niedziela, 28 maja 2017

Wazuka vol.6 - Green Tea Fields Forever


Niedawno uświadomiłam sobie, że minęło już ponad 1,5 roku od mojej wizyty w Wazuce. Często wracam myślami do dni spędzonych na farmie herbaty - tęsknie nieustannie za widokami, zapachem herbaty, ludźmi i samą Wazuką. Dotarło również do mnie, że nigdy tak naprawdę nie skończyłam mojej relacji z wolontariatu. A więc w drodze kontynuacji na dzisiaj post w głównej mierze obrazkowy.



Widok na pola z domku dla wolontariuszy.


Chabatake (茶畑), czyli herbaciane pola, kształtują krajobraz Wazuki. Są wszędzie, widać je wszędzie, nie sposób zignorować. Błękit nieba i zieleń chabatake to charakterystyczny obrazek dla tego miejsca. Tak codzienny dla miejscowych, i tak urzekający tak dla przybyszów. Herbaciane pola można podziwiać, kontemplować, uwieczniać na zdjęciach. Niejednokrotnie miałyśmy małe sesje zdjęciowe "w polu". Zdarzało się nam spotkać japońskich turystów, którzy przyjeżdżają do Wazuki właśnie dla chabatake. Trudno się oprzeć.




Herbaciane pola usiane są elektrycznymi wiatrakami, które regulują temperaturę.

Chabatake zakładane są najczęściej na górskich stokach. Sprawia to, ze bardzo wiele z nich jest bardzo stromych i poruszanie się miedzy krzewami herbaty bywa uciążliwe, żeby nie powiedzieć trudne lub niebezpieczne. Zdarzało się, że podzielność uwagi bardzo mi się przydawała, gdy podczas pielenia lub ścinania herbaty trzeba było również patrzeć pod nogi i unikać dziur lub małych osuwisk ziemi. Chwila nieuwagi i można było skończyć kilka rzędów niżej... Położenie górskich pól dodaje im malowniczości, jednak powoduje, że praca na nich jest cięższa - trudniej się poruszać między poszczególnymi rzędami, a przejście całego pola z góry na dół i z powrotem bywa małym wyzwaniem. 

Codzienne jazda rozklekotanym samochodzikiem na miejsce pracy, przysparzała nie lada emocji. Wspinając się coraz wyżej i wyżej mijaliśmy takie oto widoki.



 Nowe pole - sadzonki mają ok. 2 lat
 Herbaciane kwiaty
Herbata z bliska

W Wazuce wszystkie pola prezentują się przepięknie, ale Japonia nie byłaby Japonią, gdyby i tu nie było czegoś innego, lepszego, wyjątkowego. Więc i Wazuka ma swoje must see, które oznaczone są na mapkach. Taki punktów, gdzie podziwiać można szczególne miejsca, często pola herbaciane z ładnej perspektywy, jest kilka. Mnie udało się dotrzeć do niektórych z nich.

Miejsce spoczynku księcia Asaka ukryte jest w drzewach wzgórza, na którym znajdują się herbaciane pola. Prowadzi do niego wybrukowana dróżka między krzewami herbaty. Urokliwe miejsce, z którego roztacza się widok na Wazukę.


Tzw. punkt 321, przy którym znajduje się jedno z najbardziej znanych pól. Równe zielone rzędy prezentują się ładnie i owszem. Natomiast aby się tam dostać potrzebny był niezły spacerek.

Okrągłe pole Harayama to chyba najpopularniejsze miejsce. Niełatwo było je odnaleźć nawet z mapą, bo w rzeczywistości jest dużo mniejsze niż mogłoby się wydawać. Niemalże je ominęłam chcąc iść dalej! 

A same pola przepięknie prezentowały się, szczególnie w porze zmierzchu, kiedyś liście dosłownie skrzyły się w promieniach zachodzącego słońca, a ciągnące się krzewy herbaciane wyglądały niemalże jak morskie fale.W przerwach w czasie pracy, które były regularne i zawsze sprowadzały się do picia herbaty i złapania oddechu, można było na chwilę się zatrzymać i po prostu podziwiać. To widok, który chyba nigdy mi się nie znudzi.





Na koniec zdjęcie z cyklu przed i po. :) Po lewej stronie widać pole przed obróbką, tzn. jest pełne chwastów, które najpierw trzeba wyrwać, oczyścić każdy krzew i glebę. Dopiero potem można na takim polu zacząć ścinać herbatę. Po prawej widać rzędy już uporządkowane gdzie zbiór herbaty już się zakończył i krzewy są ładnie przycięte. Ale o tym, jak wygląda praca na chabatake opowiem już kolejnym razem. :) 


wtorek, 9 maja 2017

Winotake, takie wino to na tak!


Jakiś ten maj deszczowy, barowy, pod psem, jak to mówią. Nic, tylko można pić na rozgrzewkę. A jak już pić, to najlepiej wino. I to dobre wino! :) Winu ciężko odmówić, więc kiedy jakiś czas temu dowiedziałam się, że we Wrocławiu działa sklep winiarski prowadzony przez Japończyka, musiałam odwiedzić to miejsce. Wiadomo: wino+Japonia=good match. I w końcu nadszedł ten dzień. Majowy, zimny i pochmurny. Razem z M. z Matsumi postanowiłyśmy napić się wina. I nie tylko. :)



Już od progu witała nas P., która została naszym gospodarzem na ten wieczór, jako że właściciel, Hiro-san, był nieobecny. Hiro-san, miłośnik wina, kilka lat temu postanowił właśnie we Wrocławiu ulokować swój sklep. Lokalizacja wymarzona, bo na terenie Browaru Mieszczańskiego, coraz popularniejszego miejsca w moim mieście. 





Winotake powitało nas przytulnym i ciepłym wnętrzem.Wszędzie dookoła butelki wina, korki, ulotki z winiarni, książki o winie, a po środku stół i krzesła oraz gotowe kieliszki. :) Eklektyczne wnętrze betonowego magazynu z domieszką retro i nutką pustynnej oazy (tak, tak mi się skojarzyło) i japońskimi motywami.Wnętrze, do którego chcę się wracać.


Winotake sprzedaje i promuje tylko stuprocentowo naturalne wina. Mało kto wie, że Unia Europejska zezwala na dodawanie do wina aż kilkadziesiąt różnych dodatków chemicznych i to bez informowania o tym odbiorców wina. W świetle takich rewelacji tym bardziej warto zwrócić się w stronę win naturalnych - dla mnie była to nowość, ale dzięki P. już coś niecoś wiem. Producenci marek dostępnych w Winotake to rzemieślnicy. Nie produkują na masową skalę, liczy się dla nich przede wszystkim jakość oraz wytwarzanie wina w zgodzie z naturą.


P. przygotowała dla nas zestaw wybornych win. Szczególnie do gustu przypadł mi Matis. I mimo że wszystkie wina były wyśmienite, czekałam na Nigori, wino które miałam już okazję smakować. I które pozostaje dla mnie jednym z najlepszych win, jakie kiedykolwiek piłam. Nie bez powodu nazwa może się kojarzyć japońsko. To białe wytrawne wino, ale robione jak czerwone (winogrona trafiają do produkcji ze skórką). Strekov, słowacki producent tego wina, nawiązuje w ten sposób do tradycji picia sake oraz wyrobu jednego z jej rodzajów - właśnie nigori.




A na koniec wisienka na torcie. Najprawdziwsza sake, z tych sake, o których mogę powiedzieć, że lubię. Producent Kubohonke wypuścił lekką i orzeźwiającą sake o wdzięcznej nazwie Hatsugasumi, czyli "pierwsza mgła nowego roku". To dzięki P. odkryłam, ze sake może być pyszna. Winotake niestety nie sprzedaje japońskich alkoholi, ale być może kiedyś na półce pojawią się japońskie wina... Po cichu na to liczę. :)



Kampai! 

poniedziałek, 1 maja 2017

Yōkai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej.


Jakoś tak się zdarza, że będąc w Japonii zawsze natrafiam na opowieści grozy. A to znajomy opowiada, jak to będąc dzieckiem mieszkał w domu dziadków na wsi - były tam skrzypiące schody, na których wieczorami pojawiał się... mały chłopiec. A to ktoś opowiada miejską legendę o Hanako (toire no Hanako-san) - dziewczynce, która czai się na swoje ofiary w toalecie. Do dziś jakoś tak mi nieswojo w publicznych toaletach... A ostatnio słyszałam historię jednej z wolontariuszek w Wazuce, która nieomal umarła ze strachu słysząc w nocy bieganie na dachu. Tajemnicze hałasy okazały się być stadem niesfornych małp...

"Yōkai (...) niepokoją nas, ponieważ >>nie mają sensu<<."

Od Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego dostało mi się książkę o intrygującym tytule Yōkai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej. Na pierwszy rzut oka książka bogata w treść, monograficzna, nawet z ilustracjami i... nudnawa. Tak przynajmniej myślałam. Lubię tego typu opracowania, ale często przeczytanie całego tomiska wymaga nieco cierpliwości. I czasu. Jednak już w pierwszym zdaniu tej książki pojawia się słowo, które zawsze przyciąga moja uwagę. Kappa. I wiedziałam, że będzie dobrze. :) Pierwsze kilkadziesiąt stron pochłonęłam w trymiga.

Kappa w 12 odsłonach z XIX-wiecznej książki (fot. stąd)

Na pewno wpływ na to miał, poza tematem, który wciągający jest, styl autora. Foster zaznacza na wstępie, że książka jest opracowaniem naukowym, bo do takich się odwołuje (między innymi to opracowań poświęconych yōkaigaku 妖怪學, czyli nauce o yōkai, takich badaczy jak Komatsu Kazuhiko), jednak nie jest przeznaczona jedynie dla specjalistów. Autor przytacza opowieści zasłyszane, a także historie ze swojego życia. Dzięki temu yōkai naprawdę ożywają i nie są tylko jednowymiarowym opisem. 

Duchy, potwory, dziwne stwory, bóstwa, złośliwe lisy (kitsune), różnorakie demony, tanuki i wiele, wiele innych postaci tworzą barwny świat japońskich yōkai. Świat ukryty, tajemniczy, groźny, a jednocześnie dostrzegalny na co dzień i ujawniający się niemal w każdej dziedzinie życia. Bo yōkai to nie tylko stwory, ale także przedmioty, zjawiska etc. To jednak ich postaciowy obraz jest bardziej popularny i zmiękczany przez świat pop kultury. Yōkai są bohaterami mang (do tego świata wprowadził je Mizuki Shigeru), anime (chociażby słynnego Studio Ghibli), gier, reklam etc. Bywają  tak słodkie, że bliżej im do maskotek czy domowych pupili niż do przerażających i niebezpiecznych potworów. Prawdziwy boom na yōkai zaczął się w latach '80 ubiegłego wieku i trwa do dziś. Nie lubię się bać, więc to kawaii oblicze oswojonych stworów wszelakich, podszyte nutką niepokoju, bardziej do mnie przemawia.


Bohaterowie Yo-kai Watch (Yōkai Wotchi 妖怪ウォッチ)

Foster kilkakrotnie wspomina, że yōkai były (i są) odpowiedzią na niewytłumaczalne. Zwizualizowaniem strachów, niedomówień, rzeczy i zjawisk, które wychodzą poza nasze pojmowanie. A przez to tak naprawdę yōkai więcej mówią o ludziach, którzy je badali, tworzyli, doświadczali, niż o samych stworach.

"(...) to, co w yōkai wydaje się nam dziwne, nie powinno nas dziwić - to zaś, co obecnie sprawia wrażenie dziwacznego, staje się zrozumiałe, jeśli dokładnie zbadamy idee i praktyki z przeszłości oraz prześledzimy ich rozwój aż do dnia dzisiejszego. Yōkai są zatem oknem, przez które możemy spojrzeć na coś innego - na japońską mentalność i kulturę."

Ponadto wśród wielu teorii dotyczących yōkai istnieje między innymi taka, która traktuje te stwory jako zdegradowane bóstwa (kami). Jest to o tyle interesujące, że to kolejny przykład umiejscawiający yōkai na pograniczu - świata sacrum i profanum, przeszłości/folkloru i teraźniejszości/komercji, dnia i nocy, dobra i zła etc. Yōkai nie tylko znaczeniowo czy lokalizacyjnie znajdują się gdzieś pomiędzy. Również ich natura oraz wygląd często są niedookreślone. Bywają dziwnymi hybrydami, z cechami różnych zwierząt czy przedmiotów, których poszczególne elementy są nam znane/oswojone, ale jako całość stanowią dla nas istoty obce/nieznane.



Zdecydowanie moim ulubieńcem jest kappa. Nie do końca rozumiem, dlaczego akurat te stwory przyciągają moja uwagę - być może powodem jest fakt, że są to yōkai związane z wodą, a ja wodę bardzo lubię. :) Kappy są dla mnie świetnymi reprezentantami całego świata yōkai. W różnych opracowaniach i mediach, w których się z nimi spotkałam przedstawiane były od bardzo złośliwych stworów z morderczymi skłonnościami, po urocze wodne stworzonka o śmiesznym chodzie i uśmiechniętym dziobie.  Można je spotkać w wielu różnych miejscach. Polecam wybrać się na ulicę Kappabashi w Tokio. To w tamtym rejonie roi się od kapp, podziwiać można złoty posąg króla tych yōkai oraz złożyć ofiarę ze świeżych ogórków w świątyni im poświęconej.

Wracając do Yōkai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej. Dawno nie miałam takiej przyjemności w czytaniu opracowania bądź co bądź etnograficznego. Książka jest wypełniona informacjami, które podane są bardzo przystępnie, interesująco i w szerokim kontekście. Foster w świetny sposób pokazuje, że yōkai są straszne i śmieszne, niebezpieczne i groteskowe, występują w wielu wariantach zacierając granice miedzy przeszłością a czasami współczesnymi. I że warto je poznać.

(Cyt. za: Michael Dylan Foster, Yōkai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej, Kraków 2017,  s. 112)
(Cyt. za: Michael Dylan Foster, Yōkai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej, Kraków 2017,  s. 90)

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Matcha, domowe parzenie


Matcha jest coraz popularniejsza poza Japonią. Również w Polsce coraz częściej można spotkać się z matcha latte czy matcha sernikami w kafejkach. Polski Starbucks niedawno także wprowadził do swojego menu matcha latte - nie ukrywam, że mnie to cieszy, bo ten smak, zawsze przywołuje mi na myśl Japonię.


Bardzo długo zbierałam się do parzenia domowego - zawsze wydawało mi się, że mi nie wyjdzie, że to jednak "wyższa szkoła jazdy" etc. Brakowało mi też specjalnych utensyliów.* Dopiero dwa lata temu zaopatrzyłam się w chasen (bambusowy pędzel), który postanowiłam przywieźć sobie z Japonii z ręcznej produkcji rodziny, która zajmuje się tym od dziesiątków, jeśli nie setek lat. Chawan (czarka) oraz yuzamashi (naczynie do studzenia wody - tak naprawdę używam do tego również czarki) kupiłam na Festiwalu Ceramiki także w Japonii i cały lot powrotny do domu zastanawiałam się, czy dowiozę je w jednym kawałku. 

 Moje yuzamashi pieszczotliwie zwane nocnikiem. :)

Z kolei chashaku (bambusowa łyżeczka), kusenaoshi (podstawka pod pędzel, która służy do jego suszenia oraz pomaga utrzymać kształt pędzla) oraz pudełko na matcha kupiłam w Polsce. A skąd matcha? Oczywiście z Wazuki! Miałam to szczęście, że zostałam obdarowana kilkoma opakowaniami organicznej matcha od Osamu-sana z Wachaen, z którym miałam przyjemność pracować podczas wolontariatu. Matcha ma piękny kolor i wspaniały aromat. Aż strach pomyśleć, co będzie, jak zapasy się skończą...

Tak wygląda więc mój zestaw startowy. :)


Parzenie jest tu terminem umownym. Matcha tak naprawdę nawet nie do końca rozpuszcza się w wodzie - chasen służy właśnie temu, aby wodę wymieszać z matcha i w ten sposób przygotować ją do wypicia. Dlatego matcha pita jest od razu, na świeżo. Warto również zaopatrzyć się w sitko i przesiać matchę do czarki, co zapobiega powstawaniu grudek. Furui (japońskie sitko) mam w planach, ale moim zdaniem można się bez niego obejść lub użyć każdego innego, jakie mamy pod ręką.


Domowe parzenie to nie ceremonia herbaciana. Nie musimy więc trzymać się etykiety, a jedynie zasad przygotowywania matcha. O czym należy pamiętać? 

1. Matcha, która chcemy przygotować, powinna być wysokiej jakości - nie używamy takiej do gotowania/pieczenia.
2. Matcha może być przygotowana na dwa sposoby: usucha ("cieńsza", rozwodniona wersja) lub koicha (gęstsza wersja). 
3. Temperatura wody jest najistotniejsza - w przypadku usucha, a taką matcha przygotowuję w domu, powinna mieć ok.70 stopni C. Jeśli nie mamy termometru, używamy naczynia do schłodzenia wody.


Mając już odpowiednie utensylia i wiedzę, przystępujemy do działania. Gotujemy wodę. Odmierzamy ok. 70ml i wlewamy do yuzumashi. Odczekujemy kilka minut lub przelewamy wodę 3-4 razy, aby ją ostudzić. Do czarki wsypujemy dwie łyżeczki matcha i zalewamy gorącą wodą.



A następnie... mieszamy. W gruncie rzeczy chodzi pianę. :) Jeśli przygotowujemy usucha, energicznie mieszamy pędzlem używając nadgarstka i rysując kształt powtarzanej litery "W" czy też "M", czyli po prostu zygzaka. Niektóre teorie mówią, że należy tworzyć ruchem pędzla znak hiragany "no". Matcha ma nam się spienić, być lekka, puszysta z wieloma pęcherzykami powietrza. Nie jestem mistrzem w mieszaniu, wymaga to wprawy i siły, ale mam zamiar ćwiczyć i ćwiczyć, i ćwiczyć...




Matcha gotowa! Dla takiego matchaholika jak ja każdy dzień bez matcha powinien być dniem straconym, więc mam zamiar przygotowywać ją dużo częściej niż dotychczas. A niedługo opowiem Wam o innych rodzajach matcha. Nie tylko tej zielonej. :)

* Oczywiście, można się bez nich obejść, jednak wychodzę z założenia, że nie warto. Podstawowe utensylia można kupić już w Polsce - nie tylko ładnie wyglądają, ale naprawdę się przydają, jeśli chcemy wypić matcha w domowym zaciszu.