ale trzeba się było ograniczyć, więc padło na sernik matcha z mango, matcha latte (bez cukru - duży plus!), a Mama zamówiła malinowe ciacho i herbatę jaśminową. Sernik pycha, o świetnej konsystencji i smaku, a matcha latte dobre w smaku, może nieco zbyt cierpkie. Ciacho malinowe bardzo malinowe, a herbata jaśminowa aromatyczna. Jednym słowem miejsce godne polecenia - mimo że wciąż to nie ten poziom i smak matcha, który uwielbiam.





Nadszedł czas na kolejny spacer - tym razem do Muzeum Azji i Pacyfiku, gdzie odbywały się targi książki "Dialog z Azją". Poza licznymi wykładami i spotkaniami z autorami, była to świetna okazja, aby kupić książki o tematyce azjatyckiej równych wydawnictw i to po specjalnych cenach. Nie omieszkałam skorzystać. :)


Przy okazji spotkałam Janusza z Fundacji UMEMI, który od lat propaguję kulturę japońską i kyūdo, czyli japońskie łucznictwo ceremonialne. Fundacja organizuje liczne warsztaty i treningi - bardzo polecam się z nimi zapoznać. A jak się okazało na targach, sprzedaje także przepiękne albumy wydawnictwa Nikko Graphic Arts. Ja na razie dostępne są trzy: o herbacie japońskiej i regionie Shizuoka (planuję tam być w tym roku, więc musiałam zakupić ten album - zobaczcie tutaj jak pięknie jest wydany!), budō oraz ostatnio wydany o japońskich słodyczach wagashi. Mam nadzieję, że takie azjatyckie targi książki będą organizowane cyklicznie.






I znowu trzeba było coś zjeść.  Miałam w planach w końcu wstąpić do Uki Uki, ale okazało się, że nam Uki Uki nie po drodze. I wtedy przypomniało mi się, że kiedyś czytałam artykuł o japońskim szefie kuchni, który serwuje wyśmienite dania na jakimś warszawskim osiedlu. I tak trafiłyśmy do Sato Gotuje.


Przywitał nas świetny mural - wariacja na temat jednego z rysunków Shohei Otomo! I już wiedziałam, ze bezie dobrze. Sato Gotuje to bezpretensjonalne proste miejsce, gdzie pachnie kuchnią i panuje spory ruch.



Bardzo żałuję, BARDZO, że... nie byłam głodna. Nie miało to dla mnie sensu, aby zamawiać słynny udon Sato czy inne potrawy. Za to skończyło się na krewetkach, chrupiącym makaronie i lodach matcha. Nie żałuję, ale na pewno muszę do Sato Gotuje wrócić! 



Wystrój jest bardzo minimalistyczny, trochę taki na łapu capu, ale przy tym swojski i autentyczny. Obsługa bardzo miła i rzetelna, a w karcie sporo pyszności. Koniecznie trzeba do Sato Gotuje zajrzeć będąc w Warszawie. Bywa, że przed wejściem ustawia się kolejka... :)



A na koniec dnia powędrowałyśmy do teatru, aby obejrzeć Zatokę Suma, spektakl w reżyserii Agaty Dyczko wystawiany w Teatrze Ochoty. Przedstawienie inspirowane jest książką Pięć wcieleń kobiety w teatrze nō w przekładzie i opracowaniu profesor Jadwigi Rodowicz, którą bardzo sobie cenię (a spektakl Umiłowanie w jej reżyserii to jedno z moich najlepszych doświadczeń teatralnych).


Zatoka Suma okazała się dosyć trudną w odbiorze sztuką. Według mnie porusza ważne tematy kobiecej tożsamości i ról, jakie nakłada na kobiety społeczeństwo/kultura. Najciekawsza dla mnie postacią był androgyniczny narrator, który świetnie otworzył całość - szkoda, ze potem jego rola nieco się zmieniła, bo uważam, że był najbardziej autentyczny ze wszystkich wcieleń, jakie było nam dane tego wieczoru zobaczyć. Mimo interesujących fragmentów (jak taniec boginki czy sceny z postacią kobiety-wariatki) nie do końca mnie Zatoka Suma przekonała. Jeśli chodzi o japoński aspekt Zatoki Suma, to kilka odniesień do japońskiej kultury udało mi się wyłapać, ale myślę, że dla osób, które nie interesują się tym tematem szczególnie, będzie to dosyć trudne. 

(zdjęcie z materiałów teatru)

Nasz dzień w stolicy dobiegł końca. Było intensywnie, ciekawie i smacznie. Warszawo, będę wracać! :)

środa, 11 kwietnia 2018

Moje Tokio i konkurs z "Tokio: Biografia"


Dzięki Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego w moje ręce trafiła nowość na rynku wydawniczym - premiera właśnie dziś! - Tokio: Biografia autorstwa Stephena Mansfielda. Trochę się obawiałam tej publikacji, bo moim pierwszym skojarzeniem było, że będzie to opis historii miasta jak w Wikipedii okraszony kilkoma ciekawostkami i zdjęciami. Tokio: Biografia trochę taka jest i nie jest, ale miło zaskakuje. 
 
"Liczne relacje z Tokio, nawet te powstające współcześnie, w zaskakująco anachroniczny sposób wypaczają rzeczywistość. Nazbyt często japońska stolica jawi się w nich jak miasto cierpiące na zwielokrotnienie jaźni, metropolia, której mieszkańcy zamiast emocji doświadczają spazmów. (...) Tokio żyje, tak jak każde wielkie miasto, dzięki obecności mocno zindywidualizowanej populacji."

Na przedstawiany obraz Tokio zebrało się wiele mitów, legend, miejskich opowieści i stereotypów. Najczęściej miasto to jawi się jako high-tech metropolia, gdzie nie ma miejsca na ludzkie uczucia, a wszystkim sterują bezduszne maszyny/komputery. To przeświadczenie jest tak mocno zakorzenione w świadomości, że kiedy opowiadam komuś, ze w Tokio można dziś jeszcze spotkać Internet na monety, a w wielu domach wciąż brak ogrzewania, to nie mogą wyjść ze zdumienia. :) A to też jest Tokio, to też jest Japonia.

W książce Mansfielda sięgamy do narodzin stolicy Japonii, przyglądamy się burzliwym dziejom Tokio nękanym przez działania wojenne i siły natury. Równocześnie poznajemy kontekst kulturowo-historyczny oraz podglądamy mieszkańców Edo/Tokio w ich codzienności. Tokio: Biografia zawiera wiele faktów, które podane są w bardzo przystępny sposób, a książkę czyta się z ciekawością, mimo że wiele z opisywanych zdarzeń są ogólnie znane. Wydanie jest przyjazne czytelnikowi, mimo sporych gabarytów książkę z łatwością się transportuje i czyta w podróży. Układ graficzny jest OK, chociaż nie do końca rozumiem, czemu wszystkie zdjęcia zawarte w książce są czarno-białe - być może chodziło o zachowanie jednolitości w tym temacie.

Tokio: Biografia to na pewno idealna książka dla osób, które chcą poznać Tokio bardziej niż można się dowiedzieć z kilku kolorowych obrazków w turystycznych magazynach czy programach telewizyjnych. Moim zdaniem warto ją przeczytać przed pierwszą podróżą do tego miasta, aby lepiej je zrozumieć. A także jego mieszkańców żyjących w biegu, z wizją wielkiego trzęsienia ziemi, które ma nadejść, ale potrafiących się zatrzymać i zostawić zgiełk miasta z tyłu.

A jakie jest moje Tokio? Na pewno pełne sprzeczności, piękna i brzydoty, przysłowiowego połączenia tradycji i nowoczesności. Lubię i nie lubię to miasto, które zwykle u mnie jednak przegrywa w porównaniu "Tokio czy Kioto". Mimo to mam do Tokio duży sentyment. To w tym mieście zaczęła się moja japońska przygoda trwająca do dziś. To w Tokio spędziłam łącznie najwięcej swojego japońskiego czasu. I wreszcie to Tokio jest miastem-ikoną, bez którego Japonia nie byłaby całością. Tokyo, I love you sickly.


A jakie jest Wasze Tokio?

W trzech zdaniach opisz swoje wyobrażenie / wrażenie miasta Tokio.

Na dwie najciekawsze, moim zdaniem, odpowiedzi czekają egzemplarze książki Tokio: Biografia. regulamin konkursu na końcu posta. Zachęcam do zabawy!


Regulamin konkursu:

1. Konkurs trwa od dnia 11 kwietnia 2018r. do dnia 20 kwietnia 2018r.
2. Uczestnikiem konkursu może być każdy, bez względu na wiek i kraj zamieszkania.
3. Aby wziąć udział w konkursie należy odpowiedzieć pisemnie na pytanie znajdujące się na stronie: www.japoniablizej.blogspot.com.
4. Podpisane imieniem, nazwiskiem lub nickiem odpowiedzi należy umieścić pod postem konkursowym na blogu lub na FB. 
5. Wyniki zostaną ogłoszone najpóźniej 25 kwietnia 2018r. na FB.
6. Nagrodami są dwa egzemplarze książki "Tokio: Biografia" ufundowane przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.
7. Dane do wysyłki nagrody (imię, nazwisko, adres korespondencyjny) należy przesłać najpóźniej do dnia 30 kwietnia 2018r. r. na adres: japoniablizej@poczta.fm.
Nagrody wysyłane są jedynie na terenie Polski.
8. Nieprzesłanie danych w terminie jest równoznaczne z rezygnacją. Następnie zostanie wybrany kolejny zwycięzca.
9. JaponiaBliżej zobowiązuje się do wysłania nagrody w terminie do 15 maja 2018r.
10. Umieszczenie odpowiedzi konkursowej jest równoznaczne z akceptacją regulaminu i zgodą na publikację nagrodzonych odpowiedzi

(Cyt. za: Stephen Mansfield, Tokio: Biografia, Kraków 2018, s. 10)

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Tokyo Fiancee


W ramach świątecznej laby, jak to zwykle, nadrabiam kilka tytułów filmowych. Na mojej liście od dawna był Narzeczony z Tokio (okropny tytuł, wiem...). Lubię francuskie/belgijskie kino, w tym filmy opowiadające o Japonii lub z Japonią w tle, więc i ten film chciałam obejrzeć. Dodam jeszcze, że Narzeczony z Tokio jest adaptacją filmową autobiograficznej książki Ani z widzenia, ani ze słyszenia Amelie Nothomb, którą czytałam dawno temu. I w sumie mi się podobało - z pisaniem pani Nothomb mam trochę kłopot, bo czyta mi się jej powieści świetnie, są pisane z humorem i refleksją, ale obraz przedstawiony Japonii jest dla mnie nieco zbyt groteskowy i przekrzywiony, żeby nie napisać histeryczny. Czasami.  


Fabuła toczny się wokół relacji dwójki młodych ludzi - Amelie i Rinri. Ona, Belgijka urodzona w Japonii i wychowana poza nią, wraca po kilkunastu latach do korzeni. On, Japończyk, syn bogatych rodziców, miłośnik Francji i filmów o yakuza. Amelie daje ogłoszenie o lekcjach francuskiego, na które Rinri odpowiada i tak zaczyna się ich tokijski romans. 


Fabuła nie wydaje się może zbyt porywająca, ale historia jest naprawdę dobrze podana, z dobrą muzyką i świetnym okiem kamery. Bohaterowie do mnie przemówili, uwierzyłam w ich historię, mimo że była trochę naiwna i oniryczna - nieco jak marzenie senne w Tokio. Samo miasto w filmie także mi się podobało - zresztą nie tylko Tokio, ale i inne japońskie miejsca, np. górzyste tereny w śniegu, w tym i sama Fuji-san. Film oglądało się przyjemnie, także z estetycznego punktu widzenia. Wszystko tworzyło zgrabną całość. Do obejrzenia! :)

sobota, 31 marca 2018

Istota ryżu. O duszy japońskiego jedzenia


Dzięki wydawnictwu PWN mogłam ponownie zanurzyć się w świat japońskiej kuchni i opowieści kulinarne Michaela Bootha. Istota ryżu. O duszy japońskiego jedzenia zapowiadała się świetnie i wcale a wcale się na niej nie zawiodłam. Wbrew pozorom o ryżu wcale nie jest w tej książce dużo. Sam autor przyznaje, że przez długi okres czasu nie przywiązywał do niego zbytniej uwagi - ryż był albo dobry, albo zły. I tyle. Ryż jednak jest spoiwem, które łączy w całość kuchnię japońską. Bo ryż to nie tylko sushi i onigiri, ale również inne dania tak charakterystyczne dla Japonii, np. kāre raisu czy omuraisu. Booth w swojej najnowszej książce ponownie zabiera nas (i swoją rodzinę) w kulinarną podróż po Japonii. Odwiedzamy wiele miejsc od Okinawy po Hokkaido, dzięki czemu jeszcze lepiej możemy zrozumieć złożoność, sezonowość i unikalność wpisanej na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO washoku (和食), czyli kuchni japońskiej.

"Zróbcie mi przyjemność i przyjmijcie, ze w Japonii mieszkają najwytrawniejsi smakosze, że może się ona poszczycić najlepszym jedzeniem n świecie i ma najbardziej zaawansowaną kulturę restauracyjną na świecie (to akurat potwierdzają przewodnik Michelin i niemal wszyscy szefowie kuchni, których o to pytałem). W takim wypadku można chyba przyjąć, ze najlepsza restauracja także znajduje się w Japonii, prawda?"

Michael Booth zdobył niezłą popularność w Japonii - regularnie pojawia się w telewizji (np. tutaj), pisze o japońskiej kuchni, a telewizja NHK nakręciła nawet anime z jego działem. Jeden odcinek poniżej. Kilkuminutowe epizody opowiadają o kulinarnych przygodach Bootha i jego rodziny podczas podróżowania po Japonii. Prosta kreska i całkiem sporo ciekawych informacji dotyczących japońskiej kuchni sprawiły, że od razu obejrzałam kilka odcinków. W najnowszej książce Booth odnosi się do tej animacji, która niezmiernie go bawi - nie tylko tym, że niektóre sytuacje w ogóle nie miały miejsca, ale przede wszystkim, jak mi się wydaje, że nigdy nie nosił zielonej koszulki polo. :)



Istota ryżu. O duszy japońskiego jedzenia pozwoliła mi poznać kolejne tajniki japońskiej kuchni, dowiedzieć się o smakach, których spróbowanie jeszcze przede mną (uwielbiane przez autora uni są teraz na mojej liście) i przekonać mnie do zmiany moich podróżniczych planów (pod wpływem rozdziału o Matsue postanowiłam uciąć jeden dzień w Kioto, aby odwiedzić już jesienią to trzecie pod względem ważności miejsce na herbacianej mapie Japonii). 
 
Booth w zabawny sposób i z dużym dystansem do siebie prowadzi nas przez świat japońskich smaków yuzu (japońskiej cytryny), makaronu soba, whisky czy sushi. Razem z nim i jego rodziną odwiedzamy holenderską wioskę Huis Ten Bosch (park tematyczny), winnice prefektury Yamanashi czy łowimy małże na jeziorze Shinji. Polecam szczególnie rozdział o ramenie, daniu, które na Zachodzie urosło już niemal do rangi legendarnego i wokół, którego narosło mnóstwo mitów. Jak w każdej dziedzinie, tak i w kuchni, pojawiają się i znikają co rusz mniej lub bardziej dziwaczne mody - od jakiegoś czasu mam wrażenie, że ramen, niestety, padł ofiarą ramenowego trendu, który czasami jest tak wypaczany i udziwniany, że cały jego ramenowy sens znika...

Mam nadzieje, ze Booth nie raz jeszcze postanowi Japonię odwiedzić i napisze kolejną książkę, bo jak zwykle bawiłam się świetnie czytając Istotę ryżu. O duszy japońskiego jedzenia. Tym, którzy jeszcze nie mieli okazji, polecam również jego poprzednią książkę Sushi i cała reszta. Zgłodniałam. :)

(Cyt. za: Michael Booth, Istota ryżu. O duszy japońskiego jedzenia, Warszawa 2018, s.179.)

środa, 14 marca 2018

Dodaję zenu, czyli Kurz Zen w Galerii Miejskiej

"Mówi się, ze zen jest naturalny, cechuje go prostota, asymetria, jest wolny od ziemskich przywiązań, charakteryzuje się wyciszeniem, wzniosłością i subtelną głębią. Jest to oczywiście wrażenie kogoś z zewnątrz. Jeśli człowiek ze uważa, że taki jest, staje się tylko kłamliwą atrapą. Musi stać się takim nie wiedząc o tym." 

Hoshi Yuun, 26 opat świątyni Daibai w Sendai
(z katalogu wystawy)

Początkowo miałam wrzucić tylko kilka zdjęć z wystawy Kurz Zen na FB. Wpadłam wczoraj do Galerii Miejskiej dosłownie na chwilę, aby przyjrzeć się z bliska pracom Ewy Myoshin Hadydoń oraz Nyogen Nowaka. Byłam w galerii sama, z głośników płynęła kojąca muzyka, więc i ja mogłam choć na tych kilka chwil odpłynąć i odciąć się od świata na zewnątrz. Osiągnąwszy takie moje małe zen. I musiałam Wam o tym napisać. :)




Już sama historia artystów wzbudza zainteresowanie. Polskie małżeństwo mnichów buddyjskich z Wrocławia na stałe mieszkających w Japonii. Ewa Myoshin Hadydoń zajmuje się malarstwem ezoterycznym (mikkyoga), a Nyogen Nowak malarstwem (zenga) i kaligrafią zen (zensho). Według nich buddyzm/zen i sztuka są powiązane i wzajemnie się przenikają. Żałuję, że nie udało mi się dotrzeć na wernisaż - być może byłaby okazja zamienić kilka słów i wymienić myśli... Więcej o artystach między innymi tutaj.





W Galerii Miejskiej możemy podziwiać buddyjskie twarze i sanskryckie litery bonji w interpretacji Ewy Myoshin Hadydoń. Z kolei na zwojach Nyogen Nowaka dostrzeżemy motywy zwierzęce (świetne ptaszory!) i roślinne oraz bóstwa - uśmiecha się do nas rubaszny Hotei czy piękna bogini Kannon.


Kurz Zen bardzo mi się spodobał, szczególnie malarstwo tuszowe na zwojach - już sama ich dekoracyjna otoczka zachwyca. Skusiłam się również na bardzo ładnie wydany katalog z wystawy, w którym nie tylko zawarte są wszystkie (a nawet więcej) prace pokazane w galerii, ale także wypowiedzi samych artystów oraz ludzi z nimi związanych, np. opata świątyni buddyjskiej w Sendai. Katalog jest trójjęzyczny - wydany został po polsku, angielsku i japońsku. Dorwałam ostatni, ale mają jeszcze rzucić. ;)



 Wystawę można oglądać do 30 marca. Warto się wybrać. Choć na chwilę. I dodać trochę zenu. :)