sobota, 5 listopada 2011
Shichi-Go-San
Shichi-Go-San (七五三, czyli "siedem, pięć, trzy") to swoisty rite de passage dla wszystkich dziewczynek, które mają trzy lub siedem lat i chłopców w wieku trzech i pięciu lat. A dlaczego akurat w tym wieku? Otóż liczby te uważane są za szczęśliwe według japońskiej numerologii. W Japonii Shichi-Go-San wypada piętnastego listopada, ale już wcześniej można natknąć się w świątyniach na maluchów. Wielu z nich w ten dzień po raz pierwszy ma na sobie tradycyjny strój. Są przepięknie ubrani, żeby nie powiedzieć "przebrani", i z wesołą zwykle minką chętnie pozują do zdjęć. Czasami nieśmiało zachęceni przez rodziców. :) Tradycja Shichi-Go-San sięga okresu Heian, ale jej forma zmieniła się od tamtego czasu, na przykład nie ma już zwyczaju, aby chłopcom w wieku trzech lat golić głowę. Poniżej kilka zdjęć. Kawaii! :)
piątek, 4 listopada 2011
nikkō.
W związku z tym, że jak pada hasło "Nikkō", to większość wie, o co chodzi i ma przed oczami japoński barok niemalże, czyli świątynie ozdobione bez opamiętania, oraz czyli trzy małpki, postanowiłam pokazać coś innego, co, moim zdaniem, jest ciekawsze czasami niż oglądanie kolejnych zabytków, szczególnie, gdy widziało się je już nie raz i nie dwa nawet... :)
Można na przykład popróbować japońskiej wódki, czyli shōchū. Tutaj:
Podziwiać i kupić najprawdziwsze oryginalne ukiyo-e, czyli "obrazki z przepływającego świata". Także te dla dorosłych. ;)
Jak zgłodniejemy, wyśmienicie ugości nas bardzo znana (i polecana nawet przez przewodniki spod znaku Lonely Planet, o czym informuje tabliczka przy wejściu) restauracja serwująca między innymi yakitori - Hippari Dako. Jedzenie wyśmienite, a obsługa bardzo sympatyczna i znająca chyba każdy kraj na świecie, o czym świadczyć może z milion karteczek, wycinków, wizytówek, biletów, zdjęć itp. zostawionych przez gości na wszystkich ścianach restauracji. To dość "gajdzińskie" miejsce. :)
A na koniec możemy sobie sprawić smoka. W jedyne piętnaście minut mistrz sztuki władania pędzlem wyczaruje na papierze bestię w jakich tylko wymarzycie sobie kolorach. Strona artysty tutaj.
A te wszystkie atrakcje w drodze do świątyń. Nie warto więc wsiadać od razu w autobus przy stacji, tylko trochę się przejść (taki spacerek zajmuje około pół godziny - nie licząc czasu spędzonego na wgapianiu się w wystawy itp.). My pokonaliśmy tę trasę dzisiaj cztery razy, więc jest do zrobienia. :) Polecam!
Można na przykład popróbować japońskiej wódki, czyli shōchū. Tutaj:
Podziwiać i kupić najprawdziwsze oryginalne ukiyo-e, czyli "obrazki z przepływającego świata". Także te dla dorosłych. ;)
Jak zgłodniejemy, wyśmienicie ugości nas bardzo znana (i polecana nawet przez przewodniki spod znaku Lonely Planet, o czym informuje tabliczka przy wejściu) restauracja serwująca między innymi yakitori - Hippari Dako. Jedzenie wyśmienite, a obsługa bardzo sympatyczna i znająca chyba każdy kraj na świecie, o czym świadczyć może z milion karteczek, wycinków, wizytówek, biletów, zdjęć itp. zostawionych przez gości na wszystkich ścianach restauracji. To dość "gajdzińskie" miejsce. :)
A na koniec możemy sobie sprawić smoka. W jedyne piętnaście minut mistrz sztuki władania pędzlem wyczaruje na papierze bestię w jakich tylko wymarzycie sobie kolorach. Strona artysty tutaj.
A te wszystkie atrakcje w drodze do świątyń. Nie warto więc wsiadać od razu w autobus przy stacji, tylko trochę się przejść (taki spacerek zajmuje około pół godziny - nie licząc czasu spędzonego na wgapianiu się w wystawy itp.). My pokonaliśmy tę trasę dzisiaj cztery razy, więc jest do zrobienia. :) Polecam!
czwartek, 3 listopada 2011
tokyo. jidai matsuri.
Dzisiejszy plan dnia został niemal całkowicie zdominowany przez Jidai Matsuri. Festiwal ten odbywający się każdego roku w świątyni Sensō-ji. w Asakusie przyciąga bardzo dużo ludzi. W tym roku przyciągnął także trzech gaijin-ów. :) Jidai Matsuri to przede wszystkim parada, podczas której w wielkim skrócie oglądamy między innymi kilka scen z historii Japonii. Mamy więc samurajów, gejsze, białe demony i Japończyków ubranych trochę po europejsku. :) Paradzie towarzysza i inne wydarzenia, między innymi Shirasagi-no-mai, czyli "taniec białych czapli". Mnie ten moment Jidai Matsuri podobał się najbardziej.
Więcej informacji tutaj, a ja mogę obiecać, że napiszę jeszcze o Jidai Matsuri i wrzucę kilka zdjęć. Tym czasem zapraszam do zapoznania się z relacją kubali, który dzielnie nam towarzyszył podczas matsuri i potem również do późnych godzin nocnych. Teraz czas na Nikkō...
Więcej informacji tutaj, a ja mogę obiecać, że napiszę jeszcze o Jidai Matsuri i wrzucę kilka zdjęć. Tym czasem zapraszam do zapoznania się z relacją kubali, który dzielnie nam towarzyszył podczas matsuri i potem również do późnych godzin nocnych. Teraz czas na Nikkō...
środa, 2 listopada 2011
tokyo.
Jeden dzień, a milion wrażeń. Ale od początku. :)
Po pierwsze, jeśli ktoś chce przemieszczać się po Tokio metrem, polecam bilety jednodniowe, bo wychodzi dużo taniej. Ale trzeba pamiętać, że w Tokio jest kilka "firm metrowych", a każda wydaje inne bilety. Najbardziej rozbudowaną sieć ma Tokyo Metro, więc najwygodniej jest ustalić sobie trasę w obrębie tych linii. A mapka metra wygląda tak:
Mimo wszystko metro jest proste w obsłudze. :) A gdzie udało nam się dotrzeć dziś? Byliśmy w wielu miejscach. Zobaczyliśmy między innymi świątynie buddyjską Baisouin, która swym wyglądem daleko odbiega od naszych wyobrażeń o japońskich świątyniach. Specjalnie dla nas otwarty na chwil kilka kościół ewangelicki w Harajuku zaprojektowany przez architektów z Ciel Rouge. A nawet jedyny w Tokio meczet, który podobna jest jednym z najpiękniejszych na świecie. O tych wszystkich miejscach może jeszcze kiedyś więcej napiszę. :)
Przez przypadek trafiliśmy również na Reisai (ceremonia upamiętniająca urodziny Cesarza )w ramach Aki no TaiMeijisai, czyli Jesiennego Festiwalu Meiji-jingu.
W ramach festiwalu dzieje się bardzo wiele ciekawych rzeczy, między innymi pokazy sztuk walki, łucznictwa, tańców japońskich, wystawy chryzantem i ikebana. Dziś udało nam się zobaczyć tradycyjny taniec japoński w wykonaniu najprawdziwszej gejszy. Na wszystkich obecnych zrobił on ogromne wrażenie. A gejsza jeszcze większe. :)
Poza tym dziś wypada pierwszy z trzech dni Tori no Ichi Matsuri (kolejne dni w tym roku to 14 i 26 listopada). Już od czasów Edo świętuje się Dzień Koguta, kiedy to można modlitwą w świątyniach wyprosić większe zyski i "lepsze czasy" dla swojego biznesu.
My wybraliśmy się do małej Ootori Jinja w Meguro.
W kilku świątyniach w Tokio można zatem zakupić dziś kumade, czyli "niedźwiedzią łapę", którą możemy zagrabiać sobie pieniądze, szczęście i inne dobrodziejstwa. To popularny talizman wśród przedsiębiorców, którzy co roku kupują nowe kumade, aby zapewnić sobie coraz większe zyski. Kumade może być bardzo bogato zdobione i mają różną wielkość. Głównie widnieją na niej motywy odnoszące się do szczęścia i pieniędzy. Czasami spotkać się można z bardzo uwspółcześnionymi wersjami, na przykład z kotkami. :)
Więcej o festiwalu tutaj i tutaj.
W drodze wskoczyliśmy na chwile do Azabu-juban po sławne i pyszne taiyaki, na które nieustannie polował detektyw z j-doramy Shinzamono, o której już kiedyś pisałam. Nam się udało zakupić taiyaki w nie w byle jakim miejscu, bo w Naniwa Souhonten, gdzie zaczęto je wytwarzać i sprzedawać po raz pierwszy w 1909 roku. Cieplutkie z nadzieniem z azuki, czyli słodkiej czerwonej fasoli. Pycha! :) Więcej informacji między innymi tutaj.
A poza tym w Tokio już niemal świątecznie. Co prawda nie ma jeszcze dekoracji, ale na przykład w Starbucks już cały asortyment ma świąteczną oprawę. :) Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta... Nieważne, że na dworze 25 stopni ciepła - gorąca kawa i szalik to mus. A z głośników płynie White Christmas...
Ho, ho ho...! ;)
Po pierwsze, jeśli ktoś chce przemieszczać się po Tokio metrem, polecam bilety jednodniowe, bo wychodzi dużo taniej. Ale trzeba pamiętać, że w Tokio jest kilka "firm metrowych", a każda wydaje inne bilety. Najbardziej rozbudowaną sieć ma Tokyo Metro, więc najwygodniej jest ustalić sobie trasę w obrębie tych linii. A mapka metra wygląda tak:
Mimo wszystko metro jest proste w obsłudze. :) A gdzie udało nam się dotrzeć dziś? Byliśmy w wielu miejscach. Zobaczyliśmy między innymi świątynie buddyjską Baisouin, która swym wyglądem daleko odbiega od naszych wyobrażeń o japońskich świątyniach. Specjalnie dla nas otwarty na chwil kilka kościół ewangelicki w Harajuku zaprojektowany przez architektów z Ciel Rouge. A nawet jedyny w Tokio meczet, który podobna jest jednym z najpiękniejszych na świecie. O tych wszystkich miejscach może jeszcze kiedyś więcej napiszę. :)
Przez przypadek trafiliśmy również na Reisai (ceremonia upamiętniająca urodziny Cesarza )w ramach Aki no TaiMeijisai, czyli Jesiennego Festiwalu Meiji-jingu.
W ramach festiwalu dzieje się bardzo wiele ciekawych rzeczy, między innymi pokazy sztuk walki, łucznictwa, tańców japońskich, wystawy chryzantem i ikebana. Dziś udało nam się zobaczyć tradycyjny taniec japoński w wykonaniu najprawdziwszej gejszy. Na wszystkich obecnych zrobił on ogromne wrażenie. A gejsza jeszcze większe. :)
Poza tym dziś wypada pierwszy z trzech dni Tori no Ichi Matsuri (kolejne dni w tym roku to 14 i 26 listopada). Już od czasów Edo świętuje się Dzień Koguta, kiedy to można modlitwą w świątyniach wyprosić większe zyski i "lepsze czasy" dla swojego biznesu.
My wybraliśmy się do małej Ootori Jinja w Meguro.
W kilku świątyniach w Tokio można zatem zakupić dziś kumade, czyli "niedźwiedzią łapę", którą możemy zagrabiać sobie pieniądze, szczęście i inne dobrodziejstwa. To popularny talizman wśród przedsiębiorców, którzy co roku kupują nowe kumade, aby zapewnić sobie coraz większe zyski. Kumade może być bardzo bogato zdobione i mają różną wielkość. Głównie widnieją na niej motywy odnoszące się do szczęścia i pieniędzy. Czasami spotkać się można z bardzo uwspółcześnionymi wersjami, na przykład z kotkami. :)
Więcej o festiwalu tutaj i tutaj.
W drodze wskoczyliśmy na chwile do Azabu-juban po sławne i pyszne taiyaki, na które nieustannie polował detektyw z j-doramy Shinzamono, o której już kiedyś pisałam. Nam się udało zakupić taiyaki w nie w byle jakim miejscu, bo w Naniwa Souhonten, gdzie zaczęto je wytwarzać i sprzedawać po raz pierwszy w 1909 roku. Cieplutkie z nadzieniem z azuki, czyli słodkiej czerwonej fasoli. Pycha! :) Więcej informacji między innymi tutaj.
A poza tym w Tokio już niemal świątecznie. Co prawda nie ma jeszcze dekoracji, ale na przykład w Starbucks już cały asortyment ma świąteczną oprawę. :) Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta... Nieważne, że na dworze 25 stopni ciepła - gorąca kawa i szalik to mus. A z głośników płynie White Christmas...
Ho, ho ho...! ;)
wtorek, 1 listopada 2011
yokohama.
Wybraliśmy się dziś odwiedzić rodzinkę Yamazak-ich. :) K&K&O&K&A pozdrawiamy!!! I dziękujemy za gościnę, pyszne karē raisu (カレーライス) i proszek. :) A że rodzinka mieszka nieopodal Yokohamy, to postanowiliśmy połączyć jedno z drugim.
Na pierwszy ogień poszła świątynia Shomyoji. Oj, ciężko się było do niej dostać, ale z pomocą starszej pani z koban-u (tak, policja w Japonii służy głównie jako informacja turystyczna), i jej magicznie wyczarowanej spod lady mapki dotarliśmy. :) Cudowne miejsce. Sielankowe, ciężko nam było stamtąd ruszyć dalej.
Następnym przystankiem było Chinatown, które uwielbiamy. Głównie za cudowne smaki między innymi nikuman-ów, czyli buł na parze z nadzieniem mięsnym lub słodkim, jak poniższy nikuman pandowy.
Generalnie pandy (i wróżbici wszelakiej maści) są znakiem firmowym Chinatown, o czym wspominałam już przy poprzednim pobycie w Japonii tutaj. Ale kilka zdjęć nie zawadzi. Kawaii. :)
A na koniec kilka zdjęć Yokohamy by night. :)
p.s.Internet w naszym miejscu pomieszkiwania w Tokio jest gorzej niż straszny, więc ciężko jest nam się komunikować ze światem zewnętrznym. Stąd i relacje na blogu krótkie i mało treściwe... Prosimy o cierpliwość. Ale za to komórka L. działa. :)
Na pierwszy ogień poszła świątynia Shomyoji. Oj, ciężko się było do niej dostać, ale z pomocą starszej pani z koban-u (tak, policja w Japonii służy głównie jako informacja turystyczna), i jej magicznie wyczarowanej spod lady mapki dotarliśmy. :) Cudowne miejsce. Sielankowe, ciężko nam było stamtąd ruszyć dalej.
Następnym przystankiem było Chinatown, które uwielbiamy. Głównie za cudowne smaki między innymi nikuman-ów, czyli buł na parze z nadzieniem mięsnym lub słodkim, jak poniższy nikuman pandowy.
Generalnie pandy (i wróżbici wszelakiej maści) są znakiem firmowym Chinatown, o czym wspominałam już przy poprzednim pobycie w Japonii tutaj. Ale kilka zdjęć nie zawadzi. Kawaii. :)
A na koniec kilka zdjęć Yokohamy by night. :)
p.s.Internet w naszym miejscu pomieszkiwania w Tokio jest gorzej niż straszny, więc ciężko jest nam się komunikować ze światem zewnętrznym. Stąd i relacje na blogu krótkie i mało treściwe... Prosimy o cierpliwość. Ale za to komórka L. działa. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)







