piątek, 31 stycznia 2020

Kawa czy herbata? Oto jest pytanie...

Droga, ale bardzo dobra kawa w Burn Side St Cafe w Harajuku

Nigdy nie byłam kawoszem i przez lata picie kawy było mi zupełnie obce. Ale człowiek się starzeje i mądrzeje ;), więc od lat kawę pijam i z nią zaczynam dzień. Dla smaku, bo legendarne właściwości anty usypiające kawy na mnie zupełnie nie działają. Nic a nic. Ale smak kawy, dobrej kawy, lubię. A co to znaczy dobra kawa? Taka, która mi smakuje i która nie jest kwaśna, tylko aromatyczna i smooth. I musi być z mlekiem - czarnej kawy nie znoszę. Ale, jak już pisałam, żaden ze mnie smakosz, a tym bardziej znawca. Kawę w Japonii pijam i owszem, mimo że to herbatą się zachwycam.

Hōjicha set w Yamajin Cafe w Wazuce

Japonia jak wiadomo herbatą stoi. I to przede wszystkim zieloną. Wciąż jest to chyba najpopularniejszy napój podawany i kupowany w bardzo różnych odmianach - od taniej (ale nie znaczy to, że zawsze złej) herbaty butelkowanej z automatów po kosztowne odmiany sproszkowanej matcha podawane w czasie ceremonii herbacianej. To właśnie matcha (jej kulinarna wersja) używana jest do produkcji sławnych zielonych Kit Katów i wielu innych słodyczy, jak lody czy ciastka.

 Krótka ceremonia herbaciana prowadzona przez gejsze w teatrze Minamiza w Kioto

Niektórzy wiedzą, że jestem matchaholikiem i nie przepuszczam okazji, aby czarkę matcha wypić. Uwielbiam też wszystko o smaku matcha i kiedy tylko mam okazje próbuję nowych dań. Specjalnie wybrałam się do Green Tea Restaurant 1899 Ochanomizu w Tokio, aby rozsmakować się w ich menu - każda potrawa zrobiona jest z dodatkiem zielonej herbaty (niekoniecznie matcha), a zasłynęli swoim matcha piwem. Niestety, miejsce to okazało się być sporym rozczarowaniem, bo ładnie i owszem, ale niezbyt smacznie. Nie wspominając już o tym, że kolor zielony wcale nie gwarantuje matcha smaku... W Japonii często pijam matcha latte i muszę przyznać, że to z sieciówek także mi smakuje - chyba najbardziej to z Tully's. Ich matcha latte nie jest tak słodkie jak to ze sławnego Starbucksa, a używana przez nich matcha pochodzi z Uji (czyli najpewniej z Wazuki ;) ).

 Pyszna matcha latte w sieciówce Tully's oraz butelkowana herbata z Wazuki

Jak to jest z tą kawą? Otóż kultura picia kawy tak naprawdę ma już trochę lat, a rozkwitła wraz z pojawieniem się tzw. kissaten 喫茶店 (w skrócie kissa), czyli kawiarni. Mimo że w nazwie znajduje się znak kanji oznaczający herbatę (), a tłumacząc dosłownie kissaten oznacza "sklep, w którym pija się herbatę", to właśnie w takich miejscach kawy na pewno się napijecie. W menu zwykle też są dania typu tosty czy spaghetti. Kissa powstawały w głównej mierze erze Shōwa (1926-1989), a jedzenie i wystrój kojarzą się raczej z Zachodem niż japońską estetyką i kuchnią. To miejsca zatrzymane w czasie,które mają specyficzny klimat, dlatego zachęcam, żeby zajrzeć, jeśli będzie taka możliwość. Więcej o kissa można przeczytać tutaj.


Lodowy deser z kulkami mochi i owocami w kissa w Kioto

Malutka filiżanka kawy w uroczej kissa w Kioto

Obecnie kawa jest bardzo popularnym napojem w Japonii i nie brakuje także wspomnianych już sieciowych kawiarni, w tym Starbucksa. Ta sieć ma na swoim koncie kawiarnie, które architektonicznie świetnie wpisują się w japoński krajobraz, jak np. słynny już Starbucks w Kioto wyłożony tatami. Ale sieciówek jest więcej, że wspomnę tylko o Pronto, Dotour czy już wymienionej przeze mnie Tully's. Poza kissa oraz sieciówkami są jeszcze coffee shops. Są to zazwyczaj malutkie, wyspecjalizowane miejsca serwujące różne rodzaje kawy. Miejsca nieco hipsterskie i instagramowe, ale na pewno mające swój urok. Osobiście lubię. Kiedyś chyba z pół godziny szukałam ukrytej w niepozornej uliczce Omotesando Koffee, którą w końcu udało się odnaleźć, kiedy natknęłam się na kolejkę do garażu. Okazało się, że ten bardzo trendy wówczas coffee shop powstał w podwórku domku rodzinnego i był bardzo dobrze ukryty przed światem zewnętrznym. Ale było warto - kawa była pyszna! Więcej o tego typu kawowych miejscach przeczytacie np. tutaj.
 
Trudna do odnalezienia i niestety nieistniejąca już Omotesando Koffee

Wyruszając z samego rana gdzieś dalej, najczęściej moja śniadanie kombinuję na dworcu kupując ekiben i puszkowaną kawę. Automaty w Japonii nie tylko chłodzą - są i takie, w których kupimy gorące napoje, najczęściej właśnie kawę. Bolączki są dwie. Najczęściej kawy mamy tylko dwa rodzaje - czarna (gorzka) i z mlekiem (przeraźliwie słodka). Dla mnie obie wersje są nie-do-wypicia. Czasami trafia się ciepłe matcha latte i wtedy taki napój wybieram do śniadania. Zwykle jest to jednak kawa. Używam określenia "puszkowana", ponieważ kształtem opakowanie przypomina butelkę, ale jednak zrobione jest z aluminium, więc jak puszka. Mimo że kawa jest w środku gorąca, zwykle da się ją chwycić gołą ręką - ale już kilka razy się nadziałam, więc trzeba uważać.Alternatywa na większych stacjach jest oczywiście kawa na wynos - praktycznie na każdym dworcu mamy co najmniej jedną kawiarnię lub konbini, gdzie można się w taką zaopatrzyć.

Puszkowana czarna i biała kawa oraz najlepsza puszkowana matcha latte, którą piłam w Japonii

Mam też swoją małą tradycję związaną z kawą właśnie. Uwielbiam tokijską dzielnicę Asakusa. Kilka lat temu powstał tam nowy budynek informacji turystycznej, a dokładnie  Culture Tourist Information Center. Na górze znajduje się taras widokowy, z którego mamy widok na Sky Tower i świątynię Sensōji. Ale. Lepszy widok na świątynię i prowadząca do niej uliczkę Nakamise mamy z kawiarni tuż obok. Co prawda, tam nie można usiąść i podziwiać bez zamówienia czegoś, ale myślę, ze warto. Kawa jest tam nieco droższa, ale dobra - a taki widok wynagradza wszystko. Za każdym razem będąc w Japonii kieruję się tam, aby posiedzieć, popodziwiać i napić się kawy. Albo herbaty. :)

czwartek, 16 stycznia 2020

Ise Jingū, najświętsze miejsce Nipponu


Czytałam o tym miejscu niezliczoną ilość razy. Wpatrywałam się z zdjęcia w Internecie. I kombinowałam, jak tam się dostać. Podczas ostatniej wizyty w Nipponie się udało. Mimo zagrożenia tajfunem, zdołaliśmy do Ise dojechać. A potem przyszło nam przed tajfunem zwiewać na północ. Ale to już zupełnie inna historia. :)


Naszym głównym celem nie było miasto Ise, ale odwiedzenie Ise Jingū (伊勢神宮), chramu shintō poświęconego bogini słońca Amaterasu (天照). Tak naprawdę nazwa odnosi się do zespołu Wielkich Chramów Ise, na który składa się 125 chramów podzielonych na dwie części: Gekū (外宮) i Naikū (内宮) oddalonych od siebie o kilka kilometrów. Ise Jingū powstał około 2 tysięcy lat temu. Zgodnie z tradycją shintō Gekū i Naikū oraz prowadzący do chramu most Uji co 20 lat są rozbierane i budowane na nowo (to ceremonia Shikinen Sengūsai 式年遷宮). Wszystkie rytuały związane z tym wydarzeniem zajmują około 8 lat. Kolejna ceremonia Shikinen Sengūsai będzie miała miejsce w 2033 roku. Więcej informacji możecie znaleźć na stronie chramu. Zachęcam też, aby zajrzeć na oficjalne konto na Instagramie.


Główne zabudowania Gekū nie są dostępne dla zwiedzających - można jedynie przejść przez bramę torii pod czujnym okiem strażników i zgodnie z ruchem kolejki. Następnie pomodlić się i opuścić to miejsce na koniec raz jeszcze kłaniając się bóstwom. Obowiązuje całkowity zakaz fotografowania po przekroczeniu bramy. Niestety, dla niektórych turystów nie ma nic świętego..., więc byliśmy świadkami robienia zdjęć z tzw. biodra i upominania przez strażników niesfornych odwiedzających. Ech. W tym samym czasie chram wizytowała osobistość z cesarskiego dworu - starszy pan ubrany we frak z obstawą wzbudzał wśród Japończyków niemałą sensację. Nie udało nam się jednak dowiedzieć, kim był ów waszmość...


Tereny Ise Jingū sprzyjają wyciszeniu i kontemplacji. Jest tam bardzo cicho, nikt nie podnosi głosu okazując szacunek. To idealne miejsce na podziwianie komorebi (木漏れ日), czyli "światła słonecznego wpadającego przez drzewa". :) Można dostać zawrotu głowy wpatrując się w korony starych przepięknych cedrów, między którymi pojawia się czasami kawałek nieba. Nasza wizyta była zdecydowanie za krótka, ale przed nami było jeszcze mnóstwo atrakcji i drugi cel, czyli tereny Naikū.

Między Gekū a Naikū krąży tzw. loop bus, którym w kilka minut dojedziemy w jedną lub drugą stronę (szczegóły tutaj). My jednak zdecydowaliśmy się przejść odcinek 4,5km na piechotę. Według mapy miało nam to zająć okoły godziny. W rezultacie trochę dłużej, bo po drodze zajrzeliśmy jeszcze do jednego chramu poświęconego Inari oraz do świątyni buddyjskiej, mieliśmy krótki pit stop na lody matcha i kawę w 7Eleven, zjedliśmy po drodze owoce kaki, które rosły dziko wzdłuż naszej trasy oraz wstąpiliśmy do sklepiku dwóch starszych uroczych pań, które sprzedawały swoje małe dzieła sztuki -  wycinane obrazki z papieru. Mimo że droga prowadziła wzdłuż dużej ruchliwej ulicy, nie żałowaliśmy tej decyzji. Mogliśmy przyjrzeć się codziennej Japonii i zajrzeć do miejsc, które na pewno byśmy pominęli jadąc autobusem.





Po dotarciu na miejsce trafiliśmy od razu na Oharaimachi (おはらい町), uliczkę prowadzącą bezpośrednio do chramu, której częścią jest Okage Yokocho (zbudowane w 1993 roku na wzór miasteczek z epoki Edo). Warto w swoim planie wziąć ją pod uwagę - mnóstwo tam fajnych sklepików, sporo dobrego jedzenia, a z każdego zakątka wyskakują koty. Dosłownie! Kocie figurki, plakaty, sklepiki z najróżniejszym asortymentem w koty i dla kotów. Można było dostać zawrotu głowy. Mieliśmy to szczęście, że trwał akurat Maneki Neko Matsuri, czyli festiwal kotka machającego łapką i wiele sklepów wystawiło swoje kolekcje maneki neko.



Pośród tego kociego królestwa istnieje jedna mała psia enklawa poświęcona Okage Inu (おかげ 犬) -  psu, który odbył pielgrzymkę do Ise zamiast swojego schorowanego pana, dla którego taka wyprawa była niemożliwa.  Pies wędrował samotnie, skupiony na swoim celu, a po drodze pomagali mu napotkani nieznajomi. Dotarł do chramu bogini Amatersu, pomodlił się po psiemu, a w zamian otrzymał amulet - ofuda (神札), aby zabrać go z powrotem dla swojego pana. Po powrocie do domu stan zdrowia właściciela psa się poprawił i wiedli razem dalej spokojne życie. Urocza opowiastka, nieprawdaż? Więc mimo tych wszystkich kotów, Okage Inu jest tutaj popularną postacią. Na pewno też dostrzeżecie w Ise sporo właścicieli psów, którzy przybyli tutaj ze swoimi pupilami, a w niektórych miejscach będą też czekały na psy wystawione miski z wodą.


Oharaimachi to bardzo ciekawe i urokliwe miejsce. Zrobiliśmy sobie tam długaśny przystanek przed wejściem do Naikū. Zjedliśmy przepyszne mitarashi dango oraz onigiri (w tym kocią wersję obsypaną płatkami bonito z góry do dołu). Posiłek kupujemy w jednej z wielu knajpek i jemy na specjalnie przygotowanych ławkach lub pod zadaszeniem - zdejmujemy buty i chowamy się przed słońcem siedząc na chłodnym wypolerowanym drewnie. Ciężko nam było się stamtąd ruszyć... Będąc w Ise trzeba spróbować także Ise Udon (różni się od innych tego typu potraw sosem, który jest gęstszy). Proste, ale bardzo smaczne i pożywne danie.





Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy nad rzekę, a potem przechodząc pod bramą torii znaleźliśmy się na moście Uji prowadzącym do serca Ise Jingū. Most zbudowany z tego samego drewna, co główne zabudowania chramu ma ponad 100 metrów długości i dwa pasy ruchu - wchodzimy na niego po prawej stronie, a wracamy stroną lewą. Rozpościera się z niego bardzo ładny widok na rzekę Isuzu i okalającą tereny chramu zieleń.





Isuzu to święta rzeka, w której należy symbolicznie oczyścić się przed dotarciem do głównych zabudowań chramu. Woda jest krystalicznie czysta i zimna. Przy ładnej pogodzie to świetne miejsce na zaczerpnięcie oddechu i wyciszenie. Nie mieliśmy już na to czasu, ale kamienne schodki nad rzeką wydają się być idealne, aby przysiąść i sobie posiedzieć. Tak po prostu. :)


Główny budynek Naikū ukryty jest za wysokim drewnianym płotem. Odwiedzający mogą jedynie wspiąć się po kamiennych stopniach, przekroczyć bramę torii i oddać cześć bogini Amaterasu. Zdjęcia można robić jedynie u podstawy schodów. Pomaga przy tym bardzo miła pani, jeśli chcemy, aby ktoś nam zrobił zdjęcie, która pewnie też pilnuje, aby wszyscy uszanowali zakaz fotografowania chramu.  



W Ise trzeba rozglądać się dookoła. Patrzeć w niebo, aż po horyzont, podziwiać szczyty gór i piękno iskrzącego się strumienia rzeki. Wizyta w Ise Jingū to nie tylko muśnięcie boskości i spotkanie z bóstwami shintō. To także dotknięcie natury w najczystszej postaci. Natury hołubionej i otoczonej spokojem oraz swego rodzaju wyniosłością. Ise Jingū to prostota i bogactwo w jednym. To nie tylko przepiękne surowe zabudowania, ale i cała idea shintō zamknięta w każdej drewnianej belce i każdym elemencie natury. Być tam to niesamowite przeżycie... 


czwartek, 2 stycznia 2020

Wcale nie taka prosta Sztuka prostego życia


Mnich Shunmyo Masumo jest przeorem świątyni Kenkoji w Yokohamie, zajmuje się projektowaniem ogrodów, ma konto na Twitterze i pisze książki o zen. Jedną z nich jest wydana jakiś czas temu w Polsce Sztuka prostego życia. Jest to  swego rodzaju poradnik - słowo, na które chyba jestem uczulona..., więc nieco sceptycznie podchodziłam do tej publikacji. Nie raz wspominałam, że mamy obecnie wysyp książek, które mają nam pokazać, jak żyć po japońsku, a w rezultacie żyć lepiej. Minimalizm, kąpiele leśne (shinrin-yoku) czy estetyka wabi-sabi to tylko niektóre elementy japońskiej kultury, do których chcą nas przekonać różni autorzy. I z różnym skutkiem im to wychodzi. Sztuka prostego życia przekonała mnie do siebie, mimo że karmi nas momentami paulocoelhowskimi mądrościami. Tutaj dostajemy 100 wskazówek, jak sprawić, aby żyło nam się łatwiej. Są one skondensowane i tak naprawdę mogą nam towarzyszyć każdego dnia - wystarczy losowo otworzyć książkę na którejś ze stron i przeczytać. Założę się, że w wielu sytuacjach trafimy na słowa, które w jakiś sposób nam pomogą. Bo żyć prosto wcale nie jest tak prosto jakby się mogło wydawać. :)
Staraj się nie ulegać wpływowi cudzych wartości i nie zamartwiać się niczym niepotrzebnie. Zamiast tego wybierz nieskończenie proste życie, pozbawione wszystkiego, co zbędne. Na tym polega styl zen.

To wszystko brzmi banalnie i naiwnie, ale człowiek to już jest takie stworzenie, któremu czasami trzeba przypomnieć nawet najprostsze prawdy (życiowe). Mnich Shunmyo Masumo nie odkrywa więc przed nami Ameryki (czy też Japonii), ale w bardzo przystępny sposób przypomina, co powinno być dla nas ważne i co zrobić, aby było nam lżej. Dostajemy wskazówki, ale sami musimy zdecydować, jak i czy wprowadzić je w życie. Przy odrobinie wysiłku. Jak pisze sam autor: "Dzień bez pracy jest dniem bez jedzenia". Mnie to przekonuje.

Życie wymaga czasu i wysiłku. Oznacza to, ze kiedy wyeliminujemy czas i wysiłek, pozbawimy się także życiowych przyjemności. Zrezygnuj czasem ze swoich wygód.

Filozofia zen nie jest mi tak do końca nieznana. Od lat praktykuję tzw. uważność. Chociaż słowo praktykuję brzmi tutaj bardzo poważnie - ja po prostu staram się tę zasadę zen wcielać w życie na co dzień. Czym jest uważność? To umiejętność bycia tu i teraz oraz postrzeganie rzeczywistości taką, jaka jest. Dla mnie uważność nierozerwalnie wiąże się także z dniem codziennym i skupieniu się na czynności, którą akurat wykonujemy. Niezależnie od tego, czy jest to sprzątanie, spacer z psem czy praca. Takie skupienie pomaga nie tylko wykonać nam dane zadanie lepiej, ale i paradoksalnie oczyszcza umysł, bo nie myślimy o tysiącu rzeczach na raz, a jedynie o tej jednej i na niej się koncentrujemy. Ćwiczymy zen. Bardzo polecam takie podejście.

My, mnisi, sprzątamy w świątyniach zen codziennie rano i wieczorem.Wkładamy w to całe serce, ale wcale nie dlatego, że nasza świątynia jest brudna. W sprzątaniu nie chodzi tylko o to, aby wszystko lśniło czystością, lecz głównie o uporządkowanie umysłu.

Myślę, że Marie Kondo spodobałaby się Sztuka prostego życia, bo autor nie raz odwołuje się do sprzątania jako czynności, dzięki której oczyszczamy umysł. Porady typu "ustawiaj buty równo obok siebie" mogą się wydawać zabawne. A jednak czemuś służą. Nawet taka drobnostka może nam pomóc wprowadzić nieco ładu i harmonii w chaos codzienności. Mnich Shunmyo Masumo pisze w tym kontekście o kultywowaniu nawyku, co ma wnosić w nasze życie uporządkowanie. Rytuały codzienności i rutyna mogą nam się wydawać nużące. A jednak każdy dzień jest inny i nawet powtarzalne czynności nigdy nie są do końca takie same. Bardzo ważne jest nasze nastawienie do tego, co musimy zrobić.

W buddyzmie mówimy "Wszystkie dni są dobre", co oznacza, że niezależnie od tego, czy przydarzają nam się dobre, czy złe rzeczy, każdy dzień jest wartościowy, ponieważ nigdy się już nie powtórzy.

Nowy Rok to dla wielu czas refleksji i postanowień. Żyjemy w biegu, lista obowiązków rośnie, zazwyczaj nie mamy czasu (lub szkoda nam czasu), aby się na chwilę zatrzymać. Spojrzeć na siebie z boku i zacząć od małego kroku, który polepszy jakość naszego życia na co dzień. Sztuka prostego życia daje nam taką możliwość. Nie polecam czytać jej od deski do deski, ale zaglądać od czasu do czasu. Czerpać przyjemność i mądrość z jej czytania. Chwilami.

Cyt. za: Shunmyo Masumo, Sztuka prostego życia, Warszawa 2019, s.13.
Cyt. za: Shunmyo Masumo, Sztuka prostego życia, Warszawa 2019, s.29.
Cyt. za: Shunmyo Masumo, Sztuka prostego życia, Warszawa 2019, s.27.
Cyt. za: Shunmyo Masumo, Sztuka prostego życia, Warszawa 2019, s.189.

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Shirakawa, bajkowa wioska wcale nie na końcu świata

Punkt widokowy Shiroyama

Są takie miejsca, o których się marzy, które wciąż i wciąż powracają na listę to see. Dla mnie jednym z takich miejsc w Japonii (jednym z wielu, nie będę ukrywać) jest Shirakawa* (白川), malutka wioska wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. A właściwie była, bo w końcu udało mi się do niej dotrzeć. :)W moich marzeniach byłam tam zimą, chaty otulone były śniegiem, a ja popijałam zieloną herbatę siedząc w yukacie na tatami w jednej z nich. Rzeczywistość okazała się inna, bo wylądowaliśmy w Shirakawa jesienią i tylko na jeden dzień. Ale wiadomo, nie można mieć wszystkiego. :)


Shirakawa okazała się być tak urocza, jak to sobie wyobrażałam. Głównie z powodu charakterystycznych domków zbudowanych w stylu gassho-zukuri (合掌造), czyli ze stromymi dachami, które przypominać mają dłonie złożone jak do modlitwy (gassho to określenie rytualnego gestu - złożone dłonie oznaczają nie tylko modlitwę, ale również mogą odnosić się do pozdrowienia, wdzięczności czy szacunku, gdy połączone są z ukłonem). Dachy zbudowane zostały bez użycia gwoździ i pokryte są słomą z upraw z okolicznych pól. Ich konstrukcja ma zabezpieczać dom przed śniegiem, a poddasza są doskonałym miejscem na hodowlę jedwabników. Niektóre domy w wiosce liczą sobie już ponad 250 lat. Nic dziwnego, że maskotką Shirakawa jest Shirakawa-gō Kun, czyli... antropomorfizowany domek. 


Wioska jest przepięknie położna. Prowadzi do niej most przerzucony przez rzekę Shogawa i zieloną ścianę lasu. Bardzo łatwo można się tutaj dostać między innymi z Kanazawy - to był nasz punkt startowy. Bezpośredni autobus zabierze nas prosto do wioski w nieco ponad godzinę i za nieco wygórowaną cenę 1850 jenów za osobę w jedną stronę. Bilety można kupić bezpośrednio w - warto to zrobić co najmniej dzień wcześniej - bilety na dogodne godziny dosyć szybko się rozchodzą.



W Shirakawa sporo domów można zwiedzać, jest również muzeum i część typowo skansenowa. Co ważne i o czym należy pamiętać, to fakt, że wioska jest wciąż zamieszkana, a niektóre domy stanowią prywatną przestrzeń, którą trzeba uszanować. W związku z tym, że mieliśmy spędzić w Shirakawa tylko kilka godzin, postanowiliśmy zwiedzić jedynie najbardziej popularny dom rodziny Wada. Okazałe domostwo należało do jednej z najzamożniejszych i najbardziej wpływowych rodzin w wiosce. Poza tym na terenie wioski znajduje się także chram shintō oraz świątynia buddyjska, które również postanowiliśmy odwiedzić. Świątynia Myozenji ma charakterystyczny dach pokryty nie dachówką, ale strzechą i przylega do budynku, w którym mieszkają mnisi.Zabudowania można zwiedzać, ale nie skorzystaliśmy z okazji i udaliśmy się do położonego nieco dalej chramu, który okazał się być dużo ciekawszym miejscem.


 Taniec lwa na wotywnych tabliczkach ema

Chram Hachiman jest malutki i bardzo stary, a prowadzi do niego kamienna brama torii, przez którą widać zieloną ścianę lasu i piękne cedry. Na terenie chramu znajduje się Omikiden (Hala Sake), a także muzeum corocznego festiwali Doburoku, podczas którego serwowana jest Doburoku Sake wytwarzana w chramie oraz wykonywany jest taniec lwa. A to wszystko, aby chronić wioskę, mieć obfite żniwa oraz pomodlić się do bóstwa gór. Jako ciekawostkę dodam, że chram ten (oraz inne miejsca z wioski) pojawił się w grze komputerowej, mandze i anime Higurashi no Naku Koro Ni, dlatego niektóre tabliczki ema przedstawiają kawaii postaci z mang i anime. Na podstawie tej historii powstał również serial oraz film.


Tak, jak już wspomniałam, wioska jest zamieszkała, dzięki czemu można podpatrzeć codzienne czynności, np. jak wygląda naprawa poszycia dachu. Trochę to dziwne, ale i przyjemne, uczucie włóczyć się między ogródkami i nieśmiało zerkać w okna zamieszkanych domów. Wydaje się jednak, że sami mieszkańcy nic sobie już z nas turystów nie robią - chyba przywykli, ze wciąż ktoś im się kręci pod drzwiami i oknami. :)


Na miejscu można spróbować lokalnych produktów w kilku małych restauracyjkach (zjedliśmy obiad i wypiliśmy matcha late w Shiraogi) oraz zaopatrzyć się w lokalne produkty w porozrzucanych po wiosce sklepikach, w tym galaretkę o smaku sake. Skusiliśmy się na uszyty w wiosce noren, paczkę tutejszej zielonej herbaty sencha (wspaniała!) oraz typową pamiątkę dla Shirakawa, czyli laleczkę Sarubobo (さるぼぼ). Jak widać na poniższym zdjęciu Sarubobo wygląda nieco demonicznie z dużą czerwona głową pozbawioną oczu, nosa i ust. Tradycyjnie laleczki te robiły babcie dla swoich wnuczek, aby chronić je przed złymi rzeczami, zapewnić dobre życie rodzinne i bezpieczny poród. Obecnie Sarubobo są produkowane masowo w różnych kolorach i stanowią popularną pamiątkę. Więcej o lokalnych produktach tutaj.

Galaretka sake oraz laleczka Sarubobo



Shirakawa była moim niespełnionym podróżniczym marzeniem przez długi czas. Cieszę się, że w końcu udało mi się tam dotrzeć. Moim zdaniem wystarczy jeden dzień, aby poznać to miejsce, ale niewątpliwie spędzenie nocy pod jednym z charakterystycznych dachów musi być nie lada frajdą. Może kiedyś się uda. Zimą! :)

Wioska widziana z domu rodziny Wada

p.s. Po więcej informacji polecam zajrzeć na oficjalną stronę Shirakawa-gō.

*Tak naprawdę Shirakawa-gō odnosi się do nazwy całego regionu, a turyści zazwyczaj odwiedzają wioskę Ogimachi (荻町). Przyjęło się jednak nazywać to miejsce po prostu Shirakawa.