środa, 16 listopada 2011
nius.
W dziale fotografie pojawiło się kilka zdjęć z tegorocznego wyjazdu. Jak będzie widać, bardziej skupiam się na detalach, a domeną L. jest raczej the Big Picture. Może i jego zdjęcia się pojawią - na razie głównie goszczą na blogu. Fotografie nie są przerabiane w żaden sposób. Nie znam się na tym i nie mam na to czasu. :) Stopniowo będzie ich więcej i mam nadzieję, że się spodobają. Choć trochę. Enjoy!
Satoko Fuji MA-DO
Już dziś w klubie Firlej wystąpi Satoko Fujii ze swoim projektem MA-DO. Połączenie jazzu, tradycyjnej muzyki japońskiej oraz muzyki współczesnej tworzy unikatowy spektakl. Polecam!
wtorek, 15 listopada 2011
kairo.
Zima za pasem, za oknem zimno. A jeszcze niedawno będąc w Tokio miało się 16 stopni. Ech. :) Zima jest złem koniecznym, chociaż ja w sumie lubię :), i trzeba się do niej przygotować. W Japonii na mroźne dni poleca się kairo (カイロ / 懐炉), tukaisute kairo (使い捨てカイロ), czy też hokkairo (ホッカイロ) lub hokaron firmy Lotte. Generalnie chodzi o jednorazowe ogrzewacze na zimne dni. Wiadomo, w domu (chociaż może nie japońskim) jest w miarę ciepło, ale gdy wychodzimy na zewnątrz nie można bez końca ogrzewać się kubkiem kawy w dłoniach. Stąd pomysł na kairo.
Instrukcja obsługi jest bardzo prosta: wstrząsnąć i włożyć tam (lub przykleić), gdzie jest nam zimno. :) Najczęściej chodzi o dłonie, plecy, stopy - żeby nie było głupich domysłów. Dzięki reakcji chemicznej, której nawet nie próbuję zrozumieć, kairo zaczyna wytwarzać ciepło - utrzymuje się do 12 godzin (spotkałam się również z informacjami, że ogrzewają przez 18 a nawet 20 godzin), więc można hulać do woli na śniegu przez cały dzień. :)
Różne rodzaje takich jednorazowych ogrzewaczy można podpatrzeć tutaj. Zawsze miałam słabość do tych z wizerunkiem koali, bo są takie kawaii. Więc jak tylko się na nie natknęłam, postanowiłam kupić jedną paczkę i przywieźć do Polski. Czemu na opakowaniu jest miś koala? No idea. Anybody? :)
Japończycy poszli jednak, jak zwykle, o krok dalej i oprócz tych jednorazowych rozgrzewaczy wymyślili takie, które nadają się do wielokrotnego użytku (stworzyła takie między innymi firma Sanyo). A przy tym świetnie wyglądają. A jak! :)
Czas na spacer! :)
poniedziałek, 14 listopada 2011
azabu karinto.
Jest taka dzielnica w Tokio, która kryje skarby. Skarby smakowe przeważnie. :) Azabu, a konkretniej Azabujūban, to małe kafejki z zieloną herbata, piekarnie, sklepy ze smakołykami dla piesioków oraz Azabu Karinto. Karinto (花林糖) to tradycyjne japońskie słodycze/snacki w postaci kruchych pałeczek o milionach smaków. Lepszego określenia nie znalazłam. :)
Wybór w wyżej wspomnianym sklepie jest olbrzymi, a opakowania kuszą wzorem i kolorem. Skusiliśmy się na dwa rodzaje karinto, oba matcha flavour. :)
Takich miejsc nam zdecydowanie w Polsce brakuje. Aby przywrócić choć na chwilę japoński smak otworzyliśmy dziś jedną z paczek. Prawie jak w Japonii. Prawie znowu robi jednak różnicę... :)
Wybór w wyżej wspomnianym sklepie jest olbrzymi, a opakowania kuszą wzorem i kolorem. Skusiliśmy się na dwa rodzaje karinto, oba matcha flavour. :)
Takich miejsc nam zdecydowanie w Polsce brakuje. Aby przywrócić choć na chwilę japoński smak otworzyliśmy dziś jedną z paczek. Prawie jak w Japonii. Prawie znowu robi jednak różnicę... :)
piątek, 11 listopada 2011
tokyo. kappa.
Japoński folklor bogaty jest w różne dziwaczne stwory. Jednym z nich jest bardzo popularny kappa, czyli demon wodny. A że wodny, to oczywiście dzisiaj od rana leje jak z cebra. Mimo to kappa nas nie wystraszył i postanowiliśmy go znaleźć. :)
A jak wygląda kappa? Zielony, mniej więcej wzrostu kilkuletniego dziecka, z błonami między palcami i plaskatym dziobem. Czasami ma łuski i skorupę. A na głowie wodę (nie łysinę, jak można by stwierdzić), która jest źródłem jego mocy. Mimo niepozornego wyglądu, kappa jest bardzo silny. Generalnie piękny nie jest. :) Obecnie kappy przedstawiane są zwykle w kawaii sposób, uśmiechnięte i niemal słodkie, nigdy jednak nie uważano ich za przyjazne człowiekowi.
A dlaczego nie są przyjazne? Otóż człowiek, oprócz ogórka, jest ulubionym pożywieniem kappy. Stąd liczne przestrogi, żeby nie zbliżać się do zbiorników wodnych, nie kąpać się w jeziorach, rzekach, bo kappy czyhają. A jak już dostrzega ofiarę, to wciągają ją pod wodę, topią i zjadają. W całości lub swoje ulubione kąski. Co zrobić, gdy staniemy (zdążymy stanąć) oko w oko z kappą?
A gdzie w Tokio żyją kappy? Trzeba udać się do Shitamachi, czyli Dolnego Miasta w okolicach Asakusy i trafić na uliczkę Kappabashi. Bashi oznacza w języku japońskim "most". Obecnie nie ma po nim śladu, ale nazwa została.
Okoliczne sklepy, gównie z artykułami kuchennymi, pooblepiane są naklejkami z tymi demonami. Nie brak także maskotek, szyldów oraz innych ich wizerunków.
Na tej samej ulicy znajdziemy również złotego kappę.
A jeśli dobrze poszukać (nam to szukanie zajęło prawie cztery godziny...), to można zajrzeć także do świątyni Sōgenji, zwanej Kappa-dera, poświęconej właśnie tym demonom. Niestety, aby wejść do środka, trzeba wcześniej zrobić rezerwację. Mimo że błagalnym tonem i wzrokiem prosiliśmy o otwarcie, nie udało się. :(
W Kappa-dera zamiast pieniędzy ofiarowuje się ogórki. Popularne sushi-maki z ogórkiem to właśnie Kappa-maki. :)
Także w świątyni Suitengu wypatrzeć można kappę z malutkimi kappciątkami. :)
A na koniec, żeby nie było, że kappa taki straszny, japońska animacja mówiąca o tym, jak wychować malutkiego kappę, czyli Kappa no Kaikata. :) Tutaj nieoficjalna angielskojęzyczna strona, z której można także pobrać odcinki. A jeden na zachętę.
Kawaii ne!
Więcej informacji o kappach i więcj obrazków tutaj. Polecam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







