piątek, 11 września 2020

Dzieci z Hamamatsu, czyli książka nie tylko dla dzieci


Kiedy jakiś czas temu zobaczyłam zapowiedź Dzieci z Hamamatsu autorstwa Ka Mochi, wiedziałam, że muszę zajrzeć do tej książki. Uwielbiam ilustracje, nieważne czy dla Małych czy dla Dużych, a jeszcze bardziej uwielbiam, kiedy ilustracje oddają ducha i subiektywne spojrzenie autora. Na Japonię. :) To jedna z tych książek, które poznaje się niespiesznie - rozdział po rozdziale, ilustracja po ilustracji. Takimi książkami należy się delektować! 



Dzieci z Hamamatsu to opis życia w Japonii widziany oczami 6-letniej Laury, która wraz z Mamą i Tatankiem trafia do Kraju Kwitnącej Wiśni. Musi się od początku borykać z wieloma trudnościami, bo przecież w Japonii nie ma w przedszkolu ani pierwszego, ani drugiego śniadanka, a kiedy już można jeść, to na talerzu lądują gluty i patrzące na nas rybki. I jest bardzo zimno. I śnieg wcale nie jest śniegiem a płatkami wiśni, a tornistry czaruje się w świątyni, aby wszystko w szkole szło gładko. Do tego wszystkiego Laura zaczyna uczęszczać do przedszkola, ale szybko zyskuje nowych przyjaciół, z którymi staje się nierozłączna. Czas spędzany w towarzystwie bliźniaków Uso i Zen oraz Miyu pełen jest przygód, niespodzianek i  zwrotów akcji.

"Lecieliśmy pięć dni i osiem nocy. Albo jakoś tak. Bajki w telewizorkach samolotowych były po japońsku. Oglądałam je i zastanawiałam się, dlaczego wszyscy mówią o deskach. No i jeszcze koko i koko. Nie wiedziałam wtedy, że "koko" po japońsku znaczy "tutaj", a "desu ka" kończy każde pytanie."

Wizualnie książka urzeka. Już sam format i papier są dla mnie świetnie dobrane, a w środku duże ilustracje, ładnie zaakcentowany podział na rozdziały oraz słowniczek na końcu, który ma ułatwić zrozumienie tekstu osobom nie znających realiów japońskiego życia (słówka w nim zebrane są w tekście książki zaznaczone na niebiesko). Ilustracje idealnie wpasowane są w treść książki, bardzo podoba mi się kreska i kolory oraz sposób w jaki Ka Mochi pokazuje Japonię.


W książce przeplatają się ze sobą wydarzenia realne z magicznym światem japońskich baśni, folkloru i duchów. Fantazyjne kimona i roboty, dom ze zjeżdżalnią i ten urządzony w samolocie, a do tego wszystkiego piknik z Hello Kitty i Totoro. Japonia jest dla małej Laury nowym światem, który odkrywa każdego dnia. Czasami nie bez obaw i lęków, a czasami z dziecięcą radością i nadzieją. Niesamowite było spojrzeć na Japonię oczami dziecka i w maleńkim stopniu spróbować poznać Kraj Kwitnącej Wiśni z tej innej, czasami przez nas już zapomnianej, perspektywy. W książce nie brakuje humoru, a każdy rozdział czyta się z przyjemnością i zainteresowaniem.

"Następny dzień przyniósł mi tuż po przebudzeniu odkrywczą myśl, że życie jest wspaniałe. Wszystko w Japonii, w Hamamatsu było dla mnie nowe i niezwykłe, jak na wakacjach, a to przecież teraz moje normalne życie i nigdzie stąd nie wracam." 

Jedyne, co nieco mnie niemile zaskoczyło, to koniec książki. Nie tylko dlatego, że chciałoby się czytać dalej, ale również dlatego, że cała historia tak jakby nagle się urywa. Ostatni rozdział nie jest klamrą spinającą całość, ale daje wrażenie, że będzie nam dane doświadczyć czegoś jeszcze. Że na kolejnych stronach czekają na nas nowe przygody. Że ta historia ot tak nie może się po prostu skończyć. A jednak...

Aha, książka ma oznaczenie 6+, więc jak nic się łapię. :)  

(Cyt. za: Ka Mochi, Dzieci z Hamamatsu, 2020, s. 10.)
(Cyt. za: Ka Mochi, Dzieci z Hamamatsu, 2020, s. 46.)

środa, 19 sierpnia 2020

Miho no Matsubara, czyli gdzie niebo styka się z ziemią

 
Wybierając się do Shizuoki mieliśmy w głowach przede wszystkim obraz Fuji-san. Te wszystkie ikoniczne niemalże pocztówkowe góry Fuji zastygnięte w idealnym obrazie. Fuji górująca nad zielonymi polami herbaty wzgórz Makinohary. Fuji pochłaniająca swą wielkością port Shimizu. Fuji dotykająca nieba na sosnowej plaży Miho no Matsubara. Ciężko było zdecydować się na którąś z tych pięknych opcji, a mogliśmy wybrać tylko jedną... Biliśmy się trochę z myślami decydując się ostatecznie na miejsce wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO - Miho no Matsubara (三保の松原), czyli plaży z dorodnymi sosnami i widokiem na Fuji-san, które należy również do jednego z tzw. Nowych Trzech Widoków Japonii, czyli Shin Nihon Sankei (新日本三景).
 

 
A dostać się tam wcale nie jest tak łatwo. Z centrum Shizuoki trzeba udać się do portu-galerii-wesołego miasteczka o wdzięcznej nazwie S-Puls Dream Plaza, skąd odpływają promy lub jak się okazało także małe stateczki pasażerskie, którymi dostać się można na Półwysep Miho. Byliśmy jedynymi osobami, które tego dnia zjawiły się w porcie, więc trafiła nam się prywatna podróż przez wzburzone morze z podstarzałym japońskim wilkiem morskim. Trzęsło niemiłosiernie, mimo to postanowiliśmy usiąść na zewnątrz i postarać się nie wypaść za burtę. Jakimś cudem się udało i po około 20 minutach przybiliśmy do brzegu. Z powrotem wybraliśmy już jednak drogę lądową i podróż autobusem prosto na stację JR Shimizu, skąd w około 15 minut dojechaliśmy do Shizuoki.     
 

 
Z plaży ruszyliśmy między prywatnymi zabudowaniami w kierunku Miho no Matsubara. Pierwszym przystankiem na naszej drodze był chram Miho, urokliwie położony wśród drzew, do którego prowadziła jasna kamienna brama torii. Pusto i cicho, poza nami nikogo, mogliśmy więc w spokoju obejść cały teren i zajrzeć do pomniejszych kapliczek. Bardzo spodobały nam się wotywne beczki sake w pięknym niebieskim kolorze.
 
Na przeciwko kamiennej torii po przejściu na drugą stronę ulicy rozpoczyna się kami no michi, czyli "droga bóstw" prowadząca prosto do celu naszej wędrówki, czyli Miho no Matsubara. Ścieżka wiedzie wśród przepięknych starych sosen, niektóre z nich są specjalnie podtrzymywane, aby nie zapaść się pod naporem upływu lat. To wspaniałe miejsce i warto się nie spieszyć tylko spokojnie podążać krok za krokiem, oddychać i podziwiać te piękności.
 
 
Po krótkim spacerze ścieżką bóstw docieramy do małej infrastruktury, sklepów z pamiątkami i informacji turystycznej, gdzie można zaopatrzyć się w foldery, pocztówki z Fuji-san oraz przybić stempel z jej wizerunkiem. Rozwinęła się tam taka oto krótka rozmowa:
 
- Czy dzisiaj widać Fuji-san? - pytam. - Pogoda nie jest zbyt dobra...
- Tak, trochę dzisiaj chmur, niestety - odpowiada pani z informacji turystycznej. - Ale wczoraj widać ją było świetnie!
Tadam.
 
 
Trochę nam mina zrzedła, ale ruszyliśmy na plażę. Miho na Matsubara słynie nie tylko z pięknego widoku Fuji-san, ale również z legendy o Hagoromo (羽衣). Historia niebiańskiej istoty tennin (天人), która porzuca swoje szaty, aby wykapać się w wodach przy plaży sięga VIII wieku i jest bardzo popularnym tematem w teatrze Noh. Podczas kąpieli, tennin nie zauważa rybaka, który zabiera szatę i oczekuje tańca w zamian za jej zwrot. Niebiańska istota nie może wrócić do nieba bez swoich szat, zgadza się więc na warunki rybaka. Po wykonaniu tańca tennin znika w blasku księżyca zostawiając osamotnionego rybaka na plaży. Malutki chram Haguruma poświęcony jest właśnie tej legendzie, a na jego terenie stoi Hagoromo no Matsu, olbrzymia ponad 200-letnia sosna, na której niebiańska istota miała zostawić swoją szatę na czas kąpieli. 
 

 
Nie tylko Hagoromo no Matsu robi wrażenie, ale wszystkie sosny rosnące wzdłuż plaży. Ogromne, niektóre powykręcane, mocno zielone tworzą kontrast między niebem a ciemnym piaskiem plaży. Piasek kiedyś ponoć był tutaj jaśniutki, ale teraz przypomina pył wulkaniczny, z którym podobno jest zmieszany. Iście kosmiczny krajobraz, szczególnie przy szybko zmieniającej się pogodzie. Mieliśmy chwilę słońca i niebieskie niebo (mimo to Fuji-san pokazała się tylko trochę), a za chwilę bardzo silny wiatr i wzburzone morze. I tak na przemian. Zaczęło tez kropić. :)


 
 
W czasie tej kapryśnej pogody zjedliśmy nasz lunch składający się z onigiri, herbaty i słodkich bułek z pastą z czerwonej fasoli, Obyło się bez piasku w zębach, ale do najprzyjemniejszych chwil nie należało. Mimo skrywającej się gdzieś przed nami w chmurach Fuji-san. 
 
Spędziliśmy zaledwie kilka godzina na Półwyspie Miho i zobaczyliśmy tylko niewielki jego wycinek. Na pewno jest to miejsce, w które chciałabym kiedyś wrócić. I może w końcu ujrzeć Fuji-san w całej okazałości. Kiedyś...
 
 

czwartek, 6 sierpnia 2020

Słuchając Wszechświata, czyli "Pszczoły i grom w oddali"






Muzyka towarzyszy mi od małego, nie ma u mnie dnia bez muzyki. Przyznam, że muzykę poważną znam bardzo wybiórczo i zdecydowanie za rzadko jej słucham. Mam swoje ulubione utwory - współczesne i klasyczne. Śledzę nawet poczynania jednego z polskich pianistów, ale do konesera i znawcy mi daleko. Kiedy w moje ręce trafiła książka Pszczoły i grom w oddali zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać.









"Jeśli poza nasza galaktyką jest jakaś gwiazda, na której warunki przypominają te na ziemi, z podobnym powietrzem, i tak samo rozchodzącymi się falami dźwięku, myślę, że tam rozwija się także muzyka. A w takim razie pojawiają się tez podobne do naszych instrumenty i być może w jakimś zakątku galaktyki jest ktoś, kto gra na fortepianie ze wszystkich sił."

Opowieść krąży wokół muzyki oraz czterech głównych bohaterów, uczestników międzynarodowego i prestiżowego konkursu pianistycznego w Yoshigae. Ku mojemu zdziwieniu, historie Jina, Masaru, Ayi oraz Akashiego były dla mnie tak samo interesujące i do końca nie miałam swojego faworyta/faworytki. Nikomu nie kibicowałam bardziej lub mniej i śledziłam losy wszystkich bohaterów z takim samym zaangażowaniem.

Cała czwórka zostaje wystawiona na ogromny stres, jakim jest udział we wspomnianym konkursie. Każda z postaci jest indywidualnością ze swoją historią i każda z tych osób bierze udział w konkursie z innego powodu. Jin, najbardziej tajemnicza postać, to młody chłopak, syn hodowcy pszczół, który chce "wynieść muzykę na zewnątrz" - nie ma w domu fortepianu, ćwiczy tylko wtedy, kiedy ma okazję do jakiegoś usiąść i generalnie odbiega od wizerunku statystycznego pianisty. Dla Masaru to szansa na sprawdzenie, czy publika pokocha jego wykonania znanych utworów, a tym samym być może w przyszłości również jego autorskie kompozycje. Aya to cudowne dziecko, które zniknęło nagle z koncertowej sceny, a jej udział w konkursie jest szeroko komentowany i przyjmowany z entuzjazmem, ale i nie bez złośliwości. Z kolei Akashi to ojciec rodziny oraz pracownik sklepu muzycznego, który żyje muzyką - dla niego sam udział w konkursie to ogromne wyróżnienie i ponowna okazja, aby odkryć swoją muzykę na nowo.

Śledzimy przebieg konkursu oraz to, co dzieje się poza nim. Wykonania każdego z uczestników wzbudzają niemałe emocje. Atmosfera oczekiwania udziela się nie tylko jurorom, ale całej publice, a także samym uczestnikom konkursu. Napięcie dodatkowo wzmaga obecność dziennikarki kręcącej film dokumentalny o konkursie i jego uczestnikach. Objętość książki mnie nieco zaskoczyła i zadawałam sobie pytanie, czy można pisać o muzyce czy tez o konkursie pianistycznym w interesujący sposób na ponad 450 stronach? Okazało się, że można!


Jedyne, co było nieco nużące, to sposób opisywania muzycznych doznań i ciągłe zapewnienia nas czytelników o wspaniałości i jeszcze lepszym, barwniejszym, bardziej spektakularnym wykonaniu danego utworu przez kolejnych uczestników konkursu. Rozumiem chęć autorki, aby opisać to, jak muzyka może wybrzmiewać i to, jak może oddziaływać w najlepszy sposób. Jednak czasami mniej znaczy więcej i tutaj chyba tych wszystkich "naj" było dla mnie momentami odrobinę za dużo. Niektóre fragmenty zupełnie niepotrzebnie się powtarzają, ale aż tak bardzo nie przeszkadzało mi to w czytaniu.

Nie wpadłam na pomysł, żeby podczas czytania, także posłuchać utworu pojawiającego się akurat w danym momencie w książce - być może wtedy przydługie, jak by się mogło wydawać, opisy nabrałyby inne wydźwięku. Na początku książki dostajemy informację, jakie utwory wybrał każdy uczestnik, aby zaprezentować je jurorom i publiczności w poszczególnych etapach konkursu, a na wewnętrznej części okładki znajduje się kod QR, dzięki któremu możemy przesłuchać wszystkie wymienione utwory na platformie Spotify.

Cała historia wydaje się być również nieco odrealniona i wygładzona. Nie ma tu mowy o  chęci wygranej za wszelką cenę czy ludzkiej zawiści. Każdy z bohaterów nad wygraną zdaje się przedkładać inne cele, a współzawodnictwo traktuje bardzo naturalnie i nie przywiązuje do niego większej wagi. Takie przynajmniej odniosłam wrażenie. I być może to mało autentyczne, ale przecież możliwe. Tych młodych ludzi łączy miłość do muzyki, jej uwielbienie i chęć dzielenia się najczystsza jej formą.

Na koniec taka ciekawostka - książka została zekranizowana, a jedną z ról powierzono polskiemu aktorowi, Andrzejowi Chyrze. :) Z chęcią obejrzę te ekranizację, szczególnie, że niektórych bohaterów inaczej sobie wyobrażałam.


Nie sądziłam, że można w takim napięciu śledzić losy uczestników konkursu pianistycznego! Książka  Pszczoły i grom w oddali była miłym zaskoczeniem. Myślę, że może spodobać się nie tylko miłośnikom muzyki klasycznej. A kto wygrał konkurs? Tego Wam nie zdradzę... :)


(Cyt. za: Riku Onda, Pszczoły i grom w oddali, Kraków 2020, s.299.)

sobota, 20 czerwca 2020

Planeta K., czyli pięć lat z życia sararīmana


 "Kochając swoją pracę, miejsce pracy i rodzinę, prowadzi się pełne radości, nadziei i zdrowia życie."

Na wstępie zaznaczę, iż nie dociekałam, ani nie próbowałam podpytywać autora, która japońska firma kryje się pod dużą żółtą literą K na okładce. Nie jest mi ta wiedza do niczego potrzebna, a niewiedza nie przeszkadza w odbiorze książki i perypetii głównego bohatera.

A jest nim świeżo upieczony pracownik japońskiej korporacji. Jako jedyny obcokrajowiec w liczącej kilkuset pracowników organizacji wzbudza niemałe zainteresowanie. Z dnia na dzień musi dostosować się do nowej rzeczywistości, w której nie wypada wyjść z pracy przed szefem (nawet, jeśli nie ma się już nic do roboty), a czas wolny często spędza się ze swoją nową rodziną, czyli współpracownikami. Jak można się domyśleć naszemu bohaterowi nie wszystko jest w smak.

Myślę, że pewne doświadczenia w pracy w korporacji są uniwersalne - niezależnie od tego, w jakiej korporacji się pracuje. Korporacyjne życie toczy się zgodnie z pewnymi regułami, niektóre z nich wielu uzna za absurdalne/niepotrzebne, etc. W Japonii częścią tego uniwersum bywają uniformy, rozgrzewka pracowników przed rozpoczęciem pracy czy legendarne zatrudnienie na całe życie (chociaż od jakiegoś czasu wiele firm już powoli rezygnuje z tej tradycji). To wszystko składa się na tzw. kulturę korporacyjną. Jeśli więc zdecydujemy się na pracę w takim środowisku, to chcąc nie chcąc stajemy się takiej kultury częścią i musimy podlegać jej regułom. W naszym kręgu kulturowym, gdzie pojęcie wolności i indywidualizmu, jest mocno zakorzenione, pewne aspekty pracy w japońskiej korporacji mogą powodować dysonans. Ale czy i u nas praca w tego typu organizacjach nie wiąże się z pewnymi zasadami, do których musimy się nagiąć?

"Jesteś sararimanem, najemnikiem, a sarariman jest od wykonywania poleceń, zapamiętywania faktów i wykorzystywania ich w pracy (...) Wyobraźnia nie jest potrzebna, tylko pamięć. (...) I jeszcze niekiedy mocna głowa - dodał. To nie jest jakiś wyjątkowy zawód, właściwie to nie jest w ogóle zawód. To styl życia. Garnitur i białe koszule, praca od rana do wieczora, schylanie karku, posłuszeństwo, lojalność i oddanie. Pensja co miesiąc na konto, którym zarządza żona, wydzielając ci kieszonkowe, premia dwa razy w roku i kredyt na dom. Imprezy firmowe i wyjścia z klientami. Spędzanie z nimi niekiedy więcej czasu niż z rodziną".

Nasz bohater przez kilka lat poznaje tajniki pracy w firmie K. Obserwuje hierarchię wartości, zasady, według których firma funkcjonuje oraz jak traktuje się osoby, które np. postanowiły z organizacji odejść (w domyśle wykazując się rzadko spotykaną brawurą). Z opisów można by wywnioskować, że firma K. jest bezdusznym molochem, w którego trybikach uwięzieni są pracownicy. Jednak wiele zachowań wynika z japońskiej kultury (w tym kultury pracy) i bez ich znajomości umyka nam kontekst, a niektóre zachowania mogą wydać się przerysowane, jak np. ostracyzm pracownika, który postanowił z firmą K. się pożegnać i przez ostatnie swoje dni w biurze był totalnie ignorowany przez wszystkich.Część osób zapewne nie zwracało na niego uwagi, aby nie musieć podejmować trudnego dla nich tematu. Część nie wiedziała, jak inaczej zachować się w stosunku do osoby, które de facto nie była już częścią wielkiej rodziny K. A być może byli i tacy, którzy z małą zazdrością w duchu mu kibicowali i gratulowali tego odważnego kroku.

Książkę czyta się przyjemnie, jednak akcja wciąga tylko trochę. Niektóre tematy są potraktowane jedynie z grubsza, np. sytuacja i rola kobiet w firmie K. A cała narracja pląta się nieco między reportażem a powieścią. Akcja książki wraz ze zbliżaniem się do końca przyspiesza i ostatnie miesiące są przedstawione skrótowo, a właściwie jedynym wydarzeniem, które zapada w pamięć jest trzęsienie ziemi z marca 2011 roku. Nie do końca czytelny był dla mnie sam koniec książki i odniosłam wrażenie, że treść nagle się urywa bez kropki na końcu.

Miałam okazję pracować w Japonii, ale było to arubaito (アルバイト), czyli praca dorywcza, oraz wolontariat, nie znam więc realiów korporacyjnego życia w Japonii z własnego doświadczenia. O sararīmanach (サラリーマン) oraz legendach pracy w japońskich firmach napisano już wiele. Temat karōshi (過労死), zatrudnienia na całe życie czy mniejszych lub większych absurdów związanych z pracą w korporacjach był szeroko eksploatowany. W tym temacie Planeta K. nie wnosi moim zdaniem nic nowego. Dla osób, które nie miały styczności z japońską kulturą Planeta K. na pewno będzie ciekawszą lekturą, niż dla tych czytelników, którzy o Japonii co nieco już wiedzą. I jak to często bywa w przypadku historii z życia wziętych, interesujące jest tutaj subiektywne spojrzenie autora na całą sytuację i firmę K. A czy się z nim zgadzamy, to już zupełnie inna sprawa.

Cyt. za: Piotr Milewski, Planeta K., Warszawa 2020, s. 36.
Cyt. za: Piotr Milewski, Planeta K., Warszawa 2020, s. 111.

czwartek, 11 czerwca 2020

Siruwia, mała namiastka Japonii


Są takie miejsca, które zbieram i zbieram z myślą, że kiedyś w końcu do nich trafię. Nawet w Polsce mam takich japońskich miejsc kilka. Niedawno miałam okazję odwiedzić jedno z nich - japoński ogród Siruwia.

Ogród położony jest w malowniczych okolicznościach przyrody pomiędzy Przesieką i Borowicami. Można dojechać samochodem pod samą bramę (jest parking) lub dostać się tam pieszo przy okazji jakiejś wędrówki na karkonoskim szlaku. Wokół cisza i spokój, więc nie mogliśmy się doczekać przekroczenia bramy ogrodu. Jak można przeczytać w opisie "na powierzchni 1,5 ha znajduje się bogaty zbiór roślin ozdobnych pośród których znajduje się siedem stawów, strumienie oraz 6m wodospad". Jest więc, co robić, a przy wejściu dostajemy dodatkowo informację, że czeka nas ponad 2 km ścieżek. Bilety kupione (27zł za osobę, można płacić kartą, do ogrodu można wejść z psem). No to zaczynamy! 
Pierwsze, co wpada mi w oko po przekroczeniu bramy, to przepiękny klon japoński z czerwonymi liśćmi oraz precyzyjnie uformowany piasek - nie szary czy biały, ale o nieco różowawym zabarwieniu. Już z miejsca, w którym stoimy można zrobić co najmniej kilkanaście przepięknych zdjęć. Pogoda może nie jest idealna, ale słońce przebija się przez chmury, a zieleń jest bardzo intensywna po porannym deszczu.


Drepczemy sobie w tym miejscu, powoli kontemplując widoki, formacje skalne i roślinność. Pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne. Kierujemy się dalej i zgodnie z sugestią zaczynamy spacer idąc w lewo. Po drodze mijamy azalie oraz rododendrony w rozkwicie i docieramy do drewnianej konstrukcji mającej uosabiać (chyba) świątynię. Wchodzimy do środka po drewnianym podeście, z którego rozpościera się widok na ogród. To bardzo fajny zakątek, można się tu zatrzymać na dłuższą chwilę i z przyjemnością sobie posiedzieć i popatrzeć. Tak po prostu.


Na terenie ogrodu znajdują się dwa wodospady. Spokojnie płynący żeński, oraz rozbijający się z impetem męski, ten drugi robi większe wrażenie. Można zejść ścieżką i przejść tuż obok niego. Niedaleko mamy drewniany mostek, z którego również można spojrzeć na ogród. Wszystko tonie w zieleni i kolorach. Można się tu troszkę poczuć jakby było się w Japonii. Troszkę... 




Na kolejnym stawie bardzo fajny drewniany pomost prowadzący wprost do kolekcji bonsai. Na świeżym powietrzu można podziwiać między innymi sosny i azalie japońskie. Niektóre drzewka mają ponad 100 lat i są chlubą kolekcji. Można je również zobaczyć na corocznej wystawie bonsai w Zamku Książ. Drzewka są bardzo ładnie wyeksponowane i to kolejny uroczy zakątek ogrodu.



Niedaleko w jednym z budynków znajduje się małe muzeum, gdzie obejrzeć można autentyczne zbroje samurajskie oraz repliki wykonane przez pana Czesława Zabiegło. Jeśli interesuje Was ten temat, to koniecznie zapoznajcie się z jego zbrojami oraz książką Zbroja japońska. Przygotowana jest także kolekcja lalek kokeshi oraz hina-dan (雛壇), podest z kolekcją lalek hina-ningyō (雛人形).

Tłumów brak, być może dlatego, że byliśmy w ogrodzie w środku tygodnia. Można więc spokojnie wszystko pooglądać, nie spieszyć się i uciec na chwilę od zgiełku codzienności. Na terenie ogrodu znajduje się także kawiarnia, w której serwowana jest japońska herbata, piwo, sake i słodycze. Tym razem nie skorzystaliśmy, ale mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja.


Siruwia ma wiele uroczych zakątków, a z każdej strony ogród prezentuje się wspaniale. Nie jest on w każdym miejscu tak wymuskany, jak wiele ogrodów, w których byłam w Japonii, ale to tylko dodaje mu uroku. Nie znam się za bardzo na sztuce ogrodnictwa, więc nie wiem, czy jest to zamierzony efekt i jeden z wielu japońskich stylów czy tez po prostu tak wyszło. Ogród chyba będzie rozbudowywany, ponieważ w jednej części zauważyliśmy wykopy i nowe formacje skalne. Trzeba będzie kiedyś wrócić. :)