poniedziałek, 4 listopada 2019

Ramen, czyli co w tej zupie pływa...?


Kilka lat temu oglądając Ramen Girl (aka Miłość o smaku orientu...) stwierdziłam, że żadną "ramen girl" nie będę. Ramen, mimo swojej ogromnej popularności - ostatnio także i u nas, nigdy nie skradł mojego serca tak do końca. Nawet wyrażałam się o nim z lekkim lekceważeniem nazywając "japońskim rosołem". Muszę jednak przyznać, że ostatnio moje spojrzenie na ramen nieco się zmieniło. Nie żeby teraz była to miłość aż po grób - nadal są dania kuchni japońskiej, które zdecydowanie preferuję, ale ramen został przeze mnie odkryty na nowo. Trochę także dzięki filmowi Ramen Teh (aka Ramen. Smak wspomnień...*). :)



Ramen Teh to nostalgiczna opowieść, której akcja rozgrywa się w... Singapurze. Główny bohater Masato rusza kulinarnymi śladami swoich zmarłych rodziców, którzy poznali się właśnie tam. Jego celem jest nie tylko odkrywanie ich przeszłości, ale również odtworzenie dania, w którym specjalizowała się jego mama. Bak kut teh (tłumacząc dosłownie "mięsna herbata z kością") to chińska zupa gotowana na bazie wieprzowiny. Ojciec Masato, mimo że sam prowadził w Singapurze restaurację kaiseki, bardzo upodobał sobie to danie i często był gościem miejsca, gdzie pracowała mama Masato. Po przybyciu do Singapuru, Masato dowiaduje się, że jego babcia nadal żyje. Ten postanawia ją odwiedzić, ale babcia nie ma zbytniej ochoty na kontakt z wnukiem. Masato nie daje jednak za wygraną i przekonuje do siebie babcię gotując tytułowy ramen teh, czyli zupę bak kut teh z makaronem typu ramen. Ostatecznie Masato wraca do Japonii, gdzie zaczyna serwować ten rodzaj ramenu w swoim ramen shopie. A dlaczego ten film nieco bardziej skłonił mnie do ramenu? Bo pokazał mi, że i z ramenem można eksperymentować i zrobić coś po swojemu. W granicach rozsądku rzecz jasna. :)



Skąd się wziął ramen ( ラーメン)? Jak bardzo wiele dań kuchni japońskiej ramen wziął się z Chin. To proste danie ulegało zmianom i obecnie istnieje wiele jego rodzajów (ciekawy wpis na te temat znajdziecie u Pyzy tutaj), a mistrzowie ramenu są poważani pewnie nie mniej niż najlepsi sushi masterzy. Ramen to również (a może przede wszystkim?) umami i każda miska skomponowana jest tak, aby ten piąty smak wydobyć jak najlepiej.

Mnie ramen kojarzy się z szybkim daniem na stacji kolejowej, z mikro knajpkami na trzy krzesła i uczuciem ciepła i przepełnienia. Zdarzyło mi się jeść ramen i w Polsce, i w Japonii. Te w Japonii (mimo że mniej wymyślne, a może właśnie dlatego...) smakowały mi bardziej. Dla mnie ramen to przede wszystkim comfort food, który ma mnie rozgrzać w zimny dzień i zapełnić brzuch.  Podobnie jak sushi, ramen urósł już niemal do dania-legendy, mimo że tak naprawdę to street czy też nawet fast food.


Przepis na ramen może wydawać się banalny. Za Krytyką Kulinarną podaję: makaron, wywar (najczęściej mięsny lub rybny), sos, czyli tare (垂れ), olej smakowy i dodatki. Proste? No właśnie nie do końca. :) Ostatnio dzięki K. eksperymentujemy z tym japońskim daniem. Zrobić ramen w domu? To zawsze wydawało mi się KOSMICZNE. Okazało się jednak, że da się. Kosztuje to trochę czasu, wysiłku i zachodu, ale da się. Eksperymentujemy trochę na razie na oko, trochę według własnego wyobrażenia ramenu, trochę podpatrując przepisy (między innymi od Adama). I nam smakuje. Nasz domowy ramen to pewnie taka trochę wariacja na temat. I z góry przepraszam wszystkich purystów/ekspertów ramenowych, że na przykład nie robimy domowego makaronu. Jeszcze. 

Poniżej nasz przepis na ramen. Nieortodoksyjny. :)

Co potrzebujemy:

WYWAR
pół kilo kości wieprzowych (żeberek)
4 duże skrzydełka kurczaka
cebula czerwona
4 ząbki czosnku 
duży kawałek imbiru pokrojony w plastry 
szczypior

WYWAR Z KONBU
5-7 płatków wodorostów konbu
dashi

TARE
słodki lub słony sos sojowy w zależności od preferencji
mirin lub miód
starty imbir
szczypior

DODATKI
groszek cukrowy
jajka ugotowane na miękko marynowane przez noc w słodkim i słonym sosie sojowym oraz mirinie z dodatkiem kilku plastrów czosnku 
podsmażony wędzony boczek
szczypior 
glony wakame
makaron

Co robimy:

WYWAR
Żeberka oraz skrzydełka wymoczyć przez noc w zimnej wodzie. Odcedzić odsączoną krew i wymyć mięso, następnie umieścić je w zimnej wodzie i zagotować. Gotować przez dziesięć minut, potem odcedzić, przelać zimną wodą i ostudzić. Tak przygotowane żeberka i skrzydełka umieścić w garnku dodać cebulę, imbir, czosnek, szczypior i zalać zimną wodą, która powinna przykryć zawartość garnka. Doprowadzić do wrzenia i zmniejszyć gaz na minimalny poziom. Gotować co najmniej cztery godziny, co jakiś czas usuwając szumowiny z wywaru (jeśli takie się pojawią). Jeśli zajdzie potrzeba można dosolić wywar, zwykle dużą łyżką stołową soli.

WYWAR Z KONBU
Wodorosty konbu umieścić w zimnej wodzie na noc. Następnie je zagotować, dodać dashi (dwie łyżeczki lub więcej, jeśli chcemy uzyskać bardziej słony i intensywny wywar). Zaraz po zagotowaniu wymieszać i wyłączyć wywar.

TARE
Wszystkie składniki wymieszać do uzyskania w miarę gęstej konsystencji. 

PODANIE
Glony wakame zalać zimną wodą na około 10 minut, następnie odcedzić i odstawić. Makaron ugotować zgodnie z informacją na opakowaniu, odcedzić i odstawić. Na dnie misek umieścić 2-3 łyżki stołowe tare. I odpowiednio, w zależności od preferencji, dodać wywar mięsny i wywar z konbu w stosunku 2:1 lub 3:2. Nalewamy je osobno nie mieszając ich wcześniej w jednym garnku. Dodajemy makaron, glony wakame oraz pozostałe dodatki według uznania i gotowe.

Itadakimasu!


*Chyba poczynię kiedyś posta o tłumaczeniach tytułów filmowy. Nadal ta nie przestaje mnie zadziwiać...

czwartek, 17 października 2019

Made It In Taiwan, czyli gdzie cię rowerem poniesie


Ponad rok temu napisałam posta o książce W judodze na rowerze, która opisywała wyprawę rowerową Artura Gorzelaka przez Japonię i Koreę (do przeczytania tutaj). Jakiś czas temu Artur wybrał się razem ze swoją dziewczyną Judytą na Tajwan, który również postanowili zwiedzić na dwóch kółkach. Z tego powstała książka Made It In Taiwan, nad którą patronat objęła JB. Dlaczego na blogu o Japonii pojawia się książka o Tajwanie? A to dlatego, że druga część książki opowiada o ostatnim etapie podróży i wspinaczce na świętą Fuji-san. Poza tym - pisząc już nieco mniej serio - na Tajwanie jest nieco japońsko: mają sklepy sieci 7Eleven i mieszka tam sporo Japończyków, którzy ponoć czuję się na Tajwanie trochę jak u siebie (ciekawy artykuł o tym tutaj).


Made It In Taiwan to zapis dwutygodniowej podróży rowerem po Tajwanie. Artur i Judyta odwiedzili na swojej trasie między innymi Tajpej, Park Narodowy Taroko czy tzw. nocne targi, które stanowią jedną z największych atrakcji Tajwanu. Mieli okazję poznać zarówno wielkomiejskie oblicze wyspy, jak i miejsca oddalone od zgiełku miasta. I wszystko to opisali, dzięki czemu dostajemy całościowy obraz kraju, jakim jest Tajwan. Jest to tym bardziej istotne, że nie ma w Polsce podobnej publikacji o Tajwanie. Jak pisze sam Artur: Co zaskakujące, nie znaleźliśmy przewodników ani książek turystycznych w języku polskim opisujących tę piękną wyspę. Cieszę się, że ta, którą trzymacie w rękach, będzie pierwszą tego typu publikacją.

Dzięki ich relacjom poznajemy również samych Tajwańczyków. Życzliwość i gościnność to cechy charakterystyczne wyspiarzy - nie raz nasi bohaterowie spotykali się na trasie z uśmiechniętymi i gotowymi do pomocy Tajwańczykami. Nie można zapominać również o historii, tajwańskiej państwowości (nie wszystkie kraje ją uznają traktując Tajwan jako część Chin) oraz japońskiej okupacji, które także wywarły wpływ na kulturę kraju i jego mieszkańców. Te wszystkie tematy zostały ujęte w książce Made It In Taiwan.

Widok na Tajpej i budynek Taipei 101 z trasy

To, co także podoba mi się w tej książce to sposób w jaki opisywana jest podróż. Styl jest nieco blogowy, dynamiczny i daje nam wgląd krok po kroku w to, jak taka podróż wyglądała - od załatwiania formalności, pakowania, etc. po informacje o przebytej trasie i miejscach godnych uwagi. Są to bezcenne dane z pierwszej ręki oparte na własnym doświadczeniu. Książkę tę można traktować jako swego rodzaju przewodnik - dostajemy bardzo dużo praktycznych informacji (łącznie z tym, co nasi bohaterowie jedzą na trasie), o które czasami trudno, gdy sami przygotowujemy się do podróży. Śmiało więc można wyczyny Artura powtórzyć posiłkując się tą książką. Dodatkowo w każdym rozdziale znajdziemy specjalnie wyróżnione sekcje zawierające na przykład wskazówki dla rowerzystów, informacje dotyczące historii i kultury czy lokalnej kuchni. Książka zawiera także sporo zdjęć - żałuję tylko, że część z nich jest bardzo mała.

Lampiony w miasteczku Jiufen
富士山に一度も登らぬバカ、二度登るバカ
Ten, kto wspina się na górę Fuji jest mądrym człowiekiem, ten, który wspina się po raz drugi, jest głupcem, przysłowie japońskie
Na koniec rozdział traktujący o wspinaczce na górę Fuji. Ten ostatni punkt na planie podróży Judyty i Artura, najbardziej wzbudził moje zainteresowanie. Oczywiście. :)  To jeden z tych tematów, który za mną chodzi i kiedy natykam się na jakaś relacje ze wspinaczki na Fuji-san, znowu przychodzi do mnie myśli: a może by jednak spróbować? Zazwyczaj szybko jednak dochodzę do wniosku, że podziwianie z daleka tej świętej góry Japończyków daje mi tyle radochy, ze nic mi więcej nie potrzeba (jedynie błękitnego nieba, aby tę kapryśną chowającą się często górę dojrzeć...).

Relacja z wyprawy Artura i Judyty raczej utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Ponownie książka dostarcza nam cennych wskazówek i informacji między innymi o tym jak wyglądają schroniska na poszczególnych stacjach i z jakimi restrykcjami wspinacze muszą się borykać, np. z ściśle wyznaczonym czasem przebywania w budynku schroniska. Wejście na górę Fuji to nie bułka z masłem. Bywa stromo, wysokość daje organizmowi w kość (na trasie można zaopatrzyć się w tlen), a i z aurą bywa różnie - mimo, że sezon wspinaczkowy trwa latem od początku lipca do połowy września.

Niestety, Artur z Judytą trafili na złą pogodę i część wspinaczki pokonywali w strugach deszczu i opierając się silnym porywom wiatru. Czytając strona za stroną coraz bardziej im współczułam, że nie będzie im dane dojrzeć świata ze szczytu, ale cieszyłam się, że dotarli i wrócili z powrotem cało i zdrowo. Momentami opisy były bardzo sugestywne - nie wiem, czy będąc na ich miejscu nie dałabym sobie ze świętą górą spokoju...

Wspinacze w drodze na Fuji-san

"Marsjańskie" krajobrazy na górze Fuji

O Tajwanie przeciętny Polak wie raczej niewiele. Myślę, że obecnie do Japonii wybiera się dużo więcej osób niż właśnie na Tajwan, który rzadko stanowi cel podróży. Jeśli więc chcecie dowiedzieć się więcej o kraju, gdzie gorące źródła są lodowate, na śniadanie je się ryżankę a herbaciarnie zainspirowały samego Hayao Miyazakiego przy tworzeniu Spirited Away,  to koniecznie sięgnijcie po tę książkę*. A potem? Kierunek Tajwan!

W oddali klify Qingshui

*Chciałam jeszcze dorzucić informacje o restauracji Modern Toilet, ale... chyba lepiej będzie, jak zainteresowani sami rzucą okiem, bo trochę zabrakło mi słów. Można tutaj. :)

(Cyt. za: Artur Gorzelak, Made It In Taiwan, Warszawa, s.17.)

piątek, 27 września 2019

Kabuki, czyli 4,5-godzinne wyzwanie w świecie teatru

Kabuki-za w Tokio

Planując zeszłoroczną podróż do Japonii miałam w planach wybrać się na turniej sumo - jesienną edycję w Tokio. Akurat mieliśmy być w Tokio ostatniego dnia zawodów. Mimo że miałam pobudkę o 3 nad ranem, aby kupić bilety, jak tylko pojawią się w sieci, nie udało się. Bilety na finalny dzień rozeszły się chyba w 2 sekundy. Zannen... W zamian za to, postanowiliśmy spróbować zmierzyć się z przedstawieniem kabuki. Tutaj z biletami poszło łatwiej, co nie znaczy, że łatwo. :)

Plakaty porannych i popołudniowych przedstawień

Kabuki (歌舞伎)  to rodzaj tradycyjnego teatru japońskiego, w którym wszystkie role grane są przez mężczyzn. Aktorzy wcielający się w postaci kobiece zwani są onnagata (女形). Początki tego teatru sięgają XVII wieku i wiodą do Kioto oraz rytualnych tańców miko w chramach shintō. W 2008 roku teatr kabuki wpisano na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Sztuki kabuki, których jest około 400, poruszają różne tematy - zwykle są to dramaty historyczne lub społeczne oraz przedstawienia taneczne - oparte na japońskiej tradycji. Więcej o kabuki dowiecie się z dokumentu serii Begin Japanology, który w przystępny sposób wprowadza w świat kabuki i wyjaśnia podstawowe kwestie związane w tym rodzajem teatru.


I mimo że kabuki zaliczane jest właśnie do tradycyjnych sztuk japońskich, całkiem niedawno przeczytałam, że Minami-za (teatr kabuki w Kioto) wystawiło przedstawienie oparte na popularnej mandze i anime Naruto (poniżej fragment), a teatr Shinbashi Enbujo z Tokio w grudniu tego roku wystawi na swojej scenie Nausicaa z Doliny Wiatru, spektakl oparty na animacji Studia Ghibli (więcej informacji tutaj). Kabuki nie jest już tak popularną rozrywka jak kiedyś, mimo to wciąż ma ogromne rzesze fanów, najlepsi i najpopularniejsi aktorzy to celebryci, a najlepsze bilety na przedstawienia rozchodzą się w trymiga.



W Tokio działa teatr Kabuki-za w dzielnicy Ginza. Sztuki wystawiane sa tutaj niemal codziennie. Tak naprawdę dwa razy dziennie - a programy przedstawień porannych (spektakl rozpoczyna się o godzinie 11:00)  i popołudniowych (rozpoczynają się o godzinie 16:30) różnią się od siebie. Każdy spektakl dzieli się na 3-4 części, a całość potrafi trwać ponad 4 godziny.

Budynek teatru jest przepiękny i opatrzony wizerunkami feniksa, który stanowi symbol Kabuki-za. Z tym motywem kupić można wiele pamiątek, przekąsek, feniksa widać na teatralnych kurtynach, lampionach czy w maleńkim chramie shintō obok teatru, który poświęcony jest właśnie kabuki. Za budynkiem teatru wznosi się nowoczesna Kabuki-za Tower.


Jak kupić bilety? Można je kupić na oficjalnej stronie (należy założyć konto). Tak naprawdę każde przestawienie kabuki składa się z kilku odrębnych części i na każdy akt kupić można osobne bilety (są to tzw. hitomakumi-seki, których ceny zaczynają się już od 600 jenów i są dostępne w liczbie 150 na każdy spektakl). Niestety, nie da się ich kupić online ani zarezerwować - należy w dniu przedstawienia stawić się w teatrze i odstać swoje w kolejce do specjalnej kasy. Nie mając gwarancji, że uda nam się bilet kupić, bo chętnych jest zazwyczaj bardzo wielu. Dlatego właśnie my zrezygnowaliśmy z takiego rozwiązania i kupiliśmy bilety na całe przedstawienie. Ceny biletów na całe przedstawienie zaczynają się od 4 a kończą na 20 tysiącach jenów. Zdecydowaliśmy się na bilety w cenie 6000 jenów za osobę (miejsca oznaczone jako "upper tier A") i były to dobrze wydane pieniądze - z naszych miejsc widać było, mimo że pod kątem, prawie całą scenę, a przy okazji mieliśmy świetny widok na salę teatru. Co prawda z tych miejsc nie widać hanamichi, czyli pomostu umiejscowionego wśród widowni, którym aktorzy wchodzą i schodzą ze sceny, ale, jak to mówią, nie można mieć wszystkiego. :)

Zdjęcia zrobione z naszych miejsc przed rozpoczęciem przedstawienia

Jeśli mamy czas przed przedstawieniem warto udać się do muzeum kabuki, które mieści się w Kabuki Tower. Muzeum nie jest zbyt duże, ale ma w swoich zbiorach ciekawe oryginalne eksponaty, które używane były lub są wykorzystywane do dzisiaj w czasie przedstawień. W jednej z sal zobaczyć można rekonstrukcje sceny, oryginalne stroje a także bębny, na których nawet można sobie pograć. Muzeum nie jest może powalające i trochę trąci myszką, ale jeśli mamy czas, to zachęcam. Ponadto obsługa jest bardzo miła i uśmiechnięta i ni w ząb nie mówi po angielsku. :) Dodatkową atrakcją jest mały ogród na dachu, nad którym górują otaczające Kabuki-za budynki Ginzy. Fajne miejsce, aby na chwilę przysiąść i wypić kawę przed przedstawieniem. 




Przedstawienie kabuki to także szansa, aby zobaczyć przepięknie i elegancko ubranych Japończyków. Sporo kobiet pojawiło się w cudownych kimonach. Generalnie nie obowiązuje żaden dress-code, ale wypada, aby do teatru ubrać się nieco inaczej niż na co dzień. Nie polecam więc wybierać się do Kabuki-za w szortach czy dresach. :) Jeśli już mowa o savoir-vivre, to zasady obowiązujące są takie same, jak chyba w każdym teatrze na świecie. W trakcie trwania przedstawienia nie wolno robić zdjęć, nagrywać, używać telefonów komórkowych czy rozmawiać. Nie powinno się również wychylać ze swoich miejsc oraz jeść i pić w trakcie spektaklu, ale za to można dawać wyraz swojemu zadowoleniu wykrzykując np. narita-ya!, kiedy aktor pojawia się na scenie. Krzyczący to specjaliści od kabuki zwani omuko. Używanie okrzyków to prawdziwa sztuka - trzeba bardzo dobrze znać przebieg spektaklu i wiedzieć, co i kiedy krzyknąć, aby swoim okrzykiem nie zakłócić przedstawienia. Więcej informacji o omuko tutaj.


Przed spektaklem zerknęliśmy również do podziemnego centrum handlowego Kobiki Hiroba (木挽町広場), które mieści się pod budynkiem teatru.


W tym samym centrum handlowym znajdują się stoiska z bento (można się spotkać z nazwą makunouchi bento 幕の内弁当), w których zaopatruje się bardzo wielu widzów. Jeśli przedstawienie trwa 4,5 godziny, to nie ma zmiłuj - prędzej czy później trzeba będzie coś zjeść. :)W teatrze kabuki dozwolone jest spożywanie jedzenia i picia na sali w czasie przerwy. Można też wyjść na zewnątrz i kupić coś do przekąszenia w holu teatru.



Przypadkiem dowiedziałam się, że można w teatrze kupić prawdziwy rarytas - wypiekane ciastka taiyaki, które w środku mają kulki mochi (jedna kulka jest czerwona, druga biała). Już po wejściu do teatru czuć w powietrzu charakterystyczny słodki zapach, który kusi. Warto się spieszyć - ich ilość jest ograniczona i nigdy nie wystarczy dla każdego chętnego. My zdecydowaliśmy się zakupić je od razu, jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu. Pycha!


Wybraliśmy się na wieczorne przedstawienie, które okazało się być wspaniałym doświadczeniem, stroje i makijaże aktorów były niesamowite, nie wspominając już o muzyce na żywo. Przyznam, że całość była nieco przytłaczająca - długość całego przedstawienia sprawiła, że momentami ciężko nam było wysiedzieć. Na miejscu można wypożyczyć specjalne translatory, które tłumaczą treść przedstawienia na język angielski. Nie zdecydowaliśmy się ich użyć - wcześniej czytaliśmy jedynie opisy każdego z wystawianych aktów i nie chcieliśmy się rozpraszać czytaniem/słuchaniem w trakcie przedstawienia.

 Plakaty do Shunkan oraz Yūgen

Pierwszy akt okazał się być tańcem aktora wcielającego się w postać marionetki. Drugi akt, Shunkan, opowiadał historię duchownego, który zesłany został na odległą wyspę, ponieważ spiskował przeciwko dyktatorowi Kiyomori. Przyznam, że ta część spektaklu trwająca ponad godzinę, nieco nas znużyła... I kiedy tak siedzieliśmy i czekaliśmy na przerwę, zaczęliśmy rozglądać się wokół - okazało się, ze wielu japońskich widzów chyba ma podobne zdanie, niektórzy drzemali, a pani siedząca obok nas przespała akt drugi w najlepsze. :) W końcu rozpoczęła się ostatnia wyczekiwana przez nas część przedstawienia. Mieliśmy to szczęście, że akurat wrześniowy wieczorny repertuar zawierał nową wersję przedstawienia Yūgen, w którym główną rolę odgrywa najsłynniejszy onnagata - Bandō Tamasaburō V. Aktorowi towarzyszył chyba nanbardziej znany zespół bębniarzy taiko na świecie, czyli Kodō (鼓童). A że japońskie bębny uwielbiam i zawsze chciałam zobaczyć muzyków Kodō na żywo, postanowiliśmy kupić bilety na cały spektakl, aby szansa zobaczenia tej części nie uciekła nam sprzed nosa. Takie właśnie 4,5 godzinne wyzwanie sobie postawiliśmy. I było warto! :)

Mam nadzieję, że post ten przybliżył Wam nieco świat kabuki i może skłoni niektórych z Was do wybrania się na przedstawienie, jeśli będziecie mieli taką możliwość. Być może i nam przyjdzie kiedyś jeszcze wybrać się na spektakl - nie ukrywam, że tym razem z chęcią obejrzałabym  produkcję uwielbianego przeze mnie Studia Ghibli przeniesioną na deski teatru. Może kiedyś się uda...  :)

niedziela, 15 września 2019

Morze Wewnętrzne - Inland Sea - Seto-naikai - 瀬戸内海

Naoshima

Miłośnikom Japonii osoby pana Donalda Richiego przedstawiać raczej nie trzeba. Znawca kultury Nipponu, filmoznawca, dziennikarz, który przez kilkadziesiąt lat mieszkał w Japonii i opisywał zastaną tam rzeczywistość. Japonia stała się jego drugim domem. Domem, o który chciał dbać i którego losy nie były mu obojętne, czemu nie raz dawał wyraz w swoich tekstach. Nie inaczej sprawa ma się z Morzem Wewnętrznym, swoistym reportażem/dziennikiem z podróży po wyspach Seto-naikai (瀬戸内海), którą autor odbył w 1962 roku.

"Każda podróż jest w jakimś sensie ucieczką. Gdzieś chcemy dotrzeć, ale od czegoś też uciec”.

 




To wciągająca opowieść, która zabiera nas nie tylko w świat wyspiarzy zamieszkujących Morze Wewnętrzne, którzy dla Richiego są ostoją "autentycznej" Japonii, ale również w wewnętrzny świat samego autora. To także ucieczka przed wielkomiejską Japonią, która zdaniem Richego zachłysnęła się rozwojem gospodarczym i straciła swoje prawdziwe ja. Richie wierzy, że odnajdzie je właśnie wśród mieszkańców Oshimy, Ikuchi czy innych odwiedzanych wysp i wysepek. Morze Wewnętrzne to fascynująca podróż po Japonii, której zdaniem autora już nie ma.



 Naoshima

Przenosimy się w japońską rzeczywistość lat 60-tych ubiegłego wieku oraz w świat wewnętrzny samego Donalda Richiego. Jego przemyślenia i obserwacje bardziej lub mniej świadomie momentami wysuwają się na pierwszy plan książki. W antropologii kulturowej jedną z podstawowych tez jest ta o poznawaniu Innego oraz przeświadczenie, że to, jak mówimy o Innym tak naprawdę więcej mówi o nas samych niż o obiekcie naszych badań. Zaskoczyło mnie, jak dużo w tej książce-reportażu jest samego autora - jego życia prywatnego, intymnych myśli i wspomnień. Mimo że interesujące, momentami dosyć śmiałe i bezpośrednie, to jednak okupujące miejsce, które moim zdaniem autor mógł oddać w jeszcze większym stopniu mieszkańcom odwiedzanych przez niego wysp.

Donald Richie zauważa zmiany, jakie przechodzi Japonia w opisywanych przez siebie czasach i to właśnie w mieszkańcach i miejscach Morza Wewnętrznego upatruje pozostałości tej prawdziwej Japonii. Reszta kraju, z powodu zmian gospodarczych i kulturowych, miała jego zdaniem ulec niekorzystnym przeobrażeniom i stracić swojego prawdziwie japońskiego ducha. Ta myśl pojawia się w książce kilkukrotnie i od razu nasunęła mi skojarzenia z inną książką, do której wróciłam po latach, czyli Japonią utraconą Alexa Kerra (o niej będzie jednak innym razem). Spotkania z wyspiarzami stanowią oś książki i zapisków autora. To te spotkania definiują spojrzenie Richiego na region, który odwiedza, oraz utwierdzają go w przekonaniu, że to właśnie na wyspach Morza Wewnętrznego odnaleźć można Japonię utraconą. 

 Miyajima

 Miyajima

Autor Morza Wewnętrznego nie wolny jest od generalizacji, kiedy pisze między innymi o umyśle Japończyków, ich postrzeganiu piękna, a jego wypowiedzi trącą sentymentalizmem. Richie nie dostrzega nic godnego uwagi w wielkomiejskiej Japonii, od której ucieka, jej miastach i ich mieszkańcach. Pisze między innymi o estetyce pachinko, która kontrastuje z dziewiczą niemalże w jego oczach naturą wysp Morza Wewnętrznego. Dziwi się, że Japończycy bardziej są zainteresowani życiem amerykańskiej aktorki Jane Fondy niż tradycyjnymi elementami swojej kultury. Czytając Donalda Richiego trzeba mieć na uwadze ten filtr, który nakłada i który przekształca opisywaną przez niego rzeczywistość oraz zamyka Japonię w granicach wyimaginowanego skansenu. Mimo to autor dostarcza nam wielu interesujących obserwacji, zapisu dni minionych, a przede wszystkim ludzi i ich codzienności.

Także codzienności cudzoziemców, którzy postanowili zamieszkać w Japonii. Autor analizuje wątki ponownie zestawiając je w kontraście my (cudzoziemcy) - oni (Japończycy). Wspomina o trudnościach ze zdobywaniem japońskiego obywatelstwa, szczerze pisze o swoistej anonimowości i prywatności powodowanej barierą językową, a także o małżeństwach mieszanych. Te wszystkie spostrzeżenia są interesujące, szczególnie, gdy zestawić je ze swoimi własnymi doświadczeniami. Mam też wrażenie, że niewiele się w tym aspekcie zmieniło przez te wszystkie lata - Japonia nadal pozostaje zamkniętym światem niedostępnym dla wszystkich.


Chciałabym dowiedzieć się więcej o tej części Japonii. Być może uda się jeszcze kiedyś wrócić na Morze Wewnętrzne i odwiedzić kilka wysp, o których autor wspomina w swoim dzienniku. Na razie bezskutecznie szukam dwóch filmów dokumentalnych - oba opowiadają o mieszkańcach Morza Wewnętrznego. Pierwszy, The Inland Sea, którego narratorem jest właśnie Donald Richie, bezpośrednio odwołuje się do jego podróży po wyspach. Drugi, Inland Sea, w reżyserii Kazuhiro Sody portretuje Ushimado, wioskę, która odchodzi w zapomnienie wraz ze swoimi coraz starszymi mieszkańcami. Wydaje mi się, że oba obrazy nie są zapewne wolne od melancholii i tęsknoty za dawnymi czasami i tym, co stracone, mimo to albo właśnie dlatego myślę, że oba dokumenty mogą być świetnym uzupełnieniem dla książki.

 Ozuchijima widziana z Naoshimy

Ozuchijima widziana z Naoshimy

Zatopiłam się w Morzu Wewnętrznym. I tym z książki Donalda Richie'go, i tym tu i teraz muśniętym przeze mnie jedynie podczas kilku pobytów w Japonii. Z setek wysp udało mi się odwiedzić jedynie dwie - słynną z pływającej torii Miyajimę oraz Naoshimę, o której autor pisze, że to mała, piękna, trochę smutna wysepka, a obecnie jest to chyba najbardziej znana na świecie wyspa sztuki. Niewątpliwie region Morza Wewnętrznego jest fascynujący, ale dla mnie każdy kawałek Japonii taki właśnie jest. Wciąż jeszcze za mało znam i za mało doświadczyłam tego kraju i jego kultury, aby dzielić go na mniej i bardziej lubiane miejsca. Wiem tylko, że jeszcze wiele miejsc jest do odkrycia.


Miyajima

(Cyt. za: Donald Richie, Morze Wewnętrzne, Wołowiec, 2019, s. 15.)
(Cyt. za: Donald Richie, Morze Wewnętrzne, Wołowiec, 2019, s. 108.)

piątek, 26 lipca 2019

Mikimoto, nieco smutna perłowa wyspa


Do miasteczka Toba trafiliśmy poza sezonem. Od razu dało się to odczuć - miejsce to wydało nam się wyludnione, większość knajpek była zamknięta (po obejściu miasteczka zdecydowaliśmy się wrócić do Ise i tam zjeść obiad - w Toba nie udało nam się znaleźć żadnego miejsca poza nieciekawą i drogą restauracją na wyspie Mikimoto...) i generalnie panował trochę przygnębiający nastrój opuszczonego nadmorskiego miasteczka.




Zanim skierowaliśmy się na Mikimoto Pearl Island, czyli słynną perłową wyspę, postanowiliśmy trochę pokręcić się po okolicy. W Toba jakby czas się zatrzymał - włóczyliśmy się wąskimi uliczkami, odkrywając podupadłe biznesy, zmurszałą świątynię i wypatrując ludzi. Było pusto. I na próżno szukaliśmy jakiegoś konbini, co było dla nas niemałym zaskoczeniem biorąc pod uwagę fakt, że wszędzie indziej natykaliśmy się na Family Mart czy 7Eleven niemalże co kilka kroków.


Uwielbiam się tak szwendać i odkrywać nieoczywiste, przyglądać się japońskiej codzienności z dala od turystycznych szlaków. Miasteczko Toba pod tym względem mnie zaciekawiło na tyle, że kiedyś chciałabym do tej jego części wrócić. Na razie jednak postanowiliśmy skierować się z powrotem do portu i naszego głównego celu, czyli Mikimoto Pearl Island. To główna atrakcja i bardzo łatwo do niej trafić. Na wyspę prowadzi zadaszona kładka - przy wejściu należy kupić bilet i droga wolna.


Nie będę opisywać całej historii połowu i hodowli pereł na wyspie oraz sylwetki pana Kokichi Mikimoto - wszystkie te informacje bardzo łatwo znaleźć w internecie, jeśli Was interesują. My wybraliśmy się na wyspę przede wszystkim dla ama (海女), czyli "kobiet morza" i poławiaczek pereł. Pierwsze wzmianki o nich pochodzą z połowy VIII wieku. Tradycyjnie ama nurkowały ubrane jedynie w przepaski biodrowe w poszukiwaniu wodorostów czy skorupiaków. Wspomniany już Kokichi Mikimoto postanowił wykorzystać umiejętności ama do nurkowania i wstrzymania oddechu na długi czas na swoich farmach pereł. Ama szybko zyskały na popularności, zaczęli pojawiać się turyści spoza Japonii i Mikimoto stwierdził, że należy poławiaczki ubrać - tak powstał charakterystyczny biały strój, w którym nurkują do dzisiaj. Więcej o ama przeczytacie tutaj.

 

Codziennie odbywa się kilka pokazów wliczonych w cenę biletu. Mieliśmy jeszcze sporo czasu do demonstracji, więc postanowiliśmy obejść wyspę i wstąpić także do muzeum. Krok po kroku opisana jest tam i ciekawie przedstawiona historia wyspy i hodowli pereł, a także samych ama. W specjalnej sekcji można podziwiać dzieła sztuki powstałe przy użyciu pereł Mikimoto, między innymi model pagody, zamku Himeji czy królewskie korony.


Kilka minut przed rozpoczęciem pokazu, udaliśmy się na zewnątrz. Ama można obserwować ze specjalnego podestu przy nabrzeżu. Poławiaczki pojawiają się o określonej godzinie, ubrane w białe tradycyjne stroje pozdrawiają publikę i właściwie bez większych przygotowań zaczynają połów.





Każda poławiaczka ma przytwierdzony za pomocą sznurka drewniany pojemnik, do którego wrzuca wyłowione ostrygi. Ama noszą też specjalne gogle. I na tym ich ekwipunek się kończy. Przeważnie ama nurkują na głębokość około dziesięciu metrów i wstrzymują oddech nawet na ponad dwie minuty. Pokazy na wyspie Mikimoto mają jedynie przybliżyć tę technikę i są organizowane dla turystów - poniżej króciutki filmik (zrobiony na szybko telefonem, stąd słaba jakość...). W trakcie trwania pokazu z głośników płynie opowieść - po japońsku. Oglądaliśmy ama z zaciekawieniem, ale i z lekkim uczuciem smutku. Być może powodowanym sztucznością całej sytuacji i wrażeniem, że ama sprowadzone zostały jedynie do atrakcji turystycznej...



Na koniec odwiedziliśmy Pearl Plaza, czyli po prostu sklep z perłami. Warto tu zajrzeć i popodziwiać perły i biżuterię, a może nawet skusić się na perełkę lub dwie. Ceny zaczynają się od kilku tysięcy jenów i szybują do setek tysięcy i milionów. Można tu kupić nie tylko perły Mikimoto, które, oczywiście, są najdroższe, ale także tańsze mniej "firmowe" okazy. Mnie się dostało jedną cenną dla mnie perełkę, która w zupełności mi wystarcza. Na pamiątkę. :)





Podsumowując - udało nam się odwiedzić Mikimoto Pearl Island, która od kilku lat znajdowała się na mojej liście "do zobaczenia" i naszą wizytę w Toba na pewno będziemy jeszcze wspominać. Może Mikimoto Pearl Island nas nie zachwyciła, ale same zakamarki Toba już tak. I na pewno będziemy jeszcze zgłębiać temat ama. Jeśli akurat bylibyście w okolicy, to zachęcam, aby tu zajrzeć. Ale żeby się specjalnie fatygować to już nie bardzo... :)