niedziela, 8 marca 2020

Goshuinchō, czyli moja najlepsza pamiątka z Japonii



Dosłownie goshuinchō (御朱印帳) oznacza "książkę czerwonych pieczątek/z czerwonymi pieczątkami". Odnoszą się one do pięknie wykaligrafowanych nazw świątyń buddyjskich/chramów shintō i oficjalnych pieczęci, które zbierane są przez pielgrzymów w specjalnych książeczkach z gładkimi stronami. Obecnie taka forma zaznaczenia swojej obecności w danym miejscu odnosi się nie tylko do pielgrzymów, ale i zwykłych śmiertelników, dla których goshuinchō stanowią cudną pamiątkę. Gdzieś przeczytałam, że goshuinchō to "książka wspomnień" i bardzo spodobało mi się to określenie, jakże trafnie opisujące to, czym dla mnie są takie książeczki. Tradycja goshuinchō sięga okresu Muromachi (1336-1573), kiedy pieczęciami poświadczano, że dana osoba ofiarowała świątyni ręcznie przepisaną sutrę.

Podczas pierwszych podroży nie miałam pojęcia o istnieniu czegoś takiego jak goshuinchō. Dopiero kilka lat temu odkryłam, co to jest i że ja również mogę sobie takie wpisy z różnych świątyń i chramów zbierać. A że odwiedzam sporo takich miejsc, okazało się, że każda nowa podróż do Japonii, to nowa goshuinchō. Pierwsze kupiłam w chramie Meiji w Tokio. Drugie w świątyni w Matsumoto, a trzecie podczas ostatniej podróży w tokijskim chramie Yasukuni. Jedynie podczas wolontariatu nie zaopatrzyłam się w goshuinchō wiedząc, że odwiedzę w ciągu kilku tygodni jedynie 3-4 świątynie i chramy. Ale nie omieszkałam poprosić w chramie w Wazuce, gdzie przebywałam jako wolontariuszka, o wpis (goshuin) i dostałam go na osobnej karteczce. Taką formę praktykują niektóre świątynie i chramy, gdy na przykład nie ma na miejscu osoby, która mogłaby taki wpis wykonać od ręki.

Moje trzy kolorowe goshuinchō

Goshuinchō dostępne w chramie Sumiyoshi Taisha w Osace

Przepiękne goshuinchō dostępne w sklepie papierniczym w Izumo

Goshuinchō w swej formie różnią się w zasadzie jedynie obwolutą. Bywają bardzo proste, z okładką w jednolitym kolorze, ale bardzo często zachwycają formą - nierzadko pojawiają się motywy z danego chramu czy świątyni lub ich okolicy, wzory geometryczne i tradycyjne motywy. Widziałam nawet książeczki w drewnianych okładkach. Jeszcze do niedawna goshuinchō można było zakupić jedynie w chramach i świątyniach. Od jakiegoś czasu zauważyłam, że dostępne są one również coraz powszechniej w sklepach papierniczych czy z rękodziełem. I są przepiękne! Już wiem, że w moje kolejne goshuinchō zaopatrzę się właśnie w jednym z takich miejsc. Jeśli tylko zdołam się na jakieś zdecydować... Bo najchętniej kupiłabym je wszystkie! I tutaj uwaga, takie "nieoficjalne" goshuinchō mogą nie być akceptowane w świątyniach i chramach. Nie proście również o wpis w jakimś notesie, na wyrwanej stronie, etc. Czegoś takiego robić nie wolno. Dame desu!



Wpisami zajmują się miko (神子) lub pomocnicy świątynni. Najczęściej goshuin otrzymamy biurze/recepcji chramu lub świątyni. Na wpis należy czekać spokojnie, w ciszy i nie robić zdjęć lub filmować bez pozwolenia. Czasami zostawia się tam swoja książeczkę i dostaje numerek, z którym odbiera się wpis po kilkunastu minutach. Zwyczajowo w goshuinchō wpisy następują po sobie w tej kolejności w jakiej odwiedzamy chramy i świątynie. Tworzy się wtedy ze stron przepiękna harmonijka. Ja jednak na każde miejsce przeznaczam dwie strony - najczęściej jedna zostaje pusta, ponieważ w większości miejsc proszę o jeden wpis, mimo że czasami są do wyboru dwa lub trzy. Generalnie to my wskazujemy, w którym miejscu chcemy dany goshuin otrzymać. Najczęściej jeden wpis kosztuje 300¥ lub 500¥, ale tak naprawdę można dać więcej. Z tego względu też warto mieć odliczone pieniądze, żeby nie robić kłopotu z wydawaniem reszty. Książeczki kosztują zwykle 1500¥.

W Hōryūji w Ikaruga

W Tōdaiji w Narze

Uwielbiam przypatrywać się, jak powstaje każdy goshuin. Jak wprawne ręce trzymają pędzel i kreślą idealnie każdą kreskę - nigdy nic nie jest rozmazane czy napisane nie w tym miejscu co trzeba. Każdy wpis wygląda identycznie jak wzór, który możemy podpatrzeć. Poniżej filmik z tokijskiej Sensōji w Asakusie.



Niektóre goshuin są mniej inne bardziej skomplikowane. Czasami jest to tylko nazwa świątyni lub chramu oraz czerwona pieczęć, a czasami i inne elementy, np. rok, obrazek a nawet wklejany kod QR. W bardzo turystycznych miejscach jak Złoty czy Srebrny Pawilon w Kioto otrzymujemy karteczkę, na której opisano, co oznaczają dane elementy wpisu. 

Goshuin z wyspy Enoshima z chramu poświęconego bogini Benzaiten


Goshuin ze Srebrnego Pawilonu w Kioto


Goshuin z chramu Ise Jingū


Goshuin ze świątyni Somedono Jizōin w Kioto


Nie wszystkie świątynie/chramy oferują goshuin. Tak, jak wspominałam, czasami wpisy dostępne są na osobnych karteczkach, a nawet można je zakupić w sklepie z pamiątkami - tak jest w przypadku małego chramu przy teatrze kabuki w Tokio. Nie można zapominać, że goshuin nadal są głęboko zakorzenione w sacrum i należy je traktować z szacunkiem. Nie niszczyć, dbać i najlepiej przechowywać w specjalnej zamykanej okładce. Dla nas mogą one stanowić jedynie fajną pamiątkę lub przykład przepięknie wykaligrafowanych znaków kanji. Dla wielu ludzi jednak goshuin są także wyrazem ich religijnego oddania, a także relacji, jaka łączy goshuinchō i jej właściciela - wpisy są namacalnym śladem łączącym pielgrzyma z miejscem, które odwiedza. Niektórzy wciąż wierzą, że zapisana goshuinchō to klucz do następnego życia...

piątek, 31 stycznia 2020

Kawa czy herbata? Oto jest pytanie...

Droga, ale bardzo dobra kawa w Burn Side St Cafe w Harajuku

Nigdy nie byłam kawoszem i przez lata picie kawy było mi zupełnie obce. Ale człowiek się starzeje i mądrzeje ;), więc od lat kawę pijam i z nią zaczynam dzień. Dla smaku, bo legendarne właściwości anty usypiające kawy na mnie zupełnie nie działają. Nic a nic. Ale smak kawy, dobrej kawy, lubię. A co to znaczy dobra kawa? Taka, która mi smakuje i która nie jest kwaśna, tylko aromatyczna i smooth. I musi być z mlekiem - czarnej kawy nie znoszę. Ale, jak już pisałam, żaden ze mnie smakosz, a tym bardziej znawca. Kawę w Japonii pijam i owszem, mimo że to herbatą się zachwycam.

Hōjicha set w Yamajin Cafe w Wazuce

Japonia jak wiadomo herbatą stoi. I to przede wszystkim zieloną. Wciąż jest to chyba najpopularniejszy napój podawany i kupowany w bardzo różnych odmianach - od taniej (ale nie znaczy to, że zawsze złej) herbaty butelkowanej z automatów po kosztowne odmiany sproszkowanej matcha podawane w czasie ceremonii herbacianej. To właśnie matcha (jej kulinarna wersja) używana jest do produkcji sławnych zielonych Kit Katów i wielu innych słodyczy, jak lody czy ciastka.

 Krótka ceremonia herbaciana prowadzona przez gejsze w teatrze Minamiza w Kioto

Niektórzy wiedzą, że jestem matchaholikiem i nie przepuszczam okazji, aby czarkę matcha wypić. Uwielbiam też wszystko o smaku matcha i kiedy tylko mam okazje próbuję nowych dań. Specjalnie wybrałam się do Green Tea Restaurant 1899 Ochanomizu w Tokio, aby rozsmakować się w ich menu - każda potrawa zrobiona jest z dodatkiem zielonej herbaty (niekoniecznie matcha), a zasłynęli swoim matcha piwem. Niestety, miejsce to okazało się być sporym rozczarowaniem, bo ładnie i owszem, ale niezbyt smacznie. Nie wspominając już o tym, że kolor zielony wcale nie gwarantuje matcha smaku... W Japonii często pijam matcha latte i muszę przyznać, że to z sieciówek także mi smakuje - chyba najbardziej to z Tully's. Ich matcha latte nie jest tak słodkie jak to ze sławnego Starbucksa, a używana przez nich matcha pochodzi z Uji (czyli najpewniej z Wazuki ;) ).

 Pyszna matcha latte w sieciówce Tully's oraz butelkowana herbata z Wazuki

Jak to jest z tą kawą? Otóż kultura picia kawy tak naprawdę ma już trochę lat, a rozkwitła wraz z pojawieniem się tzw. kissaten 喫茶店 (w skrócie kissa), czyli kawiarni. Mimo że w nazwie znajduje się znak kanji oznaczający herbatę (), a tłumacząc dosłownie kissaten oznacza "sklep, w którym pija się herbatę", to właśnie w takich miejscach kawy na pewno się napijecie. W menu zwykle też są dania typu tosty czy spaghetti. Kissa powstawały w głównej mierze erze Shōwa (1926-1989), a jedzenie i wystrój kojarzą się raczej z Zachodem niż japońską estetyką i kuchnią. To miejsca zatrzymane w czasie,które mają specyficzny klimat, dlatego zachęcam, żeby zajrzeć, jeśli będzie taka możliwość. Więcej o kissa można przeczytać tutaj.


Lodowy deser z kulkami mochi i owocami w kissa w Kioto

Malutka filiżanka kawy w uroczej kissa w Kioto

Obecnie kawa jest bardzo popularnym napojem w Japonii i nie brakuje także wspomnianych już sieciowych kawiarni, w tym Starbucksa. Ta sieć ma na swoim koncie kawiarnie, które architektonicznie świetnie wpisują się w japoński krajobraz, jak np. słynny już Starbucks w Kioto wyłożony tatami. Ale sieciówek jest więcej, że wspomnę tylko o Pronto, Dotour czy już wymienionej przeze mnie Tully's. Poza kissa oraz sieciówkami są jeszcze coffee shops. Są to zazwyczaj malutkie, wyspecjalizowane miejsca serwujące różne rodzaje kawy. Miejsca nieco hipsterskie i instagramowe, ale na pewno mające swój urok. Osobiście lubię. Kiedyś chyba z pół godziny szukałam ukrytej w niepozornej uliczce Omotesando Koffee, którą w końcu udało się odnaleźć, kiedy natknęłam się na kolejkę do garażu. Okazało się, że ten bardzo trendy wówczas coffee shop powstał w podwórku domku rodzinnego i był bardzo dobrze ukryty przed światem zewnętrznym. Ale było warto - kawa była pyszna! Więcej o tego typu kawowych miejscach przeczytacie np. tutaj.
 
Trudna do odnalezienia i niestety nieistniejąca już Omotesando Koffee

Wyruszając z samego rana gdzieś dalej, najczęściej moja śniadanie kombinuję na dworcu kupując ekiben i puszkowaną kawę. Automaty w Japonii nie tylko chłodzą - są i takie, w których kupimy gorące napoje, najczęściej właśnie kawę. Bolączki są dwie. Najczęściej kawy mamy tylko dwa rodzaje - czarna (gorzka) i z mlekiem (przeraźliwie słodka). Dla mnie obie wersje są nie-do-wypicia. Czasami trafia się ciepłe matcha latte i wtedy taki napój wybieram do śniadania. Zwykle jest to jednak kawa. Używam określenia "puszkowana", ponieważ kształtem opakowanie przypomina butelkę, ale jednak zrobione jest z aluminium, więc jak puszka. Mimo że kawa jest w środku gorąca, zwykle da się ją chwycić gołą ręką - ale już kilka razy się nadziałam, więc trzeba uważać.Alternatywa na większych stacjach jest oczywiście kawa na wynos - praktycznie na każdym dworcu mamy co najmniej jedną kawiarnię lub konbini, gdzie można się w taką zaopatrzyć.

Puszkowana czarna i biała kawa oraz najlepsza puszkowana matcha latte, którą piłam w Japonii

Mam też swoją małą tradycję związaną z kawą właśnie. Uwielbiam tokijską dzielnicę Asakusa. Kilka lat temu powstał tam nowy budynek informacji turystycznej, a dokładnie  Culture Tourist Information Center. Na górze znajduje się taras widokowy, z którego mamy widok na Sky Tower i świątynię Sensōji. Ale. Lepszy widok na świątynię i prowadząca do niej uliczkę Nakamise mamy z kawiarni tuż obok. Co prawda, tam nie można usiąść i podziwiać bez zamówienia czegoś, ale myślę, ze warto. Kawa jest tam nieco droższa, ale dobra - a taki widok wynagradza wszystko. Za każdym razem będąc w Japonii kieruję się tam, aby posiedzieć, popodziwiać i napić się kawy. Albo herbaty. :)

czwartek, 16 stycznia 2020

Ise Jingū, najświętsze miejsce Nipponu


Czytałam o tym miejscu niezliczoną ilość razy. Wpatrywałam się z zdjęcia w Internecie. I kombinowałam, jak tam się dostać. Podczas ostatniej wizyty w Nipponie się udało. Mimo zagrożenia tajfunem, zdołaliśmy do Ise dojechać. A potem przyszło nam przed tajfunem zwiewać na północ. Ale to już zupełnie inna historia. :)


Naszym głównym celem nie było miasto Ise, ale odwiedzenie Ise Jingū (伊勢神宮), chramu shintō poświęconego bogini słońca Amaterasu (天照). Tak naprawdę nazwa odnosi się do zespołu Wielkich Chramów Ise, na który składa się 125 chramów podzielonych na dwie części: Gekū (外宮) i Naikū (内宮) oddalonych od siebie o kilka kilometrów. Ise Jingū powstał około 2 tysięcy lat temu. Zgodnie z tradycją shintō Gekū i Naikū oraz prowadzący do chramu most Uji co 20 lat są rozbierane i budowane na nowo (to ceremonia Shikinen Sengūsai 式年遷宮). Wszystkie rytuały związane z tym wydarzeniem zajmują około 8 lat. Kolejna ceremonia Shikinen Sengūsai będzie miała miejsce w 2033 roku. Więcej informacji możecie znaleźć na stronie chramu. Zachęcam też, aby zajrzeć na oficjalne konto na Instagramie.


Główne zabudowania Gekū nie są dostępne dla zwiedzających - można jedynie przejść przez bramę torii pod czujnym okiem strażników i zgodnie z ruchem kolejki. Następnie pomodlić się i opuścić to miejsce na koniec raz jeszcze kłaniając się bóstwom. Obowiązuje całkowity zakaz fotografowania po przekroczeniu bramy. Niestety, dla niektórych turystów nie ma nic świętego..., więc byliśmy świadkami robienia zdjęć z tzw. biodra i upominania przez strażników niesfornych odwiedzających. Ech. W tym samym czasie chram wizytowała osobistość z cesarskiego dworu - starszy pan ubrany we frak z obstawą wzbudzał wśród Japończyków niemałą sensację. Nie udało nam się jednak dowiedzieć, kim był ów waszmość...


Tereny Ise Jingū sprzyjają wyciszeniu i kontemplacji. Jest tam bardzo cicho, nikt nie podnosi głosu okazując szacunek. To idealne miejsce na podziwianie komorebi (木漏れ日), czyli "światła słonecznego wpadającego przez drzewa". :) Można dostać zawrotu głowy wpatrując się w korony starych przepięknych cedrów, między którymi pojawia się czasami kawałek nieba. Nasza wizyta była zdecydowanie za krótka, ale przed nami było jeszcze mnóstwo atrakcji i drugi cel, czyli tereny Naikū.

Między Gekū a Naikū krąży tzw. loop bus, którym w kilka minut dojedziemy w jedną lub drugą stronę (szczegóły tutaj). My jednak zdecydowaliśmy się przejść odcinek 4,5km na piechotę. Według mapy miało nam to zająć okoły godziny. W rezultacie trochę dłużej, bo po drodze zajrzeliśmy jeszcze do jednego chramu poświęconego Inari oraz do świątyni buddyjskiej, mieliśmy krótki pit stop na lody matcha i kawę w 7Eleven, zjedliśmy po drodze owoce kaki, które rosły dziko wzdłuż naszej trasy oraz wstąpiliśmy do sklepiku dwóch starszych uroczych pań, które sprzedawały swoje małe dzieła sztuki -  wycinane obrazki z papieru. Mimo że droga prowadziła wzdłuż dużej ruchliwej ulicy, nie żałowaliśmy tej decyzji. Mogliśmy przyjrzeć się codziennej Japonii i zajrzeć do miejsc, które na pewno byśmy pominęli jadąc autobusem.





Po dotarciu na miejsce trafiliśmy od razu na Oharaimachi (おはらい町), uliczkę prowadzącą bezpośrednio do chramu, której częścią jest Okage Yokocho (zbudowane w 1993 roku na wzór miasteczek z epoki Edo). Warto w swoim planie wziąć ją pod uwagę - mnóstwo tam fajnych sklepików, sporo dobrego jedzenia, a z każdego zakątka wyskakują koty. Dosłownie! Kocie figurki, plakaty, sklepiki z najróżniejszym asortymentem w koty i dla kotów. Można było dostać zawrotu głowy. Mieliśmy to szczęście, że trwał akurat Maneki Neko Matsuri, czyli festiwal kotka machającego łapką i wiele sklepów wystawiło swoje kolekcje maneki neko.



Pośród tego kociego królestwa istnieje jedna mała psia enklawa poświęcona Okage Inu (おかげ 犬) -  psu, który odbył pielgrzymkę do Ise zamiast swojego schorowanego pana, dla którego taka wyprawa była niemożliwa.  Pies wędrował samotnie, skupiony na swoim celu, a po drodze pomagali mu napotkani nieznajomi. Dotarł do chramu bogini Amatersu, pomodlił się po psiemu, a w zamian otrzymał amulet - ofuda (神札), aby zabrać go z powrotem dla swojego pana. Po powrocie do domu stan zdrowia właściciela psa się poprawił i wiedli razem dalej spokojne życie. Urocza opowiastka, nieprawdaż? Więc mimo tych wszystkich kotów, Okage Inu jest tutaj popularną postacią. Na pewno też dostrzeżecie w Ise sporo właścicieli psów, którzy przybyli tutaj ze swoimi pupilami, a w niektórych miejscach będą też czekały na psy wystawione miski z wodą.


Oharaimachi to bardzo ciekawe i urokliwe miejsce. Zrobiliśmy sobie tam długaśny przystanek przed wejściem do Naikū. Zjedliśmy przepyszne mitarashi dango oraz onigiri (w tym kocią wersję obsypaną płatkami bonito z góry do dołu). Posiłek kupujemy w jednej z wielu knajpek i jemy na specjalnie przygotowanych ławkach lub pod zadaszeniem - zdejmujemy buty i chowamy się przed słońcem siedząc na chłodnym wypolerowanym drewnie. Ciężko nam było się stamtąd ruszyć... Będąc w Ise trzeba spróbować także Ise Udon (różni się od innych tego typu potraw sosem, który jest gęstszy). Proste, ale bardzo smaczne i pożywne danie.





Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy nad rzekę, a potem przechodząc pod bramą torii znaleźliśmy się na moście Uji prowadzącym do serca Ise Jingū. Most zbudowany z tego samego drewna, co główne zabudowania chramu ma ponad 100 metrów długości i dwa pasy ruchu - wchodzimy na niego po prawej stronie, a wracamy stroną lewą. Rozpościera się z niego bardzo ładny widok na rzekę Isuzu i okalającą tereny chramu zieleń.





Isuzu to święta rzeka, w której należy symbolicznie oczyścić się przed dotarciem do głównych zabudowań chramu. Woda jest krystalicznie czysta i zimna. Przy ładnej pogodzie to świetne miejsce na zaczerpnięcie oddechu i wyciszenie. Nie mieliśmy już na to czasu, ale kamienne schodki nad rzeką wydają się być idealne, aby przysiąść i sobie posiedzieć. Tak po prostu. :)


Główny budynek Naikū ukryty jest za wysokim drewnianym płotem. Odwiedzający mogą jedynie wspiąć się po kamiennych stopniach, przekroczyć bramę torii i oddać cześć bogini Amaterasu. Zdjęcia można robić jedynie u podstawy schodów. Pomaga przy tym bardzo miła pani, jeśli chcemy, aby ktoś nam zrobił zdjęcie, która pewnie też pilnuje, aby wszyscy uszanowali zakaz fotografowania chramu.  



W Ise trzeba rozglądać się dookoła. Patrzeć w niebo, aż po horyzont, podziwiać szczyty gór i piękno iskrzącego się strumienia rzeki. Wizyta w Ise Jingū to nie tylko muśnięcie boskości i spotkanie z bóstwami shintō. To także dotknięcie natury w najczystszej postaci. Natury hołubionej i otoczonej spokojem oraz swego rodzaju wyniosłością. Ise Jingū to prostota i bogactwo w jednym. To nie tylko przepiękne surowe zabudowania, ale i cała idea shintō zamknięta w każdej drewnianej belce i każdym elemencie natury. Być tam to niesamowite przeżycie...