piątek, 26 lipca 2019

Mikimoto, nieco smutna perłowa wyspa


Do miasteczka Toba trafiliśmy poza sezonem. Od razu dało się to odczuć - miejsce to wydało nam się wyludnione, większość knajpek była zamknięta (po obejściu miasteczka zdecydowaliśmy się wrócić do Ise i tam zjeść obiad - w Toba nie udało nam się znaleźć żadnego miejsca poza nieciekawą i drogą restauracją na wyspie Mikimoto...) i generalnie panował trochę przygnębiający nastrój opuszczonego nadmorskiego miasteczka.




Zanim skierowaliśmy się na Mikimoto Pearl Island, czyli słynną perłową wyspę, postanowiliśmy trochę pokręcić się po okolicy. W Toba jakby czas się zatrzymał - włóczyliśmy się wąskimi uliczkami, odkrywając podupadłe biznesy, zmurszałą świątynię i wypatrując ludzi. Było pusto. I na próżno szukaliśmy jakiegoś konbini, co było dla nas niemałym zaskoczeniem biorąc pod uwagę fakt, że wszędzie indziej natykaliśmy się na Family Mart czy 7Eleven niemalże co kilka kroków.


Uwielbiam się tak szwendać i odkrywać nieoczywiste, przyglądać się japońskiej codzienności z dala od turystycznych szlaków. Miasteczko Toba pod tym względem mnie zaciekawiło na tyle, że kiedyś chciałabym do tej jego części wrócić. Na razie jednak postanowiliśmy skierować się z powrotem do portu i naszego głównego celu, czyli Mikimoto Pearl Island. To główna atrakcja i bardzo łatwo do niej trafić. Na wyspę prowadzi zadaszona kładka - przy wejściu należy kupić bilet i droga wolna.


Nie będę opisywać całej historii połowu i hodowli pereł na wyspie oraz sylwetki pana Kokichi Mikimoto - wszystkie te informacje bardzo łatwo znaleźć w internecie, jeśli Was interesują. My wybraliśmy się na wyspę przede wszystkim dla ama (海女), czyli "kobiet morza" i poławiaczek pereł. Pierwsze wzmianki o nich pochodzą z połowy VIII wieku. Tradycyjnie ama nurkowały ubrane jedynie w przepaski biodrowe w poszukiwaniu wodorostów czy skorupiaków. Wspomniany już Kokichi Mikimoto postanowił wykorzystać umiejętności ama do nurkowania i wstrzymania oddechu na długi czas na swoich farmach pereł. Ama szybko zyskały na popularności, zaczęli pojawiać się turyści spoza Japonii i Mikimoto stwierdził, że należy poławiaczki ubrać - tak powstał charakterystyczny biały strój, w którym nurkują do dzisiaj. Więcej o ama przeczytacie tutaj.

 

Codziennie odbywa się kilka pokazów wliczonych w cenę biletu. Mieliśmy jeszcze sporo czasu do demonstracji, więc postanowiliśmy obejść wyspę i wstąpić także do muzeum. Krok po kroku opisana jest tam i ciekawie przedstawiona historia wyspy i hodowli pereł, a także samych ama. W specjalnej sekcji można podziwiać dzieła sztuki powstałe przy użyciu pereł Mikimoto, między innymi model pagody, zamku Himeji czy królewskie korony.


Kilka minut przed rozpoczęciem pokazu, udaliśmy się na zewnątrz. Ama można obserwować ze specjalnego podestu przy nabrzeżu. Poławiaczki pojawiają się o określonej godzinie, ubrane w białe tradycyjne stroje pozdrawiają publikę i właściwie bez większych przygotowań zaczynają połów.





Każda poławiaczka ma przytwierdzony za pomocą sznurka drewniany pojemnik, do którego wrzuca wyłowione ostrygi. Ama noszą też specjalne gogle. I na tym ich ekwipunek się kończy. Przeważnie ama nurkują na głębokość około dziesięciu metrów i wstrzymują oddech nawet na ponad dwie minuty. Pokazy na wyspie Mikimoto mają jedynie przybliżyć tę technikę i są organizowane dla turystów - poniżej króciutki filmik (zrobiony na szybko telefonem, stąd słaba jakość...). W trakcie trwania pokazu z głośników płynie opowieść - po japońsku. Oglądaliśmy ama z zaciekawieniem, ale i z lekkim uczuciem smutku. Być może powodowanym sztucznością całej sytuacji i wrażeniem, że ama sprowadzone zostały jedynie do atrakcji turystycznej...



Na koniec odwiedziliśmy Pearl Plaza, czyli po prostu sklep z perłami. Warto tu zajrzeć i popodziwiać perły i biżuterię, a może nawet skusić się na perełkę lub dwie. Ceny zaczynają się od kilku tysięcy jenów i szybują do setek tysięcy i milionów. Można tu kupić nie tylko perły Mikimoto, które, oczywiście, są najdroższe, ale także tańsze mniej "firmowe" okazy. Mnie się dostało jedną cenną dla mnie perełkę, która w zupełności mi wystarcza. Na pamiątkę. :)





Podsumowując - udało nam się odwiedzić Mikimoto Pearl Island, która od kilku lat znajdowała się na mojej liście "do zobaczenia" i naszą wizytę w Toba na pewno będziemy jeszcze wspominać. Może Mikimoto Pearl Island nas nie zachwyciła, ale same zakamarki Toba już tak. I na pewno będziemy jeszcze zgłębiać temat ama. Jeśli akurat bylibyście w okolicy, to zachęcam, aby tu zajrzeć. Ale żeby się specjalnie fatygować to już nie bardzo... :)

czwartek, 4 lipca 2019

Tokyo Lifestyle Book, czyli o Tokio trochę spoza utartego szlaku


Tokio. 東京
Miasto sprzeczności. Betonowych ulic i ogródków zen na dachach wieżowców. Metropolia mająca swój własny rytm, która według niektórych nigdy nie zasypia. Przestrzeń zamknięta w dwóch znakach kanji

Czasami dostaję pytania typu: co jest lepsze, Tokio czy Kioto? Gdzie spędzić więcej czasu? Które miasto jest bardziej japońskie

Oczywiście, nie mam na te pytania jednoznacznych odpowiedzi. Nie da się jednak ukryć, że Tokio urosło już do miana miasta-ikony i w świadomości wielu osób reprezentuje całą Japonię. Jest miastem-symbolem wymienianym jednym tchem razem z innymi jak Londyn, Paryż czy Nowy Jork. 

Dla mnie Tokio to drugi dom na końcu świata. Mimo że spędziłam w nim łącznie tylko kilka miesięcy uwielbiam tam wracać i zawsze czuję się tam po prostu dobrze. Swojsko.

Takie swoje Tokio opisuje w niedawno wydanej książce Aleksandra Janiec. Tokyo Lifestyle Book to [...] przewodnik nieabsolutny, bardzo osobisty, choć tworzony w zespole, przygotowany po to, by ukazać Tokio z jak najszerszej perspektywy, jak pisze sama autorka. To przewodnik-reportaż, który ukazuje nam mniej wyświechtane oblicze tego miasta, a co ważniejsze oddaje głos również jego mieszkańcom.

Przyznam, że dosyć sceptycznie podchodziłam do tej publikacji - odczuwam niemały przesyt określeniem lifestyle i miałam obawy, że będzie to i może pięknie wydana książka (tu się nie pomyliłam), ale raczej uboga w treść i tendencyjna (tu na całe szczęście nie trafiłam w dziesiątkę).

Zacznijmy więc od formy, która urzeka od pierwszych stron swoją różnorodnością. Mamy tu i odręcznie rysowane mapki, i zdjęcia z Polaroida, i wspaniałe fotografie Kisshomaru Shimamury, a także sporo pustej przestrzeni oraz duże znaki kanji zwiastujące kolejne rozdziały. To wszystko sprawiło, że odkrywałam Tokyo Lifestyle Book strona po stronie z wielką przyjemnością i bez pośpiechu, zwracając uwagę na każdy szczegół. Układ stron książki jest przemyślany i przejrzysty, co sprawia, że czyta się ją lekko, a ilość informacji nie przytłacza. Jedyne, co mnie trochę raziło, to wertykalnie powrzucane ciekawostki, które zaburzały odbiór całości (zarówno pod względem treści, jak i wrażeń wizualnych).

Tokyo Lifestyle Book opisuje Tokio z perspektywy wybranych dzielnic takich jak Asakusa, Ginza czy Roppongi. Każdy rozdział w kilku słowach przedstawia daną część miasta i rozpoczyna się małą mapką z zaznaczonymi atrakcjami. Dostajemy spis godnych polecenia miejsc - głównie związanych z szeroko pojętym designem (muzea, restauracje, sklepy, etc.), są przepisy kulinarne, niezbędnik, w którym autorka zamieszcza informacje np. o popularnych japońskich magazynach czy rodzajach zakwaterowania, oraz wywiady z mieszkańcami opisywanej dzielnicy (są to głównie osoby związane ze sztuką, modą i designem, często studenci Bunka School of Fashion).

"W Tokio kocham najbardziej dziwaczność naszej kultury - sprzeczności między tradycyjnym stylem i tym zachodnim, prostym i barwnym. Tak samo jest w końcu z naszą tradycją i szybko zmieniająca się historią."  
Takemaru, student Bunka School of Fashion

Wywiady (a raczej wypowiedzi) to zdecydowanie moja ulubiona część Tokyo Lifestyle Book. Autorka oddaje głos mieszkańcom Tokio dzięki czemu poznajemy ich spojrzenie na to miasto. Perspektywa localsów zawsze mnie ciekawi, tym bardziej cieszy, że dzięki Tokyo Lifestyle Book możemy więcej się o nich dowiedzieć, ich pasjach i profesjach, a także ulubionych miejscach, w których spędzają czas. I samemu je odwiedzić. Troszkę miałam wrażenie, że wypowiadające się osoby były dosyć powściągliwe w swoich ocenach, a ich sposób wypowiedzi zbyt poukładany. Być może to kwestia zredagowania, być może wciąż silnego w japońskiej kulturze tatemae (建前), czyli "publicznego ja"*.  

W Tokyo Lifestyle Book zawartych jest sporo ogólnych informacji odnoszących się do społeczeństwa i kultury Japonii, między innymi o publicznych łaźniach sentō, kimonach, religii shintō, kuchni, etc. Tematy te potraktowane są jednak w ogólnikowy sposób i mnie osobiście nie do końca pasowały do idei całości. Wolałabym, żeby treść oscylowała wokół głównego wątku designu. Mam więc niedosyt po przeczytaniu tej książki, obyło się również bez większych zaskoczeń, ale całość napisana jest zgrabnie i interesująco, mimo że momentami zbyt pobieżnie (jak dla mnie).

A to, co mnie zainteresowało najbardziej, poza wspomnianymi już wywiadami z tokijczykami, to subiektywne Tokio widziane oczami autorki, która na co dzień obraca się w środowiskach związanych ze sztuką, projektowaniem i modą. A co za tym idzie, mamy wgląd do jej rekomendacji na spędzanie czasu w tym mieście - i nie znajdziemy tutaj tych wszystkich miejsc must see, które opisuje większość przewodników po Tokio.

"Można powiedzieć, że jestem zadowolonym byłym salarymanem. Pracowałem kiedyś w garniturze, jednak nie było to zajęcie dla mnie. Dzisiaj żyję z układania kwiatów." 
Numero, florysta

Przyznam, że nie wszystkie proponowane przez autorkę miejsca znam, a tylko kilka udało mi się odwiedzić. Tym bardziej te wskazówki są dla mnie cenne. Natomiast dla osób, dla których wyjazd do Tokio to po prostu kolejna podróż, dla osób, które zawitają do stolicy na chwilę i po raz pierwszy chcąc poznać kwintesencję tego miasta, Tokyo Lifestyle Book może być świetnym uzupełnieniem, ale raczej nie zastąpi przewodnika bardziej praktycznego.

Zdecydowanie motyw przewodni Tokyo Lifestyle Book, czyli design, sprawia, że jest to publikacja nietuzinkowa na naszym rynku. Dzięki autorce otwierają się przed nami szersze możliwości, aby eksplorować Tokio trochę inaczej. Zejść nieco z utartego szlaku i podążając wskazówkami zawartymi w książce natrafić i odkrywać wspaniałe miejsca, które inaczej łatwo moglibyśmy przegapić albo w ogóle nie zdawać sobie sprawy z ich istnienia. Oczywiście, Tokyo Lifestyle Book nie wyczerpuje tematu design'u/sztuki/mody w Tokio, ale jest świetnym otwarciem. Czekam na więcej. :)

* Więcej w tym temacie do poczytania między innymi tutaj.

(Cyt za: Agnieszka Janiec, Tokyo Lifestyle Book, Kraków 2019, s. 13.)
(Cyt za: Agnieszka Janiec, Tokyo Lifestyle Book, Kraków 2019, s. 92.)
(Cyt za: Agnieszka Janiec, Tokyo Lifestyle Book, Kraków 2019, s. 67.) 

środa, 22 maja 2019

Matsue, (nie)odkryte herbaciane miasto



Kiedy pada hasło "japońska zielona herbata", na myśl przychodzą herbaciane pola Shizuoki i aromaty z Uji. Ostatnimi czasy także Wazuka, moje zielone miejsce na ziemi, staje się coraz bardziej znana. A Matsue i prefektura Shimane? Czy ktoś o nich słyszał? Matsue to przecież jedno z najważniejszych miejsc na mapie kultury herbaty w Japonii. Podobno konsumpcja herbaty jest tutaj na poziomie pięciokrotnie wyższym niż średnia krajowa. Ale odwiedzających tę część Japonii brak. Jest to odczuwalne do tego stopnia, że w samym Matsue niemal wszędzie po okazaniu zagranicznego paszportu dostaniecie nawet 50% zniżkę. To jeden ze sposobów, aby przyciągnąć ludzi i zachęcić ich do odkrywania tego cudownego, jak się okazało, miasta.


Matsue jest przepięknie położone nad jeziorem Shinji 

Przyznam, że moja wiedza na temat tego regionu Japonii była bardzo mała, zanim nie postanowiłam wybrać się tam w zeszłym roku. Podróż z wyspy Naoshima zajęła nam dobrych kilka godzin i do Matsue dotarliśmy już po zmroku. Przed nami były jednak dwa dni, z których jeden poświęciliśmy wyłącznie na eksplorowanie miasta herbacianym szlakiem. Trafiliśmy do Matsue w czasie obchodów dwusetnej rocznicy śmieci lorda Matsudaira Harusato (bardziej znany jako mistrz ceremonii herbacianej Fumai), który zapoczątkował nową drogę herbaty zwaną Fumai-ryū (不昧流). Wszędzie w mieście natykaliśmy się na informacje z tym związane w postaci plakatów, ogłoszeń, a nawet chusteczek higienicznych z reklamą różnych wydarzeń. Więcej informacji tutaj.



Dzień chcieliśmy rozpocząć od czarki zielonej herbaty, dlatego z samego rana wybraliśmy się do Meimei-an (明々庵), herbacianego domku z II połowy XVIII wieku. To w tym miejscu lord Fumai celebrował picie zielonej herbaty i zapraszał na ceremonie herbaciane. Meimei-an mieści się niedaleko zamku, w urokliwym miejscu na wzgórzu Akayama, na które prowadzą ukryte w zaroślach  schody. 



Meimei-an można podziwiać tylko z zewnątrz, jednak konstrukcja budynku pozwala nam zajrzeć do środka. Proste wnętrza wyłożone tatami uosabiają spokój i skupienie towarzyszące ceremoniom herbacianym. Meimei-an otacza skromna, ale bardzo zadbana, przestrzeń z zagrabionym piaskiem, kamieniami i roślinami. 


Aby wejść na teren Meimei-an, należy kupić bilet w budynku obok, Akayama Sado Kaikan, gdzie również mamy możliwość napicia się herbaty przygotowanej w taki sam sposób, jak robił to lord Fumai. Mimo że było jeszcze za wcześnie, pozwolono nam wejść i przygotowano dla nas czarkę matcha oraz tradycyjne słodycze, z których również słynie Matsue.




Starsza pani, która podawała nam herbatę, wprowadziła nas w świat japońskich wagashi oraz herbaty z Matsue. Niestety, nasze zrozumienie było nikłe z powodu słabej znajomości języka - z naszej strony japońskiego, z pani strony zupełnego braku znajomości angielskiego. Na czas konsumpcji zostaliśmy w pokoju herbacianym zupełnie sami, aby w spokoju delektować się herbatą i podziwiać Meimei-an. Matcha à la Fumai nie będzie należała do moich ulubionych, była dosyć cierpka w smaku, ale dzięki temu słodycze wydały nam się jeszcze słodsze. Z niechęcią opuściliśmy to miejsce... 

Ale tuż za rogiem, chciałoby się napisać, bo nie jest to do końca prawda, nadarzyła się kolejna okazja na czarkę matcha. I to w nie byle jakim miejscu! 


Zupełnie przypadkiem trafiliśmy bowiem do sklepu z herbatą jednej z najznamienitszych rodzin w Japonii, państwa Nakamura, których przodek założył firmę Nakamura Chaho w 1884 roku, wynalazł elektryczny młynek do mielenia liści na herbatę matcha i od tamtej pory rodzina zajmuje się właśnie tym. Przed sklepem zauważyliśmy informację, której nie można było pominąć: "You can drink matcha free of charge"! 

W środku zostaliśmy powitani od progu i poczęstowani czarką matcha własnego wyrobu. Gawędziliśmy o zielonej herbacie i naszym pobycie w Japonii, a właściciele ogromnie ucieszeni naszym uwielbieniem dla matcha, postanowili odkryć przed nami tajemnice sklepu. Bo okazało się, że to nie taki zwykły sklep.


Zostaliśmy zaproszeni na zaplecze, które stanowiło mały dziedziniec z drzewkami i... pawilonem herbacianym! Okazało się, że regularnie odbywają się tutaj ceremonie herbaciane oraz warsztaty. I nie był to koniec niespodzianek. Zostaliśmy poprowadzeni jeszcze dalej w głąb zabudowań do części sklepu, która nie była otwarta dla wszystkich. Szybko zorientowaliśmy się dlaczego. Całe pomieszczenie było wypełnione utensyliami do ceremonii herbacianej - w tym czarkami za pół miliona jenów. Niesamowite i stresujące doświadczenie być tak blisko takich dzieł sztuki. Z lekkim smutkiem opuściliśmy to miejsce, oczywiście, zaopatrzywszy się w opakowanie matcha Nakamura Chaho. 



Już bardzo "namatchowani" spacerowaliśmy po mieście i gdyby tylko chcieć, kolejne okazje na czarkę herbaty pojawiały się co chwilę. Już prawie wsiadaliśmy na łódź, aby przepłynąć się zamkową fosą, oczywiście, z czarką matcha w dłoni. Postanowiliśmy jednak zrezygnować i spróbować dotrzeć jeszcze na koniec dnia na wystawę w Muzeum Sztuki Shimane poświęconą ceremonii herbacianej. Udało nam się zobaczyć misternie wykonane utensylia i kaligrafie - kupiliśmy nawet katalog z wystawy, mimo że wydany został tylko po japońsku, bo zawierał zdjęcia wszystkich przedstawionych na wystawie przedmiotów. 




W muzealnym sklepie mnóstwo było kuszących przedmiotów i książek. Odkryłam tam między innymi markę Matsue Chatte, która produkuje pędzle chasen z tworzywa sztucznego. Nie jestem do końca przekonana do tego pomysłu i traktuję go raczej jako ciekawostkę, ale także przykład tego, jak stare łączy się z nowym. I trzeba przyznać, że ich zestawy do matcha latte są bardzo kawaii. :)

Jeśli będziecie kiedyś mieli możliwość odwiedzić Matsue, to nie wahajcie się ani chwili. Warto tam wpaść chociażby tylko na czarkę zielonej herbaty. A może nawet zostać na dłużej...

niedziela, 5 maja 2019

Dziewczyna z konbini, czyli życie nie ma instrukcji obsługi


Każde konbini* jest małym światem samym w sobie. Pracującym bez ustanku. Światem, który nigdy nie zasypia, nie zwalnia, rozbrzmiewa muzyką i wabi kolorami. Będąc w Japonii chyba nie ma szans, żeby chociaż raz nie wejść do tego świata. Ja bywam tam dosyć często. I zawsze jestem pod wrażeniem przede wszystkim obsługi - kupowałam w konbini dziesiątki, jeśli nie setki razy, i nigdy, ale to NIGDY, nie zdarzyło mi się, aby ktoś był nieuprzejmy, pomylił się albo nie chciał pomóc. 

"Ciekawie było patrzeć, jak różni ludzie - studenci, chłopak grający w zespole, mężczyźni bez stałego zatrudnienia, gospodynie domowe, licealiści ze szkół wieczorowych - są przekształcani w jednakowe stworzenia zwane ekspedientami."

Konbini są w Japonii tysiące. Najpopularniejsze sieci to Lawson, 7Eleven czy Family Mart. Są niemal na każdym rogu, a klientów nie brakuje. Mimo to konkurencja nie śpi i konbini również muszą zaskakiwać swoich klientów - czymś więcej niż promocjami i loteriami przy kasie. Ostatnio gdzieś czytałam, że sklepy sieci Lawson wprowadzają nawet sprzedaż książek. W takim oto mikro świecie akcję swojej książki Dziewczyna z konbini umieściła Sayaka Murata.

Z pozoru nasza główna bohaterka Keiko Furukura jest zwykłą japońską dziewczyną/kobietą pracującą w konbini. Oddaną swojej pracy i zawsze chętnie służącą pomocą. A jednak w oczach ludzi wokół wydaje się być nieco dziwną i nieprzystosowaną. Bo kto w wieku 36 lat nadal pracuje dorywczo? Nie ma męża, chłopaka, dzieci? Dla Keiko to stan naturalny, w którym jest jej dobrze, ale dla poukładanego społeczeństwa wychodzi poza normę, wystaje, jak gwóźdź, który należy wbić (przysłowie japońskie). Dlatego Keiko udaje. Udaje bycie normalną - w rozumieniu ogółu. Naśladuje gesty, ton głosu odpowiednie do danych sytuacji. Przeistacza się jak kameleon, by się dostosować. Dla świętego spokoju.

"Krótko po rozpoczęciu pracy w sklepie odkryłam, że ludzie są szczęśliwi, kiedy ktoś złości się z tego samego powodu, co oni. Wystarczyło wyczuć, kiedy ktoś narzeka [...] rodziła się wtedy dziwna solidarność, a inni cieszyli się z mojej złości. [...] Świetnie mi wyszło bycie człowiekiem."

Presja społeczna, aby się dostosować i żyć, jak wszyscy, jest ogromna. A wyznacznikiem normalności zdaje się być jedynie kariera oraz posiadanie partnera (i dzieci). Keiko jest tolerowanym, ale jednak dziwadłem, i niejednokrotnie musi uciekać się do kłamstwa, aby przetrwać nagonkę znajomych, rodziny, a nawet obcych sobie ludzi. Ukojenie zdaje się znajdować jedynie w dobrze sobie znanym świecie konbini.

"Zwykle o tej porze wzięłabym się za przygotowywania do następnego dnia pracy - zjadłabym karmę i poszła spać. Moje ciało należało do konbini także wtedy, gdy nie pracowałam. Teraz nie wiedziałam, co ze sobą zrobić."

Kiedy Keiko przestaje pracować w konbini, nie potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji. Zastanawia się, czy znajdzie się dla niej miejsce, gdzie indziej. Bezustannie wraca myślami do swoich codziennych obowiązków w konbini, śni o tym miejscu, to swoista symbioza. Wydaje się, że rzeczywistość poza konbini nie ma dla niej większego znaczenia. Zmieniła swoją sytuację, aby być normalniejszą w oczach społeczeństwa, ale nie dla siebie. Słuszność tej decyzji zdają się potwierdzać wszyscy naokoło - gratulują pójścia krok na przód i trzymają kciuki. Jednak Keiko nie czuje się w nowej roli dobrze.

W swoim rozumieniu i dosłownym odbieraniu świata Keiko jest "zwierzęciem konbini" i to w tym środowisku czuje się naturalnie, bezpiecznie i pewnie. Nic dziwnego, ze jej historia zatacza małe koło i Keiko zdaje sobie sprawę, że poza konbini nie istnieje. To świat który zna i który rządzi się regułami dla niej jasnymi i akceptowanymi także przez innych. Słyszę głos konbini, mówi w pewnym momencie Keiko.

Dziewczyna z konbini porusza takie tematy jak społeczna alienacja i nieprzystosowanie. Zadaje pytanie o bycie sobą i bycie wiernym sobie wbrew presji i oczekiwań społecznych. I moim zdaniem ma wymiar uniwersalny - niekoniecznie odnosi się jedynie do społeczeństwa japońskiego. Chociaż na jego tle faktycznie taka postawa wyraźniej może kontrastować. 

Ta niepozorna objętościowo książka ma w sobie olbrzymi ładunek treści i emocji, a podążanie za głosem bohaterki jest fascynujące. Nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić Was do sięgnięcia po Dziewczynę z konbini. Nie będziecie żałować.
Irasshaimase!
 
Autorka książki w jednym z japońskich konbini (zdjęcie stąd.)


*Konbini (z ang. convenience stores) to całodobowe sklepy oferujące szeroki asortyment - kupimy tu nie tylko kawę na wynos, onigiri czy bento boxy, ale mnóstwo innych artykułów spożywczych, napoi, sezonowe produkty, artykuły pierwszej potrzeby, słodycze i alkohol oraz wiele, wiele innych. W niektórych konbini nadamy również paczkę, wyślemy swój bagaż do hotelu i kupimy bilety na różne wydarzenia. Nie wspominając nawet o bankomatach, które najpewniej znajdziecie właśnie tam, możliwości wydruku zdjęć czy skopiowania dokumentów. W konbini zwykle działa również wi-fi i jest toaleta. Ceny są niskie, obsługa na najwyższym poziomie, a ponadto wiele rzeczy, które kupujemy, możemy od razu podgrzać i zabrać ze sobą lub skonsumować na miejscu.


(Cyt. za Sayaka Murata, Dziewczyna z konbini, Kraków 2019, s.18.)
(Cyt. za Sayaka Murata, Dziewczyna z konbini, Kraków 2019, s.31.) 
(Cyt. za Sayaka Murata, Dziewczyna z konbini, Kraków 2019, s.127.) 

wtorek, 26 marca 2019

Futaminoura, miejsce na końcu świata


Tak naprawdę wcale nie na końcu świata. Tak naprawdę w regionie, który (w sezonie) jest tłumnie odwiedzany przez turystów z i spoza Japonii. Ale poza sezonem, miejsce to przypomina nadmorskie miasteczko, w którym czas się zatrzymał i nie chce ruszyć... Nie licząc wzburzonego morza, jest cicho i nieco niepokojąco. Przechodzimy obok opuszczonych pensjonatów, nie mija nas nikt i mamy wrażenie, że coś tu jest nie tak...

Bo w Futaminourze nie ma prawie nic. Owszem, jest piękna plaża, jest jeden z najbardziej znanych widoków Japonii - dwie połączone liną skały symbolizujące małżeństwo Meoto Iwa (夫婦岩), jest nawet park rozrywki całkiem niedaleko. Ale w samej Futaminourze wydawałoby się nie ma nic. My jednak odnaleźliśmy tam wiele dla siebie. Ciszę i spokój, szum morza i ciągnące się plaże. Takiego miejsca szukaliśmy, żeby uciec od zgiełku Tokio i przed tajfunem, który deptał nam po piętach.


Większość odwiedzających Futaminourę (szczególnie poza sezonem) wpada tu na jeden dzień i składa wizytę w chramie Futami-Okitama ze słynnymi poślubionymi skałami. Chram jest malowniczo położony nad samym morzem, którego fale rozbijają się o Meoto Iwa, męża i żonę, których święta lina shimenawa ponoć połączyła już w XIV wieku. Lina jest wymieniana trzykrotnie w ciągu roku podczas specjalnej ceremonii. Już na stacji kolejowej przekraczamy ogromną bramę torii, która wyznacza początek ścieżki prowadzącej do Futami-Okitama.




Chram powstał w miejsce malutkiego zabudowania i obecna konstrukcja wykonana jest z betonu. Budynek bywa od czasu do czasu zalewany przez morskie fale, które rozbijają się co rusz o wybrzeże. Na terenie Futami-Okitama panuje niezwykła atmosfera potęgowana jeszcze szumem morza. Podczas naszego pobytu w chramie była tam dosłownie garstka osób, więc każdy mógł w spokoju podziwiać (i obfotografowywać) Meoto Iwa. 



Jako ciekawostkę dodam, że cały teren chramu naszpikowany jest wizerunkami żab. Kamienne posągi wyłaniają się z wody, pilnują głównego wejścia, można je kupić w formie omamori (talizmanu). Skąd zatem to uwielbienie dla żab? Jedna z legend mówi o tym, że żaba była ofiarą dla smoka, który zamieszkiwał dawniej zatokę Futami. Żaba symbolizuje również postęp, patrzenie w przyszłość uosabiając hasło "idź do przodu!". Poza tym żaba po japońsku to kaeru - tak samo brzmi czasownik oznaczający "powracać, wracać". Przyjeżdża się tu modlić o szczęśliwy powrót najbliższych, ale i o powrót... pieniędzy do portfela.


W Futaminourze spędziliśmy dwa zupełnie różne dni. Pierwszy wietrzny, z deszczem zwiastującym nadciągający tajfun i wzburzonym morzem. Drugi - spokojniejszy, z pięknym zachodem słońca i leniwymi falami uderzającymi o brzeg. Oba jednak cudowne, także ze względu na miejsce, w którym się zatrzymaliśmy. Poka Poka Village to przede wszystkim cudowny właściciel, który sam prowadzi to sporych rozmiarów miejsce, doradzi i pomoże a rano zaserwuje śniadanie. Pokoje urządzone są w tradycyjnym stylu, do plaży są dosłownie dwa kroki, więc czego chcieć więcej?

Ostatni wieczór spędziliśmy na plaży czekając na zachód słońca. Ponoć czasami widać stąd nawet Fuji... Nie mieliśmy tyle szczęścia, ale widoki i kolory nieba w zupełności nam to wynagrodziły. Te kilka godzin na plaży jeszcze bardziej pozwoliły nam docenić Futaminourę, do której na pewno będziemy chcieli wrócić.




I z takimi widokami Was zostawiam... 💗💗💗