niedziela, 8 listopada 2020

Fukushima, historia (nie)zapomniana...

 

Kiedy dostałam propozycję przeczytania książki Urbex History: Fukushima. Wchodzimy do skażonej strefy, przyznam, że chwilę się zastanawiałam, czy chcę po tę publikację sięgać. Nie tylko z powodu napiętego ostatnio harmonogramu zajęć, ale także dlatego, że temat Fukushimy, a co za tym idzie, katastrofy, która dotknęła to miasto i okolice, został już wzdłuż i wszerz opisany, sfotografowany, sfilmowany - jednym słowem przemielony przez media, turystów, poszukiwaczy przygód, etc. Niedawno powstał nawet film Fukushima 50 opowiadający o grupie 50 pracowników elektrowni, którzy pozostali na miejscu i próbowali nie dopuścić do tragicznego końca. Dodam tylko, że w jedną z głównych ról wcielił się Ken Watanabe, więc pewnie obejrzę. :).

 


 

W każdym razie pomyślałam, że ciekawie będzie spojrzeć na Fukushimę oczyma nie tylko rodaków, ale również eksploratorów miejsc zapomnianych, opuszczonych, czy też jak sami o sobie piszą miejsc, do których wchodzić nie wolno. :) Łukasz Dabrowski, Konrad Niedziułka, Jakub Stankowski spełnili jedno ze swoich marzeń i postanowili nam o tym napisać. Książka jest przepełniona ich entuzjazmem do tego, co robią, dlatego przyjemnie czytało się relacje z ich wyprawy na drugi koniec świata. Nie do końca odnajduję się w temacie urban exploration, ale...

Swego czasu trochę interesował mnie temat japońskich ruin, haikyo (廃墟), czyli właśnie opuszczonych miejsc, do których docierali eksploratorzy i często na własną rękę pokazywali światu, jak obecnie wyglądają. Zarośnięte lunaparki, kruszejące domy i fabryk opuszczone hotele i wille... To, co wydaje mi się być najbardziej interesujące, to fakt, ze te wszystkie miejsca, kiedyś żyły - ktoś w nich mieszkał, pracował, bawił się. To obraz pewnych dni zatrzymanych w czasie. Prawda, zakurzony i odrapany, ale prawdziwy. Antropologia codzienności to ta część nauki o człowieku, która zawsze fascynowała mnie najbardziej. Nie tylko to, gdzie, ale także, a może przede wszystkim, jak ludzie żyją, jak spędzają czas oraz co przykuwa ich uwagę, jakimi przedmiotami się otaczają, jakie przedmioty wytwarzają i które uważają za swoje skarby. Świat haikyo pokazuje sporo miejsc zatrzymanych w czasie. Porzuconych, zastygłych w danym momencie, często obrośniętych nie tylko roślinami, ale i przedmiotami, które ktoś kiedyś pozostawił. Sporo takich japońskich miejsc znajdziecie między innymi na tej stronie

Postanowiłam więc zajrzeć do książki Urbex History: Fukushima. Wchodzimy do skażonej strefy i trochę Wam o moich wrażeniach napisać. W tym miejscu chciałabym podziękować Wydawnictwu Otwarte oraz samym autorom za taką możliwość. Dodam jeszcze, że nie byłam w Fukushimie i rejon ten jakoś nigdy za bardzo mnie nie interesował. Być może kiedyś będzie okazja tam dotrzeć...

Książka wydana jest w sposób, który zwykle nie zachęca mnie do czytania. Wolę, jak tekst oddycha i z reguły wyznaję zasadę im mniej przeszkadzajek przy czytaniu, tym lepiej. Szczególnie, gdy do czynienia mamy ze swego rodzaju reportażem. Tutaj przeszkadzajek jest sporo - począwszy od wstawek na marginesach, po linie oddzielające marginesy od tekstu po czcionki, których użyto np. do napisania tytułów. A to wszystko jest dosyć pstrokate, kolorowe, trochę krzyczy. A ja nie lubię, jak tekst do mnie krzyczy. :) Dotyczy to również samego tekstu, który w wielu miejscach wydał mi się transkryptem filmików z YT, których przyznam jeszcze nie zdążyłam obejrzeć*. Rozmowy między naszymi autorami okraszone żartami mało do mnie przemawiały i bardzo szybko dialogi autorów zaczęłam trochę pomijać skupiając się na opisach oraz rozmowach z mieszkańcami Fukushimy oraz innych odwiedzanych przez autorów miejsc. Wiadomo, że nie wszystko ma się każdemu podobać. Autorzy zresztą w kilku miejscach sugerują, że taki styl właśnie mają i pewnie niejeden miłośnik ich przygód ten styl lubi. Ja się w nim nie odnajduję. Po prostu. 

"Zwróciłem uwagę na wiszący na krześle kobiecy żakiet, ewidentnie przygotowany przez kogoś na następny dzień. Od ośmiu lat oczekuje na właścicielkę i będzie tam wisiał, aż budynek się rozpadnie bądź zostanie wyburzony w ramach oczyszczania terenu."

Co wcale jednak nie umniejsza zawartości tej książki. Mimo tych wszystkich przeszkadzajek, w książce odnaleźć można sporo wiedzy oraz interesujących historii z życia. Wydawać by się mogło, ze, tak jak wspominałam, o katastrofie w Fukushimie, zabójczym tsunami i ich skutkach powiedziano i napisano już wszystko. A jednak wciąż i wciąż powraca się do tych wydarzeń i do ludzi, którzy byli tych wydarzeń świadkami. To właśnie sylwetki osób, które autorzy spotykali na swej drodze, były dla mnie najbardziej godne uwagi. Ludzie, którzy wrócili na te tereny, którzy żyją w tej swojej nowej normalności i próbują jakoś na nowo zdefiniować otaczającą ich rzeczywistość. Mimo ton radioaktywnej ziemi za oknem. Mimo braku odpowiedzi na pytanie, co dalej. Mimo tragicznych wspomnień, które kładą cień na każdy ich dzień i które już na zawsze będą częścią Japonii. Mimo tego wszystkiego próbują...

Dzięki naszym autorom mamy wgląd w osławioną już strefę i miejsca, do których zazwyczaj nie każdy może wejść, a już na pewno nie bez przewodnika. Docieramy między innymi do opuszczonej szkoły, do prywatnych domów, do których nigdy już nikt nie powróci, salonów pachinko, sklepów i innych miejsc kiedyś tętniących życiem. Wszystko to tworzy przygnębiający obraz minionych dni. Obraz uwieczniony nie tylko tekstem, ale również spora ilością zdjęć. Dodatkowo każdy rozdział w książce kończy się podaniem kodu QR, który jest odnośnikiem do konkretnego filmiku na YT.

To, co bardzo do mnie przemawia, to fakt, ze wszyscy autorzy są bardzo szczerzy w tym, co piszą i uczciwie relacjonują każdy dzień wyprawy. Ich zdziwienia, zachwyty i refleksje składają się w spójną całość i są wyrazem dotarcia do nieznanego wcześniej kraju, poznawania odmiennej kultury oraz spełnienia marzeń. Trochę obawiałam się, że książka będzie miała wydźwięk taniej sensacji, niczego takiego w niej jednak nie znajdziecie. Na całe szczęście. Zachęcam, aby zapoznać się z relacją z tej japońskiej wyprawy. A jeśli podoba Wam się idea urbexu i chcielibyście wesprzeć autorów w kolejnych przedsięwzięciach, można to zrobić na Patronite tutaj

 

* Wszystkie filmiki można obejrzeć na kanale na YT tutaj


(Cyt. za: Łukasz Dabrowski, Konrad Niedziułka, Jakub Stankowski, Urbex History: Fukushima. Wchodzimy do skażonej strefy, Kraków 2020, s. 71.)

czwartek, 15 października 2020

Kwiat wiśni i czerwona fasola, czyli słodko-kwaśna opowieść o nas samych

 


Kwiat wiśni i czerwona fasola to niekórym już bardzo dobrze znana opowieść o przyjaźni, jaka zawiązała się pomiędzy Sentarō, pracownikiem sklepu z dorayaki, a Tokue, starsza panią, która pojawiła się w jego zyciu znienacka. Sentarō wydaje się być bardzo zrezygnowany, ciężko mu znaleźć motywację i nie jest w stanie obudzić się z letargu, w który popadł. Aż do momentu, gdy pewnego dnia poznaje Tokue. Starsza pani krok po kroku zaczyna zajmować w jego życiu wazne miejsce, służy mu pomocą przygotowując najlepsze an na świecie, a z czasem sprawia, że Sentarō zmienia się - znowu zaczyna mu zależeć, chce coś zrobić ze swoim życiem, chce być lepszy. 

Na kolejnych stronach książki odkrywamy, co ukształtowało naszych bohaterów, jak patrzą na świat i swoje życie. Sentarō spędził część swojego życia w więzieniu, a Tokue w zamkniętym ośrodku dla chorych na trąd. Oboje wiedzą więc, czym jest zostawienie wszystkiego za sobą i jak niepewna przyszłosc moze się wydawać. 

Dla mnie to również opowieść o dążeniu do doskonałości. Dążeniu, które u swoich podstaw ma szacunek do pracy i innych ludzi, a także chęć doskonalenia siebie. W obecnych czasach brakuje nam tej cierpliwosci, ale także zaangażowania i poświęcenia się, aby praca, którą wykonujemy nie tylko sprawiała nam satysfkację, ale również dobrze służyła innym, na przykład dajac im radosć. Podobnie jak ciepłe i pachnace dorayaki Sentarō wywoływały miłe uczucie i uśmiech na twarzach klientów. 

"Wdychanie zapachu wiatru i słuchanie szumu drzew to jedne z niewileu rzeczy, jakimi można zjamowac się w Tenshōenie. Już sześćdziesiat lat to robię. Wsłuchują się w słowa zreczy, ktore nie moga mówić - własnie to anzywam Słuchaniem. [...] Wierzę, że wszystko na tym świecie ma swój język, ktory można usłyszeć. Nie tylko ludzie idący aleją, ale wszystkie istoty żyjace, ba, nawet promienie słońca czy podmuchy wiatru."

Film oglądąłam dawno, natomiast do książki udało mi sie zajrzec dopiero niedawno. Przyjemnie było odświezyć sobie tę historię, mimo że łza sie w oku kręciła... I to nie raz! Historia Tokue oraz innych osób dotkniętych chorobą Hansena jest za każdym razem tak samo poruszajaca, smutna i pouczająca. Poruszająca, bo ciężko wyobrazić sobie z jakim ostracyzmem społecznym osoby dotknięte tą chorbą musiały sie zmagać. Smutna, bo pacjenci zamkniętych ośrodków zmuszeni byli zostawić za murami całe swoje dotychczasowe życie, rodziny, znajomych, a nawet ukochane przedmioty i pamiatki. A pouczajaca, bo nieustannie takie historie uczą nas tolerancji, akceptacji, tego, co wydaje się niemozliwe do przyjęcia, ale także, że zawsze trzeba szukać okruchów szczęścia. W każdej nawet beznadziejnej sytuacji.

Dziwnym trafem akurat po przeczytaniu ksiażki trafiłam na reportaż NHK o Ishiim Masanori, aktorze, który zajął się fotografią różnego rodzaju osrodków odosobnienia w Japonii. Nie tyle nawet ich zabudowań, co murów okalających takie miejsca. Wśród jego fotografii natrafic można również na mur ośrodka Tenshōen, w którym przebywali bohaterowie Kwiatu wiśni i czerwonej fasoli. Dla zainteresowanych link tutaj. Myslę, że na żywo mur ten robi jeszcze większe wrażenie. Nie da się przejsć obojetnie obok mieszkajacych tam osób i nie da się zignorować ich historii. 

Dla mnie Tokue już zawsze bedzie miała twarz aktori Kirin Kiki. Mimo że widziałam ją w kilku rolach, to własnie ta zapadła mi w pamieć najbardziej. Jej usmiech oraz słowa bohaterki, aby Słuchać. Siebie i świata wokół nas. 


Cyt. za: Durian Sukegawa, Kwiat wiśni i czerwona fasola, Kraków 2018, s. 117. 

niedziela, 4 października 2020

Kawai jinja jest bardzo kawaii

 

                                                                                Główna hala Kawai Jinja

Do Kawai Jinja (河合神社) trafiliśmy zupełnym przypadkiem. Po wizycie w chramie Shimogamo poszliśmy trochę się poszwendać po okolicy i lesie Tadasu no Mori, a ścieżka zaprowadziła nas prosto tam. Kawai Jinja poświęcona jest bogini Tamayorihime Mikoto, matce pierwszego cesarza Japonii, oraz kobiecemu pięknu. Pierwsze wzmianki o Kawai Jinja mają pochodzić już z VIII wieku. Na terenie chramu można kupić produkty do pielęgnacji, wypić smaczny i bardzo słodki specyfik, o którym więcej za chwilę, oraz kupić tabliczkę wotywną w kształcie lusterka (kagami ema) i na niej samemu narysować swoją wizję piękna. 


Teren chramu nie jest zbyt duży, ale położenie Kawai Jina sprawia, ze można tam odciąć się od zgiełku dużego miasta, a w upalny dzień odpocząć w cieniu drzew. Tak, jak inne osoby, które wybrały się tam w odwiedziny, także i my postanowiliśmy odsapnąć na ławeczce i uraczyć się bijinsui, czyli "wodą piękna", produkowaną z owoców chińskiej pigwy (karin), które rosną na terenie Kawai Jinja, i podawaną na ciepło lub zimno z dodatkiem miodu. Owa bijinsui zawiera przeciwutleniacze, witaminę C i ma pomagać w wybielaniu skóry.

                                        Rekonstrukcja chaty, w której mnich Kamo no Chomei napisał Hōjōki (方丈記)

Paradoksalnie najbardziej znanym mieszkańcem świątyni był mnich Kamo no Chōmei zwany także Chōmei Kawai. Początkowo mieszkał na cesarskim dworze, gdzie zajmował się poezją. Kiedy został pominięty w przejęciu schedy po swoim ojcu kapłanie shintō, postanowił odwrócić się od świata i zostać buddyjskim mnichem. Jego studium buddyjskiej koncepcji nietrwałości (mujō) Hōjōki na stałe wpisane została w poczet klasycznej literatury japońskiej i do dziś stanowi jedną z lektur. Hōjōki jest opisem wielu katastrof, które nawiedziły miasto Kioto. Z tego względu Kamo no Chōmei nazywany jest największym japońskim pesymistą.

                                                                                Kagami ema w Kawai Jinja
                                                                              Stoisko z produktami marki Black Paint

Kawai Jinja to jednak przede wszystkim miejsce, w które przychodzi się, aby lepiej wyglądać - a bardziej precyzyjnie, aby cera stała się jeszcze piękniejsza. Ponoć najlepiej przyozdabiać kagami ema własnym zestawem do makijażu, bo tylko wtedy nasze życzenie o pięknie ma szansę się spełnić. Ale jeśli ktoś przychodzi nieprzygotowany, chram udostępnia kredki. :)

Wśród wielu urokliwych miejsc, które do tej pory udało mi się odwiedzić w Japonii, Kawai jinja na pewno jest godna wzmianki i jeśli tylko będzie taka okazja, zachęcam, aby to miejsce odwiedzić. Nie wiem, czy był to przypadek, czy celowe działanie, ale muszę przyznać, że maiko zajmująca się sprzedażą kosmetyków, goshuinchō, etc. była najładniejszą Japonką, jaką chyba widzieliśmy w życiu. Nie śmiałam nawet zrobić jej zdjęcia. Być może tak właśnie działa aura tego miejsca... :) 

piątek, 11 września 2020

Dzieci z Hamamatsu, czyli książka nie tylko dla dzieci


Kiedy jakiś czas temu zobaczyłam zapowiedź Dzieci z Hamamatsu autorstwa Ka Mochi, wiedziałam, że muszę zajrzeć do tej książki. Uwielbiam ilustracje, nieważne czy dla Małych czy dla Dużych, a jeszcze bardziej uwielbiam, kiedy ilustracje oddają ducha i subiektywne spojrzenie autora. Na Japonię. :) To jedna z tych książek, które poznaje się niespiesznie - rozdział po rozdziale, ilustracja po ilustracji. Takimi książkami należy się delektować! 



Dzieci z Hamamatsu to opis życia w Japonii widziany oczami 6-letniej Laury, która wraz z Mamą i Tatankiem trafia do Kraju Kwitnącej Wiśni. Musi się od początku borykać z wieloma trudnościami, bo przecież w Japonii nie ma w przedszkolu ani pierwszego, ani drugiego śniadanka, a kiedy już można jeść, to na talerzu lądują gluty i patrzące na nas rybki. I jest bardzo zimno. I śnieg wcale nie jest śniegiem a płatkami wiśni, a tornistry czaruje się w świątyni, aby wszystko w szkole szło gładko. Do tego wszystkiego Laura zaczyna uczęszczać do przedszkola, ale szybko zyskuje nowych przyjaciół, z którymi staje się nierozłączna. Czas spędzany w towarzystwie bliźniaków Uso i Zen oraz Miyu pełen jest przygód, niespodzianek i  zwrotów akcji.

"Lecieliśmy pięć dni i osiem nocy. Albo jakoś tak. Bajki w telewizorkach samolotowych były po japońsku. Oglądałam je i zastanawiałam się, dlaczego wszyscy mówią o deskach. No i jeszcze koko i koko. Nie wiedziałam wtedy, że "koko" po japońsku znaczy "tutaj", a "desu ka" kończy każde pytanie."

Wizualnie książka urzeka. Już sam format i papier są dla mnie świetnie dobrane, a w środku duże ilustracje, ładnie zaakcentowany podział na rozdziały oraz słowniczek na końcu, który ma ułatwić zrozumienie tekstu osobom nie znających realiów japońskiego życia (słówka w nim zebrane są w tekście książki zaznaczone na niebiesko). Ilustracje idealnie wpasowane są w treść książki, bardzo podoba mi się kreska i kolory oraz sposób w jaki Ka Mochi pokazuje Japonię.


W książce przeplatają się ze sobą wydarzenia realne z magicznym światem japońskich baśni, folkloru i duchów. Fantazyjne kimona i roboty, dom ze zjeżdżalnią i ten urządzony w samolocie, a do tego wszystkiego piknik z Hello Kitty i Totoro. Japonia jest dla małej Laury nowym światem, który odkrywa każdego dnia. Czasami nie bez obaw i lęków, a czasami z dziecięcą radością i nadzieją. Niesamowite było spojrzeć na Japonię oczami dziecka i w maleńkim stopniu spróbować poznać Kraj Kwitnącej Wiśni z tej innej, czasami przez nas już zapomnianej, perspektywy. W książce nie brakuje humoru, a każdy rozdział czyta się z przyjemnością i zainteresowaniem.

"Następny dzień przyniósł mi tuż po przebudzeniu odkrywczą myśl, że życie jest wspaniałe. Wszystko w Japonii, w Hamamatsu było dla mnie nowe i niezwykłe, jak na wakacjach, a to przecież teraz moje normalne życie i nigdzie stąd nie wracam." 

Jedyne, co nieco mnie niemile zaskoczyło, to koniec książki. Nie tylko dlatego, że chciałoby się czytać dalej, ale również dlatego, że cała historia tak jakby nagle się urywa. Ostatni rozdział nie jest klamrą spinającą całość, ale daje wrażenie, że będzie nam dane doświadczyć czegoś jeszcze. Że na kolejnych stronach czekają na nas nowe przygody. Że ta historia ot tak nie może się po prostu skończyć. A jednak...

Aha, książka ma oznaczenie 6+, więc jak nic się łapię. :)  

(Cyt. za: Ka Mochi, Dzieci z Hamamatsu, 2020, s. 10.)
(Cyt. za: Ka Mochi, Dzieci z Hamamatsu, 2020, s. 46.)

środa, 19 sierpnia 2020

Miho no Matsubara, czyli gdzie niebo styka się z ziemią

 
Wybierając się do Shizuoki mieliśmy w głowach przede wszystkim obraz Fuji-san. Te wszystkie ikoniczne niemalże pocztówkowe góry Fuji zastygnięte w idealnym obrazie. Fuji górująca nad zielonymi polami herbaty wzgórz Makinohary. Fuji pochłaniająca swą wielkością port Shimizu. Fuji dotykająca nieba na sosnowej plaży Miho no Matsubara. Ciężko było zdecydować się na którąś z tych pięknych opcji, a mogliśmy wybrać tylko jedną... Biliśmy się trochę z myślami decydując się ostatecznie na miejsce wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO - Miho no Matsubara (三保の松原), czyli plaży z dorodnymi sosnami i widokiem na Fuji-san, które należy również do jednego z tzw. Nowych Trzech Widoków Japonii, czyli Shin Nihon Sankei (新日本三景).
 

 
A dostać się tam wcale nie jest tak łatwo. Z centrum Shizuoki trzeba udać się do portu-galerii-wesołego miasteczka o wdzięcznej nazwie S-Puls Dream Plaza, skąd odpływają promy lub jak się okazało także małe stateczki pasażerskie, którymi dostać się można na Półwysep Miho. Byliśmy jedynymi osobami, które tego dnia zjawiły się w porcie, więc trafiła nam się prywatna podróż przez wzburzone morze z podstarzałym japońskim wilkiem morskim. Trzęsło niemiłosiernie, mimo to postanowiliśmy usiąść na zewnątrz i postarać się nie wypaść za burtę. Jakimś cudem się udało i po około 20 minutach przybiliśmy do brzegu. Z powrotem wybraliśmy już jednak drogę lądową i podróż autobusem prosto na stację JR Shimizu, skąd w około 15 minut dojechaliśmy do Shizuoki.     
 

 
Z plaży ruszyliśmy między prywatnymi zabudowaniami w kierunku Miho no Matsubara. Pierwszym przystankiem na naszej drodze był chram Miho, urokliwie położony wśród drzew, do którego prowadziła jasna kamienna brama torii. Pusto i cicho, poza nami nikogo, mogliśmy więc w spokoju obejść cały teren i zajrzeć do pomniejszych kapliczek. Bardzo spodobały nam się wotywne beczki sake w pięknym niebieskim kolorze.
 
Na przeciwko kamiennej torii po przejściu na drugą stronę ulicy rozpoczyna się kami no michi, czyli "droga bóstw" prowadząca prosto do celu naszej wędrówki, czyli Miho no Matsubara. Ścieżka wiedzie wśród przepięknych starych sosen, niektóre z nich są specjalnie podtrzymywane, aby nie zapaść się pod naporem upływu lat. To wspaniałe miejsce i warto się nie spieszyć tylko spokojnie podążać krok za krokiem, oddychać i podziwiać te piękności.
 
 
Po krótkim spacerze ścieżką bóstw docieramy do małej infrastruktury, sklepów z pamiątkami i informacji turystycznej, gdzie można zaopatrzyć się w foldery, pocztówki z Fuji-san oraz przybić stempel z jej wizerunkiem. Rozwinęła się tam taka oto krótka rozmowa:
 
- Czy dzisiaj widać Fuji-san? - pytam. - Pogoda nie jest zbyt dobra...
- Tak, trochę dzisiaj chmur, niestety - odpowiada pani z informacji turystycznej. - Ale wczoraj widać ją było świetnie!
Tadam.
 
 
Trochę nam mina zrzedła, ale ruszyliśmy na plażę. Miho na Matsubara słynie nie tylko z pięknego widoku Fuji-san, ale również z legendy o Hagoromo (羽衣). Historia niebiańskiej istoty tennin (天人), która porzuca swoje szaty, aby wykapać się w wodach przy plaży sięga VIII wieku i jest bardzo popularnym tematem w teatrze Noh. Podczas kąpieli, tennin nie zauważa rybaka, który zabiera szatę i oczekuje tańca w zamian za jej zwrot. Niebiańska istota nie może wrócić do nieba bez swoich szat, zgadza się więc na warunki rybaka. Po wykonaniu tańca tennin znika w blasku księżyca zostawiając osamotnionego rybaka na plaży. Malutki chram Haguruma poświęcony jest właśnie tej legendzie, a na jego terenie stoi Hagoromo no Matsu, olbrzymia ponad 200-letnia sosna, na której niebiańska istota miała zostawić swoją szatę na czas kąpieli. 
 

 
Nie tylko Hagoromo no Matsu robi wrażenie, ale wszystkie sosny rosnące wzdłuż plaży. Ogromne, niektóre powykręcane, mocno zielone tworzą kontrast między niebem a ciemnym piaskiem plaży. Piasek kiedyś ponoć był tutaj jaśniutki, ale teraz przypomina pył wulkaniczny, z którym podobno jest zmieszany. Iście kosmiczny krajobraz, szczególnie przy szybko zmieniającej się pogodzie. Mieliśmy chwilę słońca i niebieskie niebo (mimo to Fuji-san pokazała się tylko trochę), a za chwilę bardzo silny wiatr i wzburzone morze. I tak na przemian. Zaczęło tez kropić. :)


 
 
W czasie tej kapryśnej pogody zjedliśmy nasz lunch składający się z onigiri, herbaty i słodkich bułek z pastą z czerwonej fasoli, Obyło się bez piasku w zębach, ale do najprzyjemniejszych chwil nie należało. Mimo skrywającej się gdzieś przed nami w chmurach Fuji-san. 
 
Spędziliśmy zaledwie kilka godzina na Półwyspie Miho i zobaczyliśmy tylko niewielki jego wycinek. Na pewno jest to miejsce, w które chciałabym kiedyś wrócić. I może w końcu ujrzeć Fuji-san w całej okazałości. Kiedyś...