niedziela, 7 stycznia 2018

Nabe, po prostu jest smaczne


Kiedy jesienna i ponura niby zima za oknem, nie ma nic lepszego niż pyszne jedzenie na poprawę nastroju. A najlepsze dania na taki dzień to buchające od gorąca japońskie nabemono (なべ物) i donburi (). Nabemono (z japońskiego nabe, czyli "garnek", oraz mono, czyli "rzecz"), inaczej nabe, to potrawa przygotowywana w specjalnym naczyniu (hinabe), z którego jedzą wszyscy uczestnicy posiłku. Według japońskiej tradycji takie spożywanie nabemono ma zacieśniać więzy między ludźmi. Z kolei donburi (z japońskiego "miska") to danie sładajace się z ryżu i mięsa, ryb i/lub warzyw oraz specjalnego sosu. To jedno z moich ulubionych japońskich dań, więc kiedy okazało się, że w moim Wrocławiu powstało Nabe, nie mogłam się doczekać odwiedzin.


Miałam to szczęście, że zostałam zaproszona nie nieoficjalne otwarcie Nabe, podczas którego mogłam spróbować prawie wszystkich dań, które miały znaleźć się w karcie. Byłam zachwycona nie tylko wnętrzem, pięknym podaniem potraw, pomysłowością i sposobami połączenia smaków, ale także tym, że poza sushi zobaczyłam na liście właśnie nabemono i donburi. Jakiś czas później ponownie dowiedziałam Nabe - tym razem w ramach kolacji połączonej z degustacją herbat mistrza Takady. Wieczór był pełen zaskakujących połączeń, które idealnie współgrały z podawanymi herbatami. Ponownie wszystko smakowało obłędnie!



Mając w głowie te wspaniałe smakowe wspomnienia, postanowiłam nowy rok zacząć właśnie w Nabe. I w pełni posmakować moich ulubionych dań. Zanim jednak przejdę do menu muszę zaznaczyć, że Nabe jest nie tylko smacznym, ale i pięknie wymyślonym miejscem. Dobór kolorów i materiałów, nienachalne akcenty japońskie, cała przestrzeń jest wprost idealna - przytulna, a jednocześnie elegancka. Chce się wracać! :)


Jeszcze jedna uwaga, zanim będzie o jedzeniu. Jeśli śledzicie bloga, to pewnie zauważyliście, Drodzy Czytelnicy, że w miejscach, które podają japońskie jedzenie, zawsze brakuje mi oshibori (おしぼり). Tego małego wydawałoby się niewartego uwagi elementu, który jednak dla mnie dopełnia całość. I tu Nabe nie tylko nie rozczarowuje, ale wręcz kolejny raz mile zaskakuje. Bo oshibori w Nabe to nie tylko gorące ręczniki, ale specjalne gorące ręczniki podawane w formie pęczniejących pod wpływem wody krążków. Magia! :)


Po tej krótkiej zabawie przechodzimy do meritum. Dostaliśmy czekadełko w postaci glonów wakame, a na przystawkę zdecydowaliśmy się na atheriny, czyli malutkie rybki smażone w całości i podawane z majonezem wasabi. Spora porcja idealna na pierwszy głód.


Zamówiliśmy również herbaty, które dostarczane są przez wrocławską Czajownię. Zdecydowaliśmy się na dwie: zielona herbatę z prażonym ryżem (genmaicha) oraz jedną z moich ulubionych herbat z liści wiśni (sakuracha). I tu kolejna miła niespodzianka. Herbatę parzymy sobie sami! Dostajemy zestaw z termosem, glinianą czarką, w której zalewamy herbatę, czarką, podstawką oraz mini klepsydrą do odmierzania czasu parzenia. Bez obaw, nawet jeśli nie wiecie, jak się do tego wszystkiego zabrać, obsługa wytłumaczy co i jak. :)


 

Zamówiliśmy dwa główne dania. Dla siebie wybrałam katsudon, czyli donburi z kotletem w panierce i jajkiem. I tu kolejny raz mamy okazję się pobawić. Dostajemy sos oraz moździerz, w którym ucieramy sezam, a następnie łączymy go z sosem i dodajemy do michy.



A micha pełna po brzegi. Ogromny kotlet w panierce z prażonymi orzechami, z kapustą, ogórkiem i jajkiem na ryżu. Porcja jak dla mnie nie-do-przejedzenia. Donburi pyszne i sycące. Na pewno wypróbuję jeszcze kiedyś i pozostałe rodzaje.



K. pokusił się na sakana nabe, czyli nabe z owocami morza (między innymi z kalmarami, krewetkami), łososiem, warzywami i makaronem udon. Na specjalnym palniku ustawiono naczynie już wypełnione składnikami, które należało gotować przez kilka minut. Następnie porcja makaronu i część składników lądowało w miseczce i już można było konsumować.



Po takich pysznościach mieliśmy brzuchy pełne. Żałowałam, bo miałam w planach jeszcze czekoladowy foundat matcha. Miałam już okazję go spróbować i przyznaję, że mimo, że smak matcha był tylko trochę wyczuwalny, idealnie zgrywał się z czekoladą, która dosłownie rozpływała się w ustach. No cóż, trzeba będzie do Nabe wrócić. I to szybko. :)



Podsumowując, była to kolejna bardzo udana wizyta. Uważam, że Nabe to jedna z najlepszych restauracji, gdzie dane mi było jeść po japońsku. Właściwie jedynym mankamentem tego miejsca jest jego lokalizacja - zdecydowanie zbyt odległa ode mnie. :) Zapraszam do Nabe!

piątek, 29 grudnia 2017

Zupa na koniec roku i nie tylko!



Jako że ostatnio z japońskich produkcji ciągle oglądam te o tematyce kulinarnej, ostatni post w tym roku nie może być inny. Tym razem szybka i prosta zupa, która gotuję, jak nie mam pomysłu na inny posiłek. Mam w głowie różne jej wariacje, ale podstawą jest zawsze wywar mojego pomysłu. Oparty na dashi. Ostatnimi czasy używam dokładnie tego poniżej:

 

Nie jest bardzo aromatyczne, dlatego, zawsze używam dwóch saszetek, aby wzmocnić smak.  Ty razem użyłam również makaronu z zielonej herbaty, który dorwałam w koreańskim sklepie. Dodał ładnego koloru całości.



Co potrzebujemy:

granulowane dashi (2-3 łyżki)
sos sojowy
cukier brązowy
wiązka makaronu z zielonej herbaty
tofu
marchewka
czarny sezam
sprasowane wodorosty nori

Co robimy:

Do garnka wlewamy 5 szklanek wody, dodajemy łyżkę sosu sojowego, dashi oraz łyżeczkę brązowego cukru. Gotujemy. W między czasie kroimy marchewkę oraz tofu w kostkę. Kiedy wywar się zagotuje, dodajemy pozostałe składniki oraz makaron i gotujemy około 10-15minut (aż marchewka zmięknie).  Dodajemy czarny sezam oraz nori pokrojone w paseczki. I gotowe!




Zupa robi się praktycznie sama, jest bardzo pożywna i rozgrzewająca (czasami dodaję do niej świeżego imbiru). Idealna na szybki i smaczny obiad (także przed sylwestrową zabawą ;) ). Smacznego! :)

niedziela, 3 grudnia 2017

Samurai Gourmet, aż chce się jeść!


Kiedy 60-letni Takeshi Kasumi przechodzi na emeryturę, o której zresztą zupełnie zapomniał, zaczyna nowy rozdział w swoim życiu pełen kulinarnych doznań. Postanawia spędzać swój wolny czas na odwiedzaniu różnych restauracji i ... jedzeniu. Jako salaryman nie miał nigdy czasu na spożywanie posiłków w skupieniu i delektowaniu się ich smakiem. Teraz postanawia to zmienić i całkowicie oddaje się swojej nowej pasji.


Samurai Gourmet to druga kulinarna seria Netflixa, którą obejrzałam - pierwszą była Midnight Dinner. Podobało mi się, bo Japonia, bo jedzenie, które uwielbiam, a po każdym odcinku takie moje własne coś natsukashii. :) Akcja dzieje się nieco leniwie, sposób opowiadania jest stonowany i zilustrowany tandetną japońską muzyką. Całość jednak jest miła dla oka aż ślinka leci. :) Trudno było nie polubić głównego bohatera, nieco niezdarnego w pierwszych chwilach wolności od codziennej pracy. Takeshi-san szybko jednak przyzwyczaja się do nowej sytuacji i korzysta z niej na całego wypełniając sobie czas smakowaniem rozmaitych dań i poznawaniem nowych kulinarnych miejsc.


A gdzie w tym wszystkim samuraj? Okazuje się, że to głos wewnętrzny Takeshiego, który zachęca go do podejmowania kroków, na które sam kiedyś by się nie doważył, np. zamówienie i wypicie piwa w środku dnia czy wybranie się na samotną wycieczkę nad morze. Samurajskie alter ego bohatera jest nieco nieokrzesane, krnąbrne i wymykające się społecznym konwenansom. Dzięki niemu Takeshi poznaje również lepiej samego siebie. 


W Japonii tematyka jedzenia, gotowania etc. jest bardzo popularna. Powstają mangi, animacje i seriale. Z tej samej półki mogę polecić także Samotnego smakosza (chociaż tytuł nie bardzo chyba zachęca). Serial Samurai Gourmet z kolei bazuje na mandze Nobushi no Gourmet, której autorem jest Masayuki Kusumi. Pierwsze odcinki postały w 2013 roku i seria nadal jest kontynuowana. Podobno również Samurai Gourmet ma mieć swoją kontynuację. Czekam! 

poniedziałek, 6 listopada 2017

Matcha ciacho


Kolejne podejście do matcha ciacha, które za każdym razem robię nieco inaczej. Była już matcha babka oraz matcha ciacho z suihanki. Tym razem czas na najszybsze zielone ciacho świata, które powstało z podglądnięcia kilku przepisów, zajrzenia do szafki w kuchni i totalnej improwizacji! Mały i udany spontan. :)


Co potrzebujemy:

250g mąki tortowej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1/4 łyżeczki soli
pół szklanki cukru
200ml mleka kokosowego
80ml oliwy
100g jogurtu naturalnego 
2 łyżki matcha
1 jajko
wiórki kokosowe

Co robimy:

Łączymy wszystkie suche składniki i mieszamy. Następnie dodajemy mleko kokosowe, oliwę i jajko - ponownie mieszamy. Wyrobione ciasto przelewamy do formy keksówki, a wierch posypujemy wiórkami kokosowymi. I do pieca. Pieczemy w temperaturze 180 stopni C około 25 minut. I gotowe!


Ciacho wyszło lekkie puszyste i całkiem matcha. Kolor na początku był obłędny, potem jednak ciacho zaczęło stygnąć, a tym samym i kolor stał się mniej intensywny. Jedyny problem z tym matcha ciachem był taki, że rozeszło się w oka mgnieniu. Będę powtarzać. :)

poniedziałek, 30 października 2017

Etykieta japońska, czyli kłaniać się, czy się nie kłaniać, oto jest pytanie.


Są takie książki, które stanowić powinny bazę, dla każdej osoby stawiającej swoje pierwsze kroki w poznawaniu Japonii i chcącej zagłębić się w jej kulturę, a nie tylko poznawać ją powierzchownie. Moim zdaniem warto nie tylko wiedzieć, że coś się dzieje, ale również dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. Bez kontekstu trudno o zrozumienie międzykulturowe, szczególnie, gdy do czynienia mamy z kulturą wysoko kontekstową, jaką jest również ta japońska.

"Aby naprawdę poznać Japonię i możliwie najlepiej wykorzystać czas spędzony w tym kraju, musimy się udać do zatłoczonych restauracji, centrów rozrywki oraz galerii handlowych i zacząć >>podglądać<< odwiedzających je ludzi. Tylko w taki sposób - obserwując strumień Japończyków przelewający się obok nas - zrozumiemy, jacy oni naprawdę są." 

Mimo że nie do końca zgadzam się z powyższymi słowami, nie mogę odrzucić zalet tzw. obserwacji nieuczestniczącej, chociaż wolę obserwować uczestnicząc, a na miejsce akcji wybrałabym raczej świątynię lub ogród. To jednak moje prywatne preferencje. :) Obserwacja to jedna z metod uczenia się, a więc obserwując możemy nauczyć się niektórych zasad etykiety. Jednak wciąż bez kontekstu nie będziemy wiedzieli, kiedy i jak tych zasad użyć. Kiedy ukłonić się w pas, a kiedy tylko trochę? W którym momencie spotkania podać wizytówkę? Którego wyrażenia w podziękowaniu użyć? 

O Japończykach często mówiono mi, że wybaczą. W ich świadomości nadal jesteśmy barbarzyńcami, którzy i tak nigdy nie zrozumieją japońskiej kultury. Nieważne, jak będziemy się starać i jak dobrze będziemy przygotowani, nigdy nam nie wyjdzie na 100%. Nawet jeśli faktycznie tak jest i mimo wszelkich starań popełnimy jakieś faux-paus, warto próbować. Warto okazać szacunek tej kulturze i ludziom, którzy ją reprezentują nawet tak małym gestem, jak odpowiednie podanie wizytówki czy nie wycieranie nosa w miejscu publicznym. O stąpaniu po tatami w butach nie wspominam, ponieważ sama chyba uznałabym to co najmniej za oznakę braku wychowania. :)

Etykieta japońska to zebrane w całość chyba najważniejsze reguły, których powinno się przestrzegać w Japonii. Dotyczą one nie tylko zwykłego turysty, ale również osób, które zamierzają rozwijać kontakty biznesowe. Jeśli więc nie chcemy być ignorantami, koniecznie trzeba ją przeczytać i przyswoić. Oczywiście Etykieta japońska nie wyczerpuje tematu, jest wprowadzeniem i dobrą bazą do dalszych poszukiwań. To skondensowana pigułka pozwalająca nam szybko i klarownie zapoznać się z etykietą i chociaż trochę zanurzyć się w niuanse japońskiej kultury, w której nic nie jest czarne albo białe, a tradycja mocno się trzyma. I należy zawsze o tym pamiętać.

"Jeśli przyjrzeć się uważniej, okazuje się, ze cały kraj jest swoistym skansenem, w którym tradycja łączy się z nowoczesnością, umożliwiając emocjonalną, intelektualną i duchową wycieczkę w przeszłość". 

Nie do końca jednak mogę zgodzić się z wizją Japonii jako swoistego skansenu. Faktem jest, że wiele tradycji, czasami liczących sobie setki lat, jest wciąż żywych i widocznych w Japonii na co dzień. Mimo to bronię się rękami i nogami przed zamykaniem jakiekolwiek kultury w wyznaczonych sztucznie granicach i przypinania jej łatek skansenu, muzeum etc. Moim zdaniem tradycja wiecznie żywa oznacza, że mocno tkwi korzeniami w przeszłości, a jednocześnie wraz z upływem czasu dostosowuje się do otaczającej ją rzeczywistości. Bardziej lub mniej, ale na pewno nie jest skamieliną.

Troszeczkę raziły mnie niektóre słowa użyte w tłumaczeniu, np. koksownik, ziomek czy szaty yukata, ale poza tymi drobnostkami książkę czyta się bardzo dobrze, treść nie nuży, przedstawione tematy opisane są klarownie i dobrze zilustrowane. Samo wydanie jest również przyjazne czytelnikowi, a format pozwala mieć tę książkę zawsze pod ręką. Zdjęcia mogłyby być lepiej dobrane, mimo to także całkiem dobrze wpisują się w kolejne rozdziały. Na końcu książki autor zawarł dwa słowniki z przydatnymi terminami, Mimo że niektóre mogą już trącić myszką, są pożytecznym dodatkiem.

(Zdjęcie stąd)

A teraz czas na KONKURS. :)
Do wygrania 2 egzemplarze Etykiety japońskiej. Wystarczy odpowiedzieć na pytanie:

Którą z zasad japońskiej etykiety przeniósłbyś na polski grunt i dlaczego?

Odpowiadać proszę w komentarzach pod tym postem lub na FB. Dwie najciekawsze odpowiedzi nagrodzę egzemplarzem książki (wysyłka jedynie na terenie Polski). Na Wasze odpowiedzi czekam do 3 listopada do końca dnia. Zapraszam do zabawy! :)


Cyt. za: Boye Lafayette de Mente, Geoff Botting, Etykieta japońska, Kraków 2017, s.128.
Cyt. za: Boye Lafayette de Mente, Geoff Botting, Etykieta japońska, Kraków 2017, s.16.