sobota, 24 czerwca 2017

Czerwone dziewczyny, wielopokoleniowa saga o kobietach




W ostatnich dniach dzięki Wydawnictwu Literackiemu mogłam przenieść się do Benimidori i poznać historię rodu Akakuchibów. Wcześniej nie miałam okazji zapoznać się z twórczością wielokrotnie nagradzanej japońskiej pisarki Kazuki Sakuraby. Mimo że generalnie nie jestem fanką tego typu powieści, ogromnych sag, w których wielowątkowa fabuła ciągnie się latami, Czerwone Dziewczyny mnie do siebie przekonały. 

To przede wszystkim opowieść o kobietach i świecie widzianym ich oczami. Saga rozpoczyna się w latach ’50-tych XX wieku, w czasach legend, kończąc się z początkiem XXI wieku. Śledzimy historię rodu Akakuchibów od czasów wytapiania stali i wielkich pieców tatara poprzez okres zmian społeczno-gospodarczych, aż do czasów nowoczesnego przemysłu i elektroniki. Opowieść pełna jest różnych wątków i postaci, ale wszystkie spina nazwisko Akakuchibów, a właściwie trzy przedstawicielki rodu – przewidująca przyszłość Manyō (babka), nieokiełznana Kemari spod znaku Ognistego Konia (córka) oraz narratorka sagi Tōko (wnuczka).

Benimidori, fikcyjne miejsce w prefekturze Tottori, podzielone jest na pół niewidzialną granicą, a centra wyznaczają rezydencje dwóch rodów zwane od ich nazwisk „czerwony na górze” (Akakuchibi, akai 赤い oznacza "czerwony") oraz „czarny na dole” (Kurobishi, kuroi 黒い oznacza "czarny"). Początkowo wydawało mi się, że konstrukcja powieści będzie opierała się właśnie na rywalizacji tych dwóch rodzin. Jednak okazało się, że właściwie jedynie postać Midori zwanej Złotą Rybką, córki rodu Kurobishich, i jej historia odgrywa znaczącą rolę. 

Czerwone dziewczyny podzielone są na trzy części. Pierwsza opowiada historię Manyō, dziewczyny z gór, która została porzucona w Benimidori przez swoich ludzi określanych mianem Sanka. Ludzie z gór zjawiali się zawsze wzywani, gdy w wiosce umierał ktoś młody i trzeba było zająć się jego pochówkiem. Do końca nie wiemy, dlaczego Manyō została porzucona. Dziewczyna szybko odkrywa, że potrafi przewidywać przyszłość. Nie tyle może przewidywać, co została obdarowana przez los niespodziewanymi wizjami. W jednej z nich zobaczyła siebie w rezydencji "czerwony na górze". I faktycznie po latach zostaje żoną dziedzica rodu Akakuchibów, zajmującego się wyrobem stali i dającego zatrudnienie osobom z wioski.

Druga część poświęcona jest głównie Kemari, córce Manyō, oraz jej przyrodniej siostrze Momoyo. Buntownicza Kemari wychowywana razem ze swoim rodzeństwem w dostatku i swobodzie, jako nastolatka staje na czele dziewczyńskiego gangu motocyklowego. Mimo że budzi postrach i podporządkowuje sobie coraz rozleglejsze tereny, w głębi serca pozostaje wrażliwą dziewczyną targaną wieloma sprzecznościami. Kiedy w wieku 20 lat postanawia przejść na emeryturę i rozstać się z gangiem, rodzina przyjmuje jej zmianę z niemałym zdziwieniem, ale i radością. Kemari znajduje sobie nowe zajęcie i postanawia rysować mangi. Wielki sukces odnosi dzięki opowieści o "Żelaznych Aniołach", dziewczynach z gangu motocyklowego. 

Ostatnia część to historia Tōko, córki Kemari, która żyje z dnia na dzień, nie ma potrzeby szukania pracy, a czas spędza na randkach ze swoim chłopakiem i nicnierobieniu. Z marazmu wyrywa ją tajemnica morderstwa, którą umierająca babka Manyō przekazuje jej w ostatnich słowach. Tōko postanawia rozwiązać zagadkę i skupia na tym całe swoje wysiłki. Wraca wspomnieniami do przeszłości, do historii życia jej babki i matki, aby ostatecznie na ostatnich kartkach książki odpowiedzieć na nurtujące ją pytanie. 

To pobieżny opis i tylko głównych wątków sagi, gdzie losy wielu osób trwają i splatają się ze sobą, a każda postać została wykreowana bardzo wyraziście. Momentami żałowałam, że autorka nie poświęciła niektórym z nich więcej uwagi. Na pewno w pamięć zapada historia Namidy, pierworodnego syna Manyō, który skrywa swoje homoseksualne preferencje i tragicznie ginie w górach. Wujka Kodoku, który, jak można się domyślać, jest hikikomori (chociaż słowo to nie pada w książce) nie wychodzi ze swojego pokoju i nawet edukację zdobywa zaocznie. A także historia Czekoladki,  maskotki gangu motocyklowego, panny z dobrego domu, która na studiach postanawia zająć się prostytucją za co zostaje skazana na dom poprawczy, gdzie popełnia samobójstwo. 

Oczywiście najwięcej uwagi poświęcone jest kobietom z rodu Akakuchibów, a z ich historii to Kemari najbardziej mnie zainteresowała. Kibicowałam jej zarówno, gdy przewodziła gangowi motocyklistek oraz gdy postanowiła zrezygnować z tego zajęcia i zająć się tworzeniem mangi. Jej śmierć okazał się być tyle nagła co tajemnicza. Śmierć generalnie spowija ród Akakuchibów. Wizje Manyō to przede wszystkim wizje śmierci bliskich jej osób – pierworodnego syna Namidy, męża Yōjiego, teścia Yasuyukiego. Samobójcze śmierci Czekoladki i Momoyo, przyrodniej siostry Kemari, także odciskają się na całej rodzinie.



"W końcu świat z każdym rokiem się kurczy. Dziś nawet odległe części gór nie sa tajemnicą, ale łańcuch Chūgoku to nawiedzone tereny. Jeśli pójdziesz jeszcze dalej, dużo dalej, nie pojawisz się już na żadnych zdjęciach lotniczych. My, ludzie z wioski, nigdy nie dotrzemy do miejsca, gdzie wciąż rosną starożytne losy Hōki."

Książka od początku mnie wciągnęła aurą tajemnicy i niedopowiedzeń. Opowieść przepełnia realizm magiczny, szczególnie w pierwszej części powieści. Elementy odrealnione, jak prorocze wizje Manyō, stanowią część codzienności rodziny Akakuchibów. Czerwone dziewczyny portretują okres transformacji i nieustannego ścierania się starego z nowym. Każda z głównych bohaterek jest symbolem pewnej epoki: Manyō czasów legend i zabobonów, Kemari okresu przejściowego, nowych obyczajów i Beatlesów, a Tōko czasów nam współczesnych pełnych apatii, gdzie sama bohaterka przyznaje, że nie ma żadnych opowieści do przekazania i dlatego jest niegodną wnuczką Manyō. 

Do ostatniej strony czytało mi się Czerwone dziewczyny z zainteresowaniem i łatwością – styl autorki jest bardzo przystępny, powtórzeń znanych już czytelnikowi faktów nie było zbyt wiele (chociaż nad wyraz często autorka przypomina nam, że Złota Rybka to przezwisko Midori Kurobishi), a zagadka morderstwa, która pojawia się w ostatniej części książki, intryguje i potęguje jeszcze bardziej dynamikę opowieści. Bardzo podobało mi się umiejscowienie akcji w latach, które bliższe nam są niż np. czasy samurajów etc. Lubię czytać o współczesnych czasach, więc tym bardziej losy rodu Akakuchibów mnie wciągnęły. Dodatkowo akcja powieści dzieje się w okresie wielu zmian ekonomicznych i społecznych, które zachodzą w Japonii. Śledzimy losy rodu Akakuchibów w czasach, gdy modelem rodziny staje się rodzina nuklearna, spekulacje finansowe ogarnęły cały kraj i ekonomiczna bańka rośnie, a w mikroskali obserwujemy te przemiany w Benimidori. 

Sugestywne opisy sprawiły, że nie tylko czytałam Czerwone dziewczyny, ale również widziałam je swoimi oczami – zmierzającą na swój ślub Manyō czy wściekłą Kemari z rozwianymi włosami na swoim motocyklu. Także dzięki opisom krajobrazów, detali etc. Benimidori było dla mnie namacalne i w czasie czytania książki, mogłam się chociaż jedną nogą przenieść do ówczesnej Japonii. Czerwone dziewczyny przypomniały mi, jak cudowne jest czytanie powieści i przenoszenie się w wyimaginowany świat stworzony przez autora.

(Cyt. za: Kazuki Sakuraba, Czerwone dziewczyny, Kraków 2017, s. 174.)

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Jiutamai, czyli tańczymy, tańczymy, tańczymy!


Pierwszy raz zetknęłam się z jiutamai rok temu, o czym pisałam tutaj. O klasycznym tańcu japońskim wiedziałam wtedy niewiele - podobała mi się forma i estetyka strojów. Chciałam spróbować swoich sił, żeby poznać tę japońską sztukę, która wydawała mi się chyba najbardziej niedostępna ze wszystkich sztuk. Miałam okazję wziąć udział w warsztatach poprowadzonych przez sensei Tokijyo Hanaski oraz sensei Hanę Umedę. Warsztaty były wymagające i satysfakcjonujące, co spowodowało, że chciałam więcej. Dzięki Fundacji Przyjaźni Polsko-Japońskiej NAMI ponownie do Polski przyjechała sensei Tokijyo, tym razem odwiedzając Warszawę, Wrocław i Kraków. Intensywny pobyt artystki zaowocował koncertami oraz warsztatami - nie mogłam przepuścić takiej okazji.



Tym razem na warsztat wzięłyśmy utwór Ukifune (浮舟), czyli dryfującą łódkę. To tytuł ostatniego rozdziału powieści Genji Monogatari, a także imię jednej z bohaterek. To właśnie jej poświęcony jest ten utwór i taniec. Ukifune zaplątana w miłosny trójkąt z księciem Niou oraz Kaoru próbuje popełnić samobójstwo rzucając się do rzeki Uji. Zostaje uratowana i postanawia zostać mniszką. Utwór Ukifune opisuje ją jako młodą dziewczynę, delikatną i niewinną niczym rozkwitający kwiat. Taniec jiutamai wyraża tę właśnie ideę i ten obraz Ukifune.




Jiutamai jest tańcem kobiecym, niespiesznym i bardzo wymagającym. Jedną z wielu trudności jest nieustanna kontrola całego ciała oraz fakt, że taniec wykonuje się na mocno ugiętych nogach. W jiutamai niemal każdy gest może coś wyrażać i opowiadać historię, stąd tak ważne jest przywiązanie do szczegółu. Poniżej kilka zdjęć spod ręki Grzegorz Skórzewskiego:


                             

Na koniec warsztatów każda z nas mogła wybrać sobie konkretną emocję, nastrój etc., a sensei instruowała nas, jak wygląda poza wyrażająca dany stan w jiutamai

                                          rozpacz                                                     radość
                                                     
                                         nadzieja                                                    tajemnica

                                                         A tu robimy za demony (oni)

Przede mną rok oczekiwania na kolejne warsztaty z sensei, a tymczasem mam nadzieję, że uda się całej grupie doszlifować Ukifune i tańczyć, tańczyć, tańczyć...! :)

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Japońskie Biennale WRO 2017

Kolejna edycja Biennale WRO za nami. Czekałam, bo moim zdaniem wydarzenie to jest istotne z punktu widzenia współczesnego człowieka - w tym roku opowiadało o nas w kontekście systemów, w których chcąc lub nie chcąc żyjemy zgadzając się na panujące w nich reguły. Z różnych powodów. A także dlatego, że i tym razem pojawili się japońscy artyści, w tym grupa GRINDER-MAN. Ale o nich trochę później. :)

Jako uczestnicy wymiany danych o sobie w społecznej sieci, szukając chwilowych sojuszy, doraźnych przymierzy, zobowiązujemy się do lojalności wobec procedur komunikacyjnych, akceptujemy nietrwałe, chwiejne, tymczasowe pozycje (post-media?).
Infrastruktura systemów, które nas kształtują i rozpracowują, nie pojawia się w polu widzialności. Nowe systemy, choć stały się środowiskiem, nie pozwalają na ogarnięcie swego zakresu, gdyż utraciły widzialność, przesłanianą obecnością „indywidualnie” używanych urządzeń.

Sztuki, wydarzeń, atrakcji było co nie miara i obawiam się, że nie dotarłam wszędzie, mimo wielkich chęci. Szczególnie, że w tym roku Biennale WRO opanowało spory kawałek Wrocławia - od Centrum Sztuki WRO, Dom Handlowy Feniks, Synagogę Pod Białym Bocianem po Dom Handlowy Renoma, Narodowe Forum Muzyki i Muzeum Narodowe.

Zacznę od Norimichi Hirakawy Znane, nieznane i (nie)odwracalne, którego wystawę z różnych życiowych zbiegów okoliczności oraz złośliwości rzeczy martwych obejrzałam dopiero za trzecim podejściem. Na wystawę składało się kilka prac, ale to właśnie praca nieodwracalne [wersja 4wymiarowa] mnie zahipnotyzowała. Niepowtarzalny wielki wybuch sprowadzający lub też wyprowadzający się z pojedynczego punktu.




Video wyświetlane na całej długości ścianie w ciemnym pomieszczeniu z pulsującą muzyką przyciągało wszystkich odwiedzających. Spędziłam tam dłuższa chwilę, ciężko się było oderwać...


W podziemiach Synagogi Pod Białym Bocianem wystawiono pracę Isamu Hirabayachi Heaven. To krótka opowieść o cyklu życia i śmierci. Początkowo nie do końca wiemy, na co patrzymy. Podziwiamy strukturę i kolory. Dopiero po pewnym czasie można się zorientować, że oglądamy rozkład żaby.




Kolejna praca tam prezentowana to The Stream VI Hiroya Sakurai. Kanał nawadniający pola ryżowe zdaje się być osobnym tworem, pełnym kolorów i wartkiej wody. Ta ostania jednak została wtłoczona w sztuczny system zbudowany przez człowieka, a my śledzimy jej nieustanną podróż.



Lubię animacje i bardzo spodobał mi się filmik Sawako Kabuki Summer's Puke is Winter's Delight. Ciężki temat zaburzeń żywieniowych pokazany w niby przyjemnej kolorowej konwencji animacji, ale jednak przepełniony niepokojącymi obrazami. Obejrzałam tę pracę dwa razy i za każdym razem nie traciła na sile przekazu. 



Zupełnie inny temat podjął w jednej ze swoich prac Shota Yamauchi. Achilles i żółw opiera się na paradoksie, który mówi o tym, iż szybszy biegacz nie jest w stanie prześcignąć najwolniejszego konkurenta, ponieważ ścigający najpierw musi dotrzeć do punktu, z którego ścigany już wyruszył. Zagmatwane. :) Artysta wciela się w awatara, a jego przestrzenią są mapy Google oraz gra Pokémon GO.







Na koniec praca i artyści, którzy najbardziej do mnie przemówili i na pewno pozostaną na stałe już w mojej głowie. Grupa GRINDER-MAN to artyści, dla których motywem przewodnim jest "tu i teraz". W swojej działalności wykorzystują choreografię, design, film i wiele innych form wyrazu. Do Wrocławia przyjechali z projektem THE MIRROR.


THE MIRROR to specyficzny sposób interakcji z samym sobą i wirtualną rzeczywistością. Założenie słuchawek i specjalnych gogli całkowicie odcina nas od świata zewnętrznego. Jesteśmy tu i teraz, czyli spełniamy główne założenie artystyczne grupy. Instalacja ma dwa wymiary - w jednym spotykamy siebie widząc swoje odbicie w lustrze, w drugim przenosimy się na ulice Tokio oraz Wrocławia (artyście specjalnie dodali te fragmenty na pokazy w czasie Biennale WRO).



Makiko-san, choreografka, która także pojawia się w video i prowadzi nas przez całą sekwencję video, opowiedziała mi o tym projekcie i podkreślała, jak ważne jest dla całej grupy, aby każdy doświadczył tego "tu i teraz", a także przekonał się, że czasami granice zacierają się. Zarówno czas, przestrzeń, jak i nas samych możemy odbierać jako coś bliskiego/znajomego, a zarazem obcego/odległego. Dla mnie było to niesamowite przeżycie i naprawdę na chwilę przeniosłam się na ulice Nipponu.



Ech, wracam na ziemię i wypatruję już kolejnej edycji. :)


p.s. Niektóre wystawy wciąż można oglądać. Polecam zajrzeć tutaj.

niedziela, 28 maja 2017

Wazuka vol.6 - Green Tea Fields Forever


Niedawno uświadomiłam sobie, że minęło już ponad 1,5 roku od mojej wizyty w Wazuce. Często wracam myślami do dni spędzonych na farmie herbaty - tęsknie nieustannie za widokami, zapachem herbaty, ludźmi i samą Wazuką. Dotarło również do mnie, że nigdy tak naprawdę nie skończyłam mojej relacji z wolontariatu. A więc w drodze kontynuacji na dzisiaj post w głównej mierze obrazkowy.



Widok na pola z domku dla wolontariuszy.


Chabatake (茶畑), czyli herbaciane pola, kształtują krajobraz Wazuki. Są wszędzie, widać je wszędzie, nie sposób zignorować. Błękit nieba i zieleń chabatake to charakterystyczny obrazek dla tego miejsca. Tak codzienny dla miejscowych, i tak urzekający tak dla przybyszów. Herbaciane pola można podziwiać, kontemplować, uwieczniać na zdjęciach. Niejednokrotnie miałyśmy małe sesje zdjęciowe "w polu". Zdarzało się nam spotkać japońskich turystów, którzy przyjeżdżają do Wazuki właśnie dla chabatake. Trudno się oprzeć.




Herbaciane pola usiane są elektrycznymi wiatrakami, które regulują temperaturę.

Chabatake zakładane są najczęściej na górskich stokach. Sprawia to, ze bardzo wiele z nich jest bardzo stromych i poruszanie się miedzy krzewami herbaty bywa uciążliwe, żeby nie powiedzieć trudne lub niebezpieczne. Zdarzało się, że podzielność uwagi bardzo mi się przydawała, gdy podczas pielenia lub ścinania herbaty trzeba było również patrzeć pod nogi i unikać dziur lub małych osuwisk ziemi. Chwila nieuwagi i można było skończyć kilka rzędów niżej... Położenie górskich pól dodaje im malowniczości, jednak powoduje, że praca na nich jest cięższa - trudniej się poruszać między poszczególnymi rzędami, a przejście całego pola z góry na dół i z powrotem bywa małym wyzwaniem. 

Codzienne jazda rozklekotanym samochodzikiem na miejsce pracy, przysparzała nie lada emocji. Wspinając się coraz wyżej i wyżej mijaliśmy takie oto widoki.



 Nowe pole - sadzonki mają ok. 2 lat
 Herbaciane kwiaty
Herbata z bliska

W Wazuce wszystkie pola prezentują się przepięknie, ale Japonia nie byłaby Japonią, gdyby i tu nie było czegoś innego, lepszego, wyjątkowego. Więc i Wazuka ma swoje must see, które oznaczone są na mapkach. Taki punktów, gdzie podziwiać można szczególne miejsca, często pola herbaciane z ładnej perspektywy, jest kilka. Mnie udało się dotrzeć do niektórych z nich.

Miejsce spoczynku księcia Asaka ukryte jest w drzewach wzgórza, na którym znajdują się herbaciane pola. Prowadzi do niego wybrukowana dróżka między krzewami herbaty. Urokliwe miejsce, z którego roztacza się widok na Wazukę.


Tzw. punkt 321, przy którym znajduje się jedno z najbardziej znanych pól. Równe zielone rzędy prezentują się ładnie i owszem. Natomiast aby się tam dostać potrzebny był niezły spacerek.

Okrągłe pole Harayama to chyba najpopularniejsze miejsce. Niełatwo było je odnaleźć nawet z mapą, bo w rzeczywistości jest dużo mniejsze niż mogłoby się wydawać. Niemalże je ominęłam chcąc iść dalej! 

A same pola przepięknie prezentowały się, szczególnie w porze zmierzchu, kiedyś liście dosłownie skrzyły się w promieniach zachodzącego słońca, a ciągnące się krzewy herbaciane wyglądały niemalże jak morskie fale.W przerwach w czasie pracy, które były regularne i zawsze sprowadzały się do picia herbaty i złapania oddechu, można było na chwilę się zatrzymać i po prostu podziwiać. To widok, który chyba nigdy mi się nie znudzi.





Na koniec zdjęcie z cyklu przed i po. :) Po lewej stronie widać pole przed obróbką, tzn. jest pełne chwastów, które najpierw trzeba wyrwać, oczyścić każdy krzew i glebę. Dopiero potem można na takim polu zacząć ścinać herbatę. Po prawej widać rzędy już uporządkowane gdzie zbiór herbaty już się zakończył i krzewy są ładnie przycięte. Ale o tym, jak wygląda praca na chabatake opowiem już kolejnym razem. :)