niedziela, 5 sierpnia 2018

Ja.Japonia / 私と日本, czyli rzecz o rysunku, górze Fuji i zachwycie

Zdarzają się w życiu miłe chwile wynikające zupełnie niespodziewanie, trochę bez planu, trochę ze szczęściem na dłoni. Tak było w tym przypadku. Od jakiegoś czasu obserwowałam działania Mauko, zaintrygowały mnie i czekałam na więcej. I to więcej nadeszło. W postaci cudnej książki Ja.Japonia / 私と日本. A jeszcze cudniej, że dostało mi się ją wprost z rąk Mauko!

"Dla Ciebie Czytelniku, 
byś znalazł swoją Japonię."
  
Ja.Japonia / 私と日本 to owoc rezydencji artystycznej Mauko w Japonii, a dokładnie w małej mieścinie pod górą Fuji - Fujiyoshida. Kilka lat temu miałam okazję tam być w poszukiwaniu jednego z najbardziej kultowych obrazów kojarzących się z Japonią (do poczytania tutaj). To urokliwe miejsce z kapryśną, bo wiecznie chowającą się, i hipnotyzującą Fuji-san. Fuji jest kobietą, jak pisze Mauko, która poświęca tej świętej górze osobny rozdział w książce. Wiele prac i zdjęć koncentruje się tylko na niej, Fuji jest wszechobecna i skupia na sobie uwagę Mauko. 

Ja.Japonia / 私と日本 jest książką bardzo subiektywną, pisaną w zachwycie, oszczędną w słowach, ale bardzo bogatą w treść. To nie jest książka o Japonii, ale o Japonii Mauko - jej postrzeganiu tego świata, rzeczach i ludziach, które powodują, że chce do Japonii wracać. Mamy rysunki/grafiki, główne narzędzie wyrazu Mauko, zdjęcia, słowa (bardzo spodobał mi się pomysł umieszczania cytatów ludzi, których Mauko poznała w Japonii). W książce jest dużo przestrzeni, znaczącej pustki, oddechu. Przyjemnie zagłębiać się w jej treść, dostrzegać szczegóły na pozór mało istotne i szukać w niej swojej Japonii.  

Książka podzielona jest na trzy części - pierwsza odpowiada na pytania: Skąd, jak i dlaczego? Druga poświęcona jest rezydencji artystycznej, a trzecia wspomnianej już górze Fuji. Wydanie jest bardzo miłe dla oka i ma świetny format. Teksty przeplatają się ze zdjęciami, rysunkami/grafikami i cytatami, co bardzo mi się spodobało. Warto dodać, że książka napisana jest po polsku i japońsku z angielską wkładką zawierającą streszczenie. 

"Powiedz znajomym w Polsce,
że w Japonii jest fajnie."

Ja.Japonia / 私と日本 idealnie wpisuje się w nurt publikacji o Japonii, które lubię najbardziej. Nie znajduje w nich encyklopedycznych informacji ani prawd objawionych, ale ludzi i ich Japonię. A to jest dla mnie najciekawsze. To, jak ten kraj jest przez nich postrzegany, oraz jaki nadają temu wyraz - stąd moje uwielbienie do wszelkich książek z obrazkami (i niczego im to nie ujmuje), jak niedawno Tokyo Storefronts Mateusza Urbanowicza czy właśnie Ja.Japonia / 私と日本. Każdy z nas ma w sobie swoją małą Japonię. 

Kartkując strony książki, przypominam sobie, jak Mauko opowiadała mi o swojej Japonii podczas naszego (zbyt) krótkiego spotkania. Opowiadała o ludziach (mam wrażenie, że poznała chyba wszystkich mieszkańców Fujiyoshidy), o świątyni, do której chodziła niemalże codziennie, o hotelu z onsenem na dachu. Z tych urywanych zdań i kilku wspomnień zrodził się w mojej głowie obraz Japonii według Mauko. Obraz pełen radości, pozytywnego zdumienia i szczęścia. Mam nadzieję, że Wy również znajdziecie w Ja.Japonia / 私と日本 swój kawałek Japonii. Równie piękny i autentyczny. ♥♥♥



niedziela, 22 lipca 2018

Wojna Lotosowa, czyli steampunk z japońską nutą


Steampunk jest nurtem, który zdobył sobie wielu miłośników w Japonii. Mangi, animacje, imprezy cosplayowe mają rzesze zwolenników. Wiele steampunkowych inspiracji widać w twórczości Studia Ghibli, żeby wspomnieć tylko o animacji Laputa, podniebny zamek. Od kilku lat w Tokio odbywa się nawet Steampunk Festival, który z roku na roku przyciąga coraz większa liczbę odwiedzających.W Polsce z tego, co się orientuję, zarówno nurt fantasy, jak i steampunk, również są bardzo popularne. Nie dziwi więc spora popularność trylogii spod ręki Jaya Kristoffa, Wojna Lotosowa.


Wojna Lotosowa to trylogia, w której steampunk jest motywem przewodnim, gdzie technologia i wciąż rozwijający się przemysł łączy się na każdym kroku z japońską mitologią. A wszystko to w krajobrazach feudalnej Japonii, gdzie magia, mityczne stwory, wyniszczający przemysł i maszyny tworzą scenę dla rozgrywających się walk, emocji i przygód.

Akcja pierwszej części, Tancerze Burzy, rozgrywa się na wyspach Shima, gdzie rządy sprawuje okrutny władca. To świat na granicy upadku zarówno w sferze ekonomicznej, jak i społecznej, wyniszczony wojnami i rządami tyrana. Główna bohaterka Yukiko wraz ze swoim ojcem zostaje przez władcę wysłana na poszukiwanie mitycznego stworzenia. To punkt zwrotny, który wpłynie nie tylko na życie samej Yukiko, ale również na losy całej krainy. 

W drugiej części trylogii zatytułowanej Bratobójca, nadal pozostajemy na wyspach Shima i śledzimy dalsze losy Yukiko, która musi ukrywać się w górach Ishii wśród rebeliantów Kagé. Sytuacja polityczna staje się coraz bardziej napięta i wyspom Shima grozi wojna domowa. Pojawia się więcej bohaterów, a akcja staje się coraz bardziej dynamiczna. I przenosi nas do trzeciego tomu, Głoszący kres, w którym nastąpi bitwa rozstrzygająca losy wysp Shima.

Dzięki Wydawnictwu Uroboros i ja będę mogła zagłębić się w ten zupełnie nieznany mi świat fantasy. Zabieram się do lektury, a Was zapraszam zapraszam do konkursu. :)

Do wygrania jeden komplet trylogii Wojna Lotosowa. Aby wziąć udział, wystarczy odpowiedzieć na poniższe pytanie:

Jak wyobrażasz sobie steampunkowy świat/postaci rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni?

Na Wasze odpowiedzi czekam na JB i na FB, a szczegóły w regulaminie konkursu poniżej. Zapraszam do zabawy!

Regulamin konkursu:


1. Konkurs trwa od dnia 22 lipca 2018r. do dnia 30 lipca 2018r.
2. Uczestnikiem konkursu może być każdy, bez względu na wiek i kraj zamieszkania.
3. Aby wziąć udział w konkursie należy odpowiedzieć pisemnie na pytanie znajdujące się na stronie: www.japoniablizej.blogspot.com.
4. Podpisane imieniem, nazwiskiem lub nickiem odpowiedzi należy umieścić pod postem konkursowym na blogu lub na FB. 
5. Wyniki zostaną ogłoszone najpóźniej 10 sierpnia 2018r. na FB.
6. Nagrodą jest pakiet trylogii Wojna Lotosowa ufundowany przez Wydawnictwo.
7. Dane do wysyłki nagrody (imię, nazwisko, adres korespondencyjny) należy przesłać najpóźniej do dnia 15 sierpnia 2018r. r. na adres: japoniablizej@poczta.fm.
Nagrody wysyłane są jedynie na terenie Polski.
8. Nieprzesłanie danych w terminie jest równoznaczne z rezygnacją. Następnie zostanie wybrany kolejny zwycięzca.
9. JaponiaBliżej zobowiązuje się do wysłania nagrody w terminie do 25 sierpnia 2018r.
10. Umieszczenie odpowiedzi konkursowej jest równoznaczne z akceptacją regulaminu i zgodą na publikację nagrodzonych odpowiedzi
.

sobota, 30 czerwca 2018

Jiutamai, czyli każdy gest ma znaczenie


Od kilku lat trochę się uczę, ale od wielu lat podziwiam tradycyjne tańce japońskie. Za ich piękno i elegancję, subtelność i sposób opowiadania historii. Jeszcze do niedawna byłam przekonana, ze to sztuka dostępna tylko nielicznym i na pewno nie tym spoza Japonii. Okazało się jednak, ze powiedzenie "nigdy nie mów nigdy" kolejny raz zostało obalone, a ja ponownie miałam to ogromne szczęście, że kilka dni temu już po raz trzeci mogłam uczestniczyć w warsztatach jiutamai razem z mistrzynią Tokijyo  Hanasaki (o poprzednich pisałam tutaj i tutaj). Mistrzyni ponownie odwiedziła Warszawę, Kraków oraz Wrocław na zaproszenie Fundacji NAMI. W podróży zawsze towarzyszy jej sensei Hana Umeda na co dzień praktykująca klasyczny taniec japoński nihon buyō, z którą mamy warsztaty kilka razy do roku. 


Tym razem podczas 6-godzinnych warsztatów rozpoczęłyśmy naukę choreografii do utworu Kyō no Shiki (京の四季), czyli Cztery Pory roku w Kioto, który składa się z czterech zwrotek opisujących kolejno wiosnę, lato, jesień i zimę. Całość trwa ponad sześć minut, więc jest to jak na razie najdłuższa chorografia, z którą przyszło nam się zmierzyć.




Na pozór taniec ten nie wydaje się bardzo trudny, jednak diabeł tkwi w szczegółach, których jest w tej chorografii sporo, a każdy wymaga subtelności i uważności. Każdej opisywanej porze roku przypisane są pewne sytuacje i atrybuty, każdy niemal gest ma określone znaczenie, więc trzeba je wykonywać precyzyjnie, aby widz, mógł odczytać ich znaczenie. Wiosną podziwiamy kwitnące wiśnie, latem chłodzimy się nad rzeką Kamo i jemy tofu, jesienią spoglądamy na czerwone liście klonu a zimą podziwiamy śnieg i raczymy się ciepłą sake.



Poniżej wrzucam nagranie znalezione w sieci (niestety z nieco inna choreografią niż ta, której uczy się nasza grupa jiutamai):
Kolejny dzień również okazał się być pełen emocji. W siedzibie Fundacji NAMI uczestniczyłam w spotkaniu o jiutamai, podczas którego można było dowiedzieć się więcej o tym tańcu zadawać pytania mistrzyni a także podziwiać jiutamai na żywo (między innymi wspomniany już przeze mnie utwór Kyō no Shiki).


Mistrzyni pytana była o wiele aspektów związanych z jiutamai, o historię tańca i jego odbiór współcześnie. Jiutamai (jiuta - muzyka wykonywana na instrumencie shamisen oraz mai - taniec) wywodzi się z okresu Edo i wyższych warstw społecznych, gdzie zaczął być praktykowany przez kobiety z dwóch powodów: polepszenia ogólnej kondycji fizycznej oraz nabywania gracji. Początkowo taniec ten wykonywany był tylko przez kobiety (w opozycji do klasycznego teatru nō), jednak obecnie także mężczyźni uczą się jiutamai, nierzadko występując w kobiecych kimonach (dzięki czemu mogą odnaleźć w sobie kobiecy pierwiastek, jak mówi mistrzyni, która ma w swojej szkole dwóch męskich adeptów tej sztuki).



Istnieją dwie formy jiutamai: klasyczna (tańczona w małej przestrzeni tradycyjnego pokoju zashiki, w eleganckim kimonie dla małej publiczności) oraz sceniczna (tańczona na scenach, w pełnym makijażu i peruce). Mistrzyni zapytana przeze mnie, którą formę lubi wykonywać bardziej, odpowiedziała, że ma nadzieję, iż, kiedy osiągnie 80 lat, wystarczy jej ta tradycyjna forma, obecnie jednak bardzo lubi również występy na scenie. Obie formy wyzwalają duży ładunek emocji i są nie lada przzyciem dla każdego tancerza. W choreografiach jiutamai, których istnieje koło stu (nie licząc tych powstających współcześnie), widać inspiracje również innymi sztukami, między innymi bunraku (teatr lalkowy). W jiutamai liczy się nie tylko precyzja ruchów i choreografia, ale przede wszystkim taniec ten jest wyrazem i wynika z emocji i płynie prosto z serca. Idealne opanowanie ruchów i choreografii nie gwarantuje, że dana osoba będzie wspaniałym tancerzem na mistrzowskim poziomie. 



Naszą grupę jiutamai (poniżej w pełnej krasie na pamiątkowym zdjęciu) czeka więc poważne zadanie - sprostania nowej i długiej choreografii oraz przygotowanie do kolejnych warsztatów z mistrzynią jesienią 2019 roku. Wbrew pozorom to wcale nie jest aż tak dużo czasu. :)

(fot. Fundacja NAMI)

niedziela, 10 czerwca 2018

Let's Nihongo!



Z nauką japońskiego bywa trudno. Nie jest to język, którym otaczamy się na co dzień. Często brakuje więc z nim częstego kontaktu, nawet tylko po to, aby osłuchać się z melodią tego języka. Historia mojej nauki ma już wiele, wiele lat. Zaczynałam od kursów korespondencyjnych ESKK (tak, to było dawnoooo temu), a moim celem było wtedy zrozumienie struktury języka, nauczenie się chociażby kilku słów. W tamtych czasach nie było dostępu do wielu źródeł, które dziś mamy na wyciągnięcie ręki, a nauka japońskiego była odbierana jakoś coś egzotycznego i w sumie niepotrzebnego.


Poza prawie co tygodniowymi spotkaniami z moja sensei M. z Matsumi Pracowni Języka Japońskiego, sięgam po różne sposoby, aby ten mój japoński całkowicie nie zniknął. A może nawet nieco się rozwinął. Mam kilka ulubionych książek do nauki, zdarza mi się korzystać aplikacji Duolingo w drodze do pracy (chociaż czasami Duolingo bywa irytujące przez ograniczony zasób słów i powtarzalność oraz dziwną konstrukcję zdań) oraz ćwiczeń online - moje ostatnie odkrycie to strona Quizlet (i tu zdarzają się nieścisłości, pewnie błędy też, mimo to to dla mnie fajny sposób na zrobieniu kilku ćwiczeń na słówka w tzw. międzyczasie). Każdego dnia staram się słuchać wiadomości NHK, mimo że niewiele z nich rozumiem. :) Po kilku latach i mimo zdanych dwóch egzaminów JLPT wciąż mój japoński jest na podstawowym poziomie. Będąc w Japonii dogaduję się i używam właściwie tylko japońskiego, jednak to wciąż za mało. W codzienności brakuje mi czasu, aby naprawdę przysiąść do nauki, ćwiczyć kanji i powtarzać nowe słówka. Zannen.


Niedawno wydawnictwo EDGARD podarowało mi książkę do samodzielnej nauki od podstaw Japoński. Mów, pisz i czytaj. W związku z tym, co napisałam wyżej, sięgam od czasu do czasu po tego typu wydawnictwa traktując je jako repetytoria - znając podstawy, mogę szybko odświeżyć sobie jakiś zapomniany temat, a dzięki ćwiczeniom sprawdzić, czy tak naprawdę już mam go w głowie. Japoński. Mów, pisz i czytaj to 21 lekcji tematycznych, które w przystępny sposób wprowadzają w arkana języka japońskiego. Jest i gramatyka, i słówka, i ćwiczenia, a także notki kulturowe, dzięki którym łatwiej można zrozumieć niektóre konstrukcje językowe i poznać ich genezę. Nie da się poznawać języka bez kultury i odwrotnie, dlatego doceniam, że Japoński. Mów, pisz i czytaj zawiera także kilka odpowiedzi w tym temacie. Każda lekcja oparta jest na innym temacie, mamy możliwość przesłuchania dialogów oraz przećwiczenia słówek z danego rozdziału. Książka wydana jest przejrzyście, nie przytłacza wiedza gramatyczną oraz ilością materiału, a każdą lekcję można przerobić za jednym zamachem. Dla mnie Japoński. Mów, pisz i czytaj to świetnie uzupełnienie nauki i zapewne będę do niej zaglądać.

A dla Was mam do rozdania 2 książki do samodzielnej nauki japońskiego: Japoński. Kurs podstawowy (kurs audio) oraz właśnie Japoński. Mów, pisz i czytaj. Aby mieć szansę je zdobyć, odpowiedzcie na poniższe pytanie pod tym postem lub na FB:
Dlaczego uczysz się języka japońskiego / Dlaczego chcesz zacząć uczyć się języka japońskiego i jakie pomoce wykorzystujesz najczęściej?

Dwie najciekawsze moim zdaniem odpowiedzi zostaną nagrodzone książkami.
Ganbatte ne! 


Regulamin konkursu:


1. Konkurs trwa od dnia 10 czerwca 2018r. do dnia 17 czerwca 2018r.
2. Uczestnikiem konkursu może być każdy, bez względu na wiek i kraj zamieszkania.
3. Aby wziąć udział w konkursie należy odpowiedzieć pisemnie na pytanie znajdujące się na stronie: www.japoniablizej.blogspot.com.
4. Podpisane imieniem, nazwiskiem lub nickiem odpowiedzi należy umieścić pod postem konkursowym na blogu lub na FB. 
5. Wyniki zostaną ogłoszone najpóźniej 25 czerwca 2018r. na FB.
6. Nagrodami są dwa książki Japoński. Kurs podstawowy oraz  Japoński. Mów, pisz i czytaj ufundowane przez EDGARD.
7. Dane do wysyłki nagrody (imię, nazwisko, adres korespondencyjny) należy przesłać najpóźniej do dnia 30 czerwca 2018r. r. na adres: japoniablizej@poczta.fm.
Nagrody wysyłane są jedynie na terenie Polski.
8. Nieprzesłanie danych w terminie jest równoznaczne z rezygnacją. Następnie zostanie wybrany kolejny zwycięzca.
9. JaponiaBliżej zobowiązuje się do wysłania nagrody w terminie do 15 lipca 2018r.
10. Umieszczenie odpowiedzi konkursowej jest równoznaczne z akceptacją regulaminu i zgodą na publikację nagrodzonych odpowiedzi
.

sobota, 2 czerwca 2018

Tokyo Storefronts, śladem tokijskich sklepików



Dzisiaj znowu o książce (ostatnio na JB prawie same książkowe posty..., ale szykuję dla Was i inne opowieści, już niedługo), ale nie byle jakiej, bo o książce z rodzaju tych, które uwielbiam. O książce z ilustracjami. Od lat zachwycam się takimi wydawnictwami i mam kilka w swoim małym japońskim księgozbiorze (można zajrzeć między innymi tutaj i tutaj). Niedawno w końcu przyszła paczka z japońskiego Amazona z przepiękną ilustrowaną opowieścią Tokyo Storefronts Mateusza Urbanowicza. 

Mateusz Urbanowicz na co dzień pracuję w tokijskim studio animacji (gdzie między innymi pracował przy jednej z moich ulubionych produkcji Your Name!), a przy okazji tworzy własne projekty i cykle oparte na ilustracjach. Jakiś czas temu pojawiły się pierwsze wzmianki o Tokyo Storefronts, książce z ilustracjami tokijskich budynków, a właściwie sklepów i punktów usługowych mieszczących się w starych zabudowaniach. 

Będąc w Tokio nie da się nie zauważyć tych swoistych, czasami pięknych, ale wyszczerbionych czasem budynków, które bywają wciśnięte miedzy nowoczesną zabudowę albo na które wpada się przypadkiem w jakieś bocznej uliczce. Nie zliczę, ile takich budynków mam na zdjęciach i w swojej głowie. Tym bardziej pomysł na te książkę przypadł mi do gustu i niecierpliwie czekałam po złożeniu zamówienia, kiedy Tokyo Storefronts wpadnie w moje ręce. I w końcu paczka dotarła, miałam przed sobą wiele wspaniałych ilustracji, a do tego... komplet naklejek, więc od razu Tokyo Storefronts skradły moje serducho. :) 


Są takie książki, które można by przeczytać/przejrzeć w jeden wieczór. Mimo że Tokyo Storefronts składa się głównie z ilustracji, zachwycałam się tą książką kilka tygodni, dawkując sobie zanurzanie się w świat tokijskich witryn i aby dokładnie każdy rysunek obejrzeć, a potem odnaleźć go na mapie. Bo każdy budynek ma nie tylko swoją ilustrację, ale również krótką historię (książka jest dwujęzyczna - wszystkie teksty napisane są po angielsku i po japońsku) oraz punkt na mapie Tokio, a przedstawiony jest z oddaniem najmniejszych szczegółów co sprawia, że nad jedną stroną potrafiłam ślęczeć dobrych kilka minut. 

Na pewno jeszcze nie raz będę do tej książki wracać. Nawet mam w głowie myśl, aby zabrać Tokyo Storefronts w tym roku do Tokio i spróbować odnaleźć zilustrowane miejsca. Szczególnie, że kilka  z nich znajduje się w mojej najulubieńszej Asakusie. Zobaczymy, czy bagaż na to pozwoli. :) 



p.s. Polecam zapoznać się z pracami Mateusza i zaglądać na stronę, FB, Instagrama, etc. autora. Ostrzegam, że możecie to przypłacić dużą ilością czasu... :) 

niedziela, 13 maja 2018

Shinrin-yoku, czyli jestem w lesie!


Arashiyama, Kioto

Niedawno zdałam sobie sprawę, że od lat praktykuję shinrin-yoku (森林浴), czyli zażywanie kąpieli leśnych. Odkąd pamiętam uwielbiałam się włóczyć - po betonowej miejskiej dżungli i tej prawdziwej, zielonej, cichej i tajemniczej. Nawet jeśli była to tylko mała dżungielka w postaci miejskiego parku. Mam to szczęście, ze Wrocław jest nadal (i oby tak zostało...) zielonym miastem, w obrębie którego istnieje kilka pięknych enklaw zieleni - że wspomnę tylko Park Wschodni i ostatnio odkryty przeze mnie Park Tysiąclecia. Praktykuję więc shinrin-yoku niezmiennie i stale co najmniej raz w tygodniu zanurzając się na kilka godzin w miejską zieleń.

Wazuka
Wazuka

Jakiś czas temu przypadkiem wpadło do mojego japońskiego słownika nowe określenie - shinrin-yoku, japońska sztuka zażywania kąpieli leśnych. Kiedy wydawnictwo Znak postanowiło podarować mi egzemplarz recenzencki, miałam okazję bliżej przyjrzeć się tej aktywności. Czy shinrin-yoku to nowa krótkotrwała moda? Wystarczy wpisać sobie w Google 森林浴, wybrać grafikę i dostajemy szerokie spektrum tego, co kryje się za tym chwytliwym hasłem (próbka tutaj). A jeśli nie grafikę, to setki stron dotyczących shinrin-yoku, artykułów (głównie hołubiących leśne kąpiele), stowarzyszeń, blogów, etc. Trafiłam nawet na zapowiedź filmu opartego na tańcu pod tytułem Shinrin-yoku. Więc kąpiele leśne to moda, nowinka, trend, który przez jakiś czas na pewno będzie pobudzał wyobraźnię i nakręcał maszynkę marketingową. Ale nie tylko.


"Chociaż dzisiejsza kultura japońska ma charakter wybitnie miejski, coraz częściej można zobaczyć grupy, pary, a  nawet samotnych piechurów zagłębiających się w leśny gąszcz. Są zrelaksowani, ponieważ nie obrali żadnego konkretnego celu wędrówki. Pragną raczej korzystać z leczniczych i odmładzających właściwości shinrin-yoku."

W Japonii (mimo że istnieje wielu dowodów również na odwrotność tego, co napiszę) natura jest wszechobecna, dba się o związek człowieka z przyrodą (już od pradawnych czasów - wystarczy spojrzeć na tradycyjną religię shintō) a jej wytwory są podziwiane, ale i czasami zamykane w formy, czego przykładem może być np. ikebana (生け花), czyli sztuka układania kwiatów. W miastach są parki, skwery, tereny zielone świątyń i chramów, jest więc gdzie uciekać. Ale to czasami za mało, dlatego warto wyjechać dalej, odciąć się od codzienności i po prostu pójść do lasu. O tym mówi właśnie shinrin-yoku.

Fujiyoshida

Arashiyama, Kioto

Nikko

Oczywista oczywistość, mogłoby się wydawać. Fakt, nie ma w tym nic odkrywczego - kontakt  z naturą czy kolor zielony działają wyciszająco i wiadomo to już nie od dziś. Jednak człowiek to jest takie zwierzę, któremu czasami trzeba powiedzieć wprost i przypomnieć nawet tę oczywistą oczywistość. Książka Shinrin-yoku, japońska sztuka czerpania mocy z przyrody w przekonywujący i ładny dla oko sposób (piękne wydanie!) przypomina i namawia, ale podaje także naukowe dowody na lecznicze właściwości kąpieli leśnych. Poznajemy historię zainteresowania człowieka naturą i odkrywania zbawiennych dla zdrowia jej właściwości oraz dostajemy szereg porad, jak czerpać z natury, kiedy nie mamy możliwości wybrania się do lasu. Autorzy wyczerpująco odpowiadają na pytanie: czym jest shinrin-yoku?


Osobiście nie do końca przekonuje mnie sposób opowiadania o shinrin-yoku hiszpańskich autorów, jest jak dla mnie zbyt górnolotny, ale to tylko kwestia stylu. Podane informacje są interesujące, a odwołania do innych kultur poszerzają nasze pojmowanie tego tematu (shinrin-yoku współcześnie już dawno opuściło granice Kraju Kwitnącej Wiśni - wystarczy zajrzeć do Internetu, aby znaleźć dziesiątki na to dowodów). Moim zdaniem warto Shinrin-yoku, japońską sztukę czerpania mocy z przyrody przeczytać i wybrać z niej to, co będzie dla nas najlepsze. A potem pójść do lasu. Tak po prostu. :)

(Cyt. za: Hector Garcia, Francesc Miralles, Shinrin-yoku, japońska sztuka czerpania mocy z przyrody, Kraków 2018, s. 15.)

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

W judodze na rowerze, czyli o rowerach, judo, Japonii (i Korei)


Kilka miesięcy temu, chyba już nawet ponad rok temu, dostałam zapytanie o promocję inicjatywy podróżniczej - rowerem przez Japonię i Koreę, a po drodze judo. Na rowerze nie jeżdżę. Lata świetlne temu byłam na jednych zajęciach judo i... stwierdziłam, że to nie dla mnie. Ale za to Japonię uwielbiam! :) Uwielbiam też ludzi z pasją, więc bez wahania się zgodziłam i między innymi ze strony JB mogliście dowiedzieć się o tym przedsięwzięciu.

Przyznaję bez bicia, że nie śledziłam wyprawy Artura, a w natłoku codziennych spraw umykały mi kolejne relacje na FB (zerknijcie tutaj). Kiedy jakiś czas temu zostałam poproszona o patronat medialny książki W judodze na rowerze... , uświadomiłam sobie, że musiało minąć sporo czasu i autor pewnikiem już dawno ze swojej wyprawy wrócił... Tym bardziej ucieszyłam się z książki, bo mogłam "nadrobić" te wszystkie stracone relacje. :)


Nie raz już wspominałam, że lubię czytać o miejscach, które udało mi się w Japonii odwiedzić. Jednak lubię też poznawać relacje z tych jeszcze przeze mnie nieodkrytych - a do takich miejsc zalicza się północ Japonii. To właśnie na Hokkaido rozpoczyna się rowerowa wyprawa przez Japonię i Koreę, więc akcja książki od razu mnie wciągnęła. :)

Książka wolna jest od pustych peanów na cześć Japonii i Korei, które poznajemy z perspektywy mniej utartych szklaków. Autor podchodzi do otaczającej go rzeczywistości z otwartością i wnikliwością podróżnika, a na swojej drodze spotyka wiele osób, dzięki którym wychodzi z tarapatów i/lub odkrywa nowe oblicza mijanych krajobrazów, wsi i miast. Ludzie tworzą tę historię - są to nie tylko osoby związane z judo, ale także mieszkańcy odwiedzanych przez Artura miejsc albo po prostu postacie spotkane w drodze.  

"Są jednak trzy rzeczy, które w moim przekonaniu Japończykom wychodzą względnie średnio, żeby nie powiedzieć słabo: śniadania , kawa i pomniki." 

Przez kolejne strony śledziłam zmagania Artura i pokonywałam kolejne kilometry przez Japonię, czasami wręcz czułam niemal fizyczne zmęczenie myśląc: o matko, ja jednak wolę się szwendać pieszo. :) Trasa, którą pokonał Artur jest imponująca i za samo podjęcie wyzwania należą się wielkie brawa! W judodze na rowerze... to świetna książka-przewodnik, dla osób, które chcą podjąć podobne wyzwanie, ponieważ można w niej znaleźć mnóstwo praktycznych informacji. Początkowo trochę obawiałam się, że książka będzie przeładowana treścią, która nie jest w centrum mojego zainteresowania. Jednak już po kilku stronach okazało się, że informacje rowerowe i o judo są umiejętnie wplecione w tekst. O obu dyscyplinach można się sporo dowiedzieć, ale informacje te nie przytłaczają i nie zakłócają odbioru tekstu jako całości.

 Lekcja judo dla dziewczynek w szkole podstawowej z Wazuce

Książka jest bardzo ładnie wydana - urzekła mnie okładka, która łączy trzy istotne elementy, czyli judo, rower i Azję. Format idealnie nadaje się do czytania w drodze, a książka zawiera sporo kolorowych zdjęć ilustrujących wyprawę. To, co mnie bardzo przekonuje do tej książki, to fakt, że relacja napisana jest od serca - to Artura spojrzenie na Japonię i Koreę, to jego pomysł na tę wyprawę oraz szczerość, z jaką o niej pisze sprawia, że mamy przed sobą coś autentycznego. W judodze na rowerze... czyta się jak dziennik podróży. I to bardzo mi się podobało.

Zachęcam do zapoznania się z książką (szczególnie, że 10% ze sprzedaży trafi do Fundacji Judo - Sport Walki z Rakiem) oraz do zerknięcia na stronę internetową i na FB.

(Cyt. za: Artur Gorzelak, W judodze na rowerze. Japońsko-koreańska przygoda na dwóch kółkach, Warszawa 2018, s. 44.)

sobota, 14 kwietnia 2018

Warszawa po japońsku da się lubić

 


Nie wpadam do stolicy zbyt często, niestety, bo wiele się tam dzieje po japońsku. Niedawno dostałam zaproszenie od Teatru Ochoty na spektakl Zatoka Suma i postanowiłam je zobaczyć, a przy okazji odwiedzić kilka innych miejsc. 

W Warszawie działa wiele japońskich restauracji, w których serwuje się dania teppanyaki, okonomiyaki, udon i, oczywiście, sushi. Całkiem często organizowane są tu wystawy i wydarzenia, więc czasami żałuję, że odległość od Wrocławia (mimo Pendolino) jest wciąż spora.

Tym razem jednak się udało, a na krótki wypad do stolicy zabrałam Mamę, która nieustannie Japonią się zachwyca od czasu podróży do Kraju Kwitnącej Wiśni. :)




Pierwszym naszym przystankiem było Centrum Popkultury Yatta. Poza Centrum Yatta.pl prowadzi sklepy (między innymi we Wrocławiu), gdzie można zaopatrzyć się w mangi, gadżety, japońskie słodycze i wiele innych rzeczy. Nie do końca ten asortyment mnie interesuje (może poza słodyczami), ale trafiłam do Centrum z powodu Keiko Kikkawa i jej prac.




Keiko jest artystką, która od kilku lat mieszka w Warszawie. Zajmuje się rysowaniem komiksów, ilustracją i animacją. Niedawno wydała mangę opowiadająca o swoim życiu w Polsce, która dzięki Yatta.pl trafiła w moje ręce. Na okładce możemy przeczytać: " Mówią, ze Japonia to dziwny kraj. Jak się okazuje, dokładnie tak samo można powiedzieć o Polsce". Czytając plansze Keiko trudno się nie zgodzić - jeśli spojrzymy na naszą codzienną polską rzeczywistość z dystansu, z lekkim przymrużeniem oka i perspektywy innej osoby (spoza tego kręgu), to bardzo szybko dojrzymy, że Polska też jest dziwna. I to bardzo. :)


Po wystawie przyszedł czas na coś dla ciała i kubków smakowych. Z Centrum spacerkiem dotarłyśmy do Matcha Tea House, zielonego miejsca na mapie Warszawy, które od dawna chciałam odwiedzić z wiadomych powodów.


Co mnie najbardziej przekonuje do tego miejsca, to spory wybór matcha przysmaków i nie tylko. Ciężko mi powiedzieć, czy w tym wypadku jakość idzie w parze z ilością (na pytanie, jakiej matcha używają, dostałam tylko lakoniczną odpowiedź, że kulinarnej), ale smakowo Matcha Tea Hous wypada całkiem dobrze. Wystrój na plus, w modnym chyba ostatnio połączeniu jasnego drewna i różowego (plus zielonego w tym wypadku). Warto dodać, że jest jedno pomieszczenie wyłożone tatami, więc można rozkoszować się herbatą po japońsku - bez butów siedząc na matach. :)



Wielu rzeczy chciałam spróbować, ale trzeba się było ograniczyć, więc padło na sernik matcha z mango, matcha latte (bez cukru - duży plus!), a Mama zamówiła malinowe ciacho i herbatę jaśminową. Sernik pycha, o świetnej konsystencji i smaku, a matcha latte dobre w smaku, może nieco zbyt cierpkie. Ciacho malinowe bardzo malinowe, a herbata jaśminowa aromatyczna. Jednym słowem miejsce godne polecenia - mimo że wciąż to nie ten poziom i smak matcha, który uwielbiam.





Nadszedł czas na kolejny spacer - tym razem do Muzeum Azji i Pacyfiku, gdzie odbywały się targi książki "Dialog z Azją". Poza licznymi wykładami i spotkaniami z autorami, była to świetna okazja, aby kupić książki o tematyce azjatyckiej równych wydawnictw i to po specjalnych cenach. Nie omieszkałam skorzystać. :)


Przy okazji spotkałam Janusza z Fundacji UMEMI, który od lat propaguję kulturę japońską i kyūdo, czyli japońskie łucznictwo ceremonialne. Fundacja organizuje liczne warsztaty i treningi - bardzo polecam się z nimi zapoznać. A jak się okazało na targach, sprzedaje także przepiękne albumy wydawnictwa Nikko Graphic Arts. Ja na razie dostępne są trzy: o herbacie japońskiej i regionie Shizuoka (planuję tam być w tym roku, więc musiałam zakupić ten album - zobaczcie tutaj jak pięknie jest wydany!), budō oraz ostatnio wydany o japońskich słodyczach wagashi. Mam nadzieję, że takie azjatyckie targi książki będą organizowane cyklicznie.






I znowu trzeba było coś zjeść.  Miałam w planach w końcu wstąpić do Uki Uki, ale okazało się, że nam Uki Uki nie po drodze. I wtedy przypomniało mi się, że kiedyś czytałam artykuł o japońskim szefie kuchni, który serwuje wyśmienite dania na jakimś warszawskim osiedlu. I tak trafiłyśmy do Sato Gotuje.


Przywitał nas świetny mural - wariacja na temat jednego z rysunków Shohei Otomo! I już wiedziałam, ze bezie dobrze. Sato Gotuje to bezpretensjonalne proste miejsce, gdzie pachnie kuchnią i panuje spory ruch.



Bardzo żałuję, BARDZO, że... nie byłam głodna. Nie miało to dla mnie sensu, aby zamawiać słynny udon Sato czy inne potrawy. Za to skończyło się na krewetkach, chrupiącym makaronie i lodach matcha. Nie żałuję, ale na pewno muszę do Sato Gotuje wrócić! 



Wystrój jest bardzo minimalistyczny, trochę taki na łapu capu, ale przy tym swojski i autentyczny. Obsługa bardzo miła i rzetelna, a w karcie sporo pyszności. Koniecznie trzeba do Sato Gotuje zajrzeć będąc w Warszawie. Bywa, że przed wejściem ustawia się kolejka... :)



A na koniec dnia powędrowałyśmy do teatru, aby obejrzeć Zatokę Suma, spektakl w reżyserii Agaty Dyczko wystawiany w Teatrze Ochoty. Przedstawienie inspirowane jest książką Pięć wcieleń kobiety w teatrze nō w przekładzie i opracowaniu profesor Jadwigi Rodowicz, którą bardzo sobie cenię (a spektakl Umiłowanie w jej reżyserii to jedno z moich najlepszych doświadczeń teatralnych).


Zatoka Suma okazała się dosyć trudną w odbiorze sztuką. Według mnie porusza ważne tematy kobiecej tożsamości i ról, jakie nakłada na kobiety społeczeństwo/kultura. Najciekawsza dla mnie postacią był androgyniczny narrator, który świetnie otworzył całość - szkoda, ze potem jego rola nieco się zmieniła, bo uważam, że był najbardziej autentyczny ze wszystkich wcieleń, jakie było nam dane tego wieczoru zobaczyć. Mimo interesujących fragmentów (jak taniec boginki czy sceny z postacią kobiety-wariatki) nie do końca mnie Zatoka Suma przekonała. Jeśli chodzi o japoński aspekt Zatoki Suma, to kilka odniesień do japońskiej kultury udało mi się wyłapać, ale myślę, że dla osób, które nie interesują się tym tematem szczególnie, będzie to dosyć trudne. 

(zdjęcie z materiałów teatru)

Nasz dzień w stolicy dobiegł końca. Było intensywnie, ciekawie i smacznie. Warszawo, będę wracać! :)