niedziela, 18 września 2016

Japoński dzień we Wrocławiu


Ostatnio we Wrocławiu i okolicach dzieje się tyle japońskiego, że zaczyna brakować czas na wszystko. Tylko dzisiaj w moim kalendarzu aż trzy wydarzenia, których nie chciałam opuścić. Ciężko byłoby z któregokolwiek punktu zrezygnować. Postanowiłam więc "zaliczyć" wszystkie trzy. :) Dzielnie towarzyszyła mi K. z Japonii Pełną Chochlą, z którą spędziłam cudowny dzień. :)


Nasz japoński dzień zaczęłyśmy od seansu Tonari no Totoro w Kinie Nowe Horyzonty, gdzie wyświetlano tę animację w ramach 3. Festiwalu Filmowego Kino Dzieci. Sala wypełniona była rodzicami z dziećmi, dostrzegłyśmy również rodziny japońskie i zaczęło nas nurtować pytanie: czy to będzie dubbing? A może napisy? Okazało się, że seans był z lektorem, więc można było momentami wyłapać także język japoński. Komentarze dzieci były bezcenne - od "Ja się boję" powtórzone za naszymi plecami dobre kilka razy, po "Gruby ten Totoro" i "Przepiękneee". Było to ciekawie doświadczenie oglądać Totoro w takim gronie, a po wybuchach śmiechu na sali stwierdzić można, że chyba się podobało. Nasz sąsiad Totoro to animacja bardzo bliska memu sercu i chyba nigdy nie znudzi mi się jej oglądanie. Szczególnie na dużym ekranie. I jakoś tak od razu lepiej nam się zrobiło po seansie. Totoro rządzi! :)


Po kinowych emocjach wybrałyśmy się do Leśnicy na herbaciane spotkanie Czaisz? Droga herbaty do Europy.


W programie spotkania były ciekawe prelekcje herbacianych znawców, możliwość spróbowania różnych gatunków herbaty oraz spotkania interesujących osób z herbacianego świata.


Herbata dla każdego :)




Chińskie herbaty od The Tea

Niesamowite czarki z kamienia prosto z miasta Michała Anioła

Najbardziej ciekawa byłam jednak nie herbaty tym razem a ... piwa! Ale nie byle lepszego piwa, ale trunku spod znaku Fabrica Rara o wdzięcznej nazwie HAIKU. Witbier z prażoną herbatą Hōjicha prosto z Uji, którą zapewniła wrocławska Czajownia. Planujemy już razem z K. spotkanie degustacyjne. Jeszcze raz wielkie podziękowania dla Piotrka z wrocławskiej Czajowni za udostępnienie nam butelki!!! :)

 Piotrek z Czaisz? Czajownia Wrocław z dumą prezentuje HAIKU


Udało nam się również zamienić kilka słów i wymienić opowiastki japońskie z panem Hisashi Miyatą, który zajmuje się produkcją sake i jest założycielem oraz dyrektorem International Sake Federation. Pan Miyata opowiedział nam trochę o sake, jej produkcji oraz podzielił się planami warsztatów, które może już niedługo uda się we Wrocławiu zorganizować. Jak zwykle na herbacianych spotkaniach nie mogło zabraknąć pana Roberta Tomczyka (po prawej) oraz Kuby Boskiego z restauracji Sushi Corner (po lewej).  Niestety nie udało mi się porozmawiać z Joanną Bożek, która prowadzi bloga O herbacie i jest założycielką Wrocławskiego Towarzystwa Herbacianego, ale może jeszcze będzie kiedyś okazja. Przy herbacie. :) 


Z Leśnicy popędziłyśmy prosto na  wrocławską Wyspę Słodową, gdzie odbywał się NAMI Airando 2016. W programie przewidziano mnóstwo atrakcji - między innymi możliwość przymierzenia kimona, pokazy sztuk walki, pokaz bonsai czy pantomimy w wykonaniu Yumi Sato.


 Pokaz walki Grupy Eventowej Kabuto


Śliczności od So Cute

              Yumi Sato przygotowuje się do występu.           Słodziak o wdzięcznym japońskim imieniu Tokei

Z dzisiejszych fantów jesteśmy obie z K. bardzo kontent. Nie mogłyśmy się oprzeć torbie z BatTotoro od Maginarium (K. zakupiła również piórniko-kosmetyczkę Totoro - czekam na foto całej Totorowej kolekcji!) oraz bezcenna butelka HAIKU! Do zobaczenia na kolejnym NAMI Airando za rok! :)


piątek, 9 września 2016

TIFF Festiwal po japońsku



"Nieustannie towarzyszy nam idea zgłębiania i przeżywania fotografii na nowo."

Dzięki uprzejmości organizatorów TIFF Festival miałam w tym roku (i nadal mam, bo festiwal trwa do 11 września) okazję uczestniczyć w tym małym świecie fotografii nie tylko jako widz, ale i swoisty narrator mający za zadanie opowiedzieć Wam, Drodzy Czytelnicy, o tym wydarzeniu. "Rivers&Roads, hasło przewodnie tej edycji, od razu przypadło mi do gustu. Wiadomo - podróże, odkrywanie, włóczęga, "wyprawy wyobrażone". Wszystko to jest mi bliskie i stanowi niejako mój mały sens. I chodzi mi o wszystkie podróże - te małe, mniejsze i te duże, te realne, mniej realne, w głowie i palcem po mapie też. 


Tegoroczna edycja przyciągnęła mnie głównie dwoma japońskimi wydarzeniami. 


"Wszyscy robimy zdjęcia."

Munemasa Takahashii był jednym z wielu wolontariuszy, którzy postanowili gromadzić odnalezione zdjecia na terenach dotkniętych katastrofą elektrowni Fukushima, a konkretnie w mieście Yamamoto. Zdjęcia miały być oczyszczone i oddane właścicielom. Nie wszystkie jednak dąło się odratować. Z tych właśnie fotografii nie do odtworzenia powstał projekt Lost&Found. Postanowiono je wystawić we wrocławskim Muzeum Sztuki Współczesnej, w Bunkrze na Placu Strzegomskim. 



Moim zdaniem był to strzał w dziesiątkę - juz samo miejsce idealnie współgrało z historią pokazywanych zdjeć. Spędziłam troche czasu przypatrując sie tym strzępkom normalnego życia, które udąło sie uchwycić na fotografiach. Zarys sukni panny młodej, rodzinny portret, scenki mniej i bardziej szczególne z codziennego życia. Wspomnienia. Wystawa mocno wbija się w pamięć, uświadamia, że oglądamy momenty życia osób, których może już nie być wśród nas. Skrawki tego, co zostało w pamięci.





"Kontakt z naturą, banalne siedzenie pod drzewem, poczucie, że jest się elementem czegoś większego, spokój, który z tego wynika – to wszystko jest równie niemniej istotne."

Wcześniej nie słyszałam o projekcie European Eyes on Japan, którego organizatorem jest EU-Japan Fest Japan Committee. Bardzo spodobała mi się idea mu przyświecająca. Każdego roku wybieranych jest dwóch przedstawicieli fotograficznego świata europejskiego, którzy jadą do Japonii, aby fotografować japońską codziennosść. Jako że własnie ta zwyczajna szara codzienność najbardziej mnie interesuje, byłam bardzo ciekawa efektu końcowego osiemnastej edycji projektu, w którym udział wzięli Łukasz Rusznica z Wrocławia (projekt Czasem granica jest cienka) oraz Jon Cazenave z San Sebastian (projekt Omaji). 


Bardzo spodobały mi się prace prezentowane w Galerii Studio BWA. Wnętrza świetnie uwydatniały fotografie - jedyny problem stanowiło odbijajace się w nich światło, co troche zaburzało podziwianie zdjęć.


Zachwyciły mnie prace wykonane na japońskim papierze (washi), które od razu skojarzyły mi się z farbowaniem indygo. Ciekawy pomysł, tekstura i kolory, które przywołują na myśl świat japońskich tradycji. 




Mój wzrok przykuły również portrety i żałuję, że nie można było poznać historii osób, które zostały uwiecznione na fotografiach. 


Generlanie cała wystawa jest schludna, innego słowa nie potrafię użyć, aby oddało moje wrażenie, i jak dla mnie japońska, w tym sensie, że ujecia oraz kolorystka bardzo współgra z moim wyobrażeniem tego kraju, jego kultury i ludzi. Nieco stereotypowym, ale estetyka tej wystawy bardzo przypadła mi do gustu. :) 



Czekam już na kolejną edycję festiwalu. Będę również śledzić dalsze losy projektu European Eyes on Japan. A tymczasem już w niedzielę ostatnie kuratorskie oprowadzanie po wystawie. Polecam się wybrać! :) 

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Temari sushi i gomashio, czyli nowe słowa i smaki w kuchni


Lubię sushi. I chyba wszyscy o tym wiedzą. Dosyć często robię je sama w domu. Czasami na szybko, mało poprawnie, ale zawsze smacznie wychodzi. Zwykle mam pod ręką trochę ryżu, nori i wasabi. A i dodatki jakieś się znajdą. Tym razem również miało być prosto i szybko - wędzony łosoś i awokado jak składniki podstawowe. Zapomniałam zupełnie o wypełniaczu, czyli sałacie, szpinaku lub serku, ale i tak wyszło. :)


A w związku z tym, że o wypełniaczu mi się zapomniało, postanowiłam pierwszy raz podejść do tematu temari sushi (手まり). Dosłownie nazwa ta oznacza sushi w kształcie kuli/piłki i odnosi się do dekoracyjnych kul (temari), które służyły także jako zabawki. Wykonywano je między innymi z materiałów po starych kimonach, więc kule prezentowały się bardzo pięknie. Niejednokrotnie były to małe dzieła sztuki. Zwykle zestawy temari sushi są więc bardzo kolorowe i składają się z najróżniejszych składników, aby wyglądały atrakcyjnie. Aż ślinka leci. :) 



Szybki sposób formowania kulek podpatrzyłam na filmiku powyżej. Moje temari sushi nie były aż tak fikuśne tym razem. Za składniki posłużył mi wędzony łosoś, awokado, świeża pietruszka oraz domowej roboty gomashio. 


Gomashio (ごま塩) to sól sezamowa, która służy jak przyprawa i można jej używać praktycznie do wszystkiego. Postanowiłam zastąpić nią furikake do ryżu, a tym samym nie doprawiać już ryżu do sushi niczym innym. Zwykle soli dodaje się więcej, skoro nazwa tej przyprawy to sól..., ale tym razem była mniejsza ilość soli plus siemię lniane. Wyszło więc coś pomiędzy gomashio a furikake. :) 

Co potrzebujemy:

biały sezam
siemię lniane
sól morska lub gruboziarnista

Co robimy:

Na rozgrzaną suchą patelnię wrzucamy sól i chwilę prażymy, Następnie dodajemy sezam i siemię lniane. Wszystko razem prażymy na patelni ciągle mieszając. Po jakimś kwadransie gomashio mamy gotowe. 


Świeżo ugotowany ryż zmieszałam z gomashio, które doskonale się sprawdziło zamiast zaprawy lub furikake. Zrobiłam kilka temari sushi z wędzonym łososiem i z awokado oraz kilka rolek z tymi samymi składnikami. Do tego wasabi i sos sojowy oraz zielona herbata w kubeczku. Itadakimasu!