Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchniowo-jedzeniowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchniowo-jedzeniowo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 grudnia 2021

Micha, lekiem na całe zło

 

 

 

Jestem absolutną fanką donburi* (丼/どんぶり), czyli jednomiskowych dań japońskich składających się z ryżu i mięsa albo ryb, albo innych dodatków podawanych w misce. Można się więc spotkać z takimi wariacjami tego dania jak oyakodon (親子丼) z kurczakiem i jajkiem, tendon (天丼) z tempurą czy gyūdon (牛丼) z wołowiną.

Będąc w Japonii można się z tym daniem spotkać na każdym kroku (uwielbiam niewyszukane michy w Yoshinoya) i jak dla mnie zawsze smakuje wyśmienicie. Jest smaczne i sycące, idealne na zimne dni. Comfort food w najlepszym wydaniu. A do tego szybkie i proste w przygotowaniu także w domu.




 

Dlatego michy pojawiają się u mnie dosyć często, szczególnie jesienią i zimą, i to w różnych wariacjach. W zależności od tego, co mamy w lodówce i/lub na co jest ochota. Danie to świetnie się sprawdzi również do pudełka na wynos. Tym razem micha z polędwiczkami z kurczaka, marchewką i omletem tamagoyaki.


Co potrzebujemy

ryż do sushi 465gr/3 miarki

polędwiczki z kurczaka 0,5kg

2 marchewki

szczypiorek

marynata: sos sojowy/słodki sos sojowy, mirin, imbir

omlet: 2 jajka, mirin, sos sojowy


Co robimy

Polędwiczki z kurczaka kroimy ma kawałki i zalewamy marynatą, na którą składa się sos sojowy/słodki sos sojowy (3 łyżki), mirin (1 łyżka) i kilka plasterków świeżego imbiru. Tak przygotowane polędwiczki odstawiamy do lodówki (najlepiej na kilka godzin, a co najmniej na godzinę).

Ryż gotujemy tak jak na sushi. Mając suihanki, z którego korzystam, czyli garnek do ryżu, nie zajmuje to dużo czasu i mamy pewność, że ryż zawsze nam wyjdzie.

W między czasie zamarynowane wcześniej polędwiczki podsmażamy na patelni i odstawiamy. Kolej na omlet, czyli tamagoyaki. W misce łączymy jajka, łyżkę mirinu i łyżkę sosu sojowego (opcjonalnie można dodać też łyżeczkę brązowego cukru, jeśli chcemy, aby omlet był słodszy). Nie posiadam specjalnej prostokątnej patelni do tamagoyaki (jest na liście!), więc korzystam ze zwykłej zwijając omlet jedynie 2-3 razy. Smak i tak jest ten sam. :) Po ostygnięciu, tamagoyaki kroimy na małe kawałki.

Na koniec kroimy marchewkę i również podsmażamy na patelni. Kiedy ryż jest już gotowy, łączymy wszystkie składniki, dodajemy 1 łyżkę sosu sojowego i mieszamy. Można dodać jeszcze odrobinę świeżego szczypiorku. I gotowe!

Itadakimasu!

* Donburi oznacza w języku japońskim 'miskę'.

sobota, 30 maja 2020

Matcha sernik na zimno, odsłona 2


Od kilku lat korzystam z tego samego przepisu, który zresztą pojawił się już na blogu. Nie będę ukrywać, że od dawna robię wszystko "na oko", a sernik o dziwo zawsze wychodzi. :) Tym razem dodałam świeże mango (bardzo lubię połączenie mango&amatcha, najczęściej jednak sernik ten robię z malinami lub bez żadnych owoców). Znalazłam również w kuchennej szafce czyste złoto Kanazawy. :) Zupełnie zapomniałam, że przywieźliśmy fiolkę jadalnego złota... Całe szczęście nie traci ono na ważności (chyba) i mogłam go użyć do sernika. Wyszło pięknie i bardzo smacznie.

Co potrzebujemy:

150g ciasteczek maślanych
30g masła
250g serka mascarpone
250g serka twarogowego do wypieków
250ml śmietanki 30%
100g cukru pudru
20g żelatyny w proszku
60ml wody
kopiasta łyżka herbaty matcha
mango (opcjonalnie)
jadalne złoto (opcjonalnie)

forma do pieczenia o średnicy 20cm
papier do pieczenia



Co robimy:


Zaczynamy od masy na spód sernika. Miksujemy razem pokruszone ciasteczka i masło. Formę wykładamy papierem i powstałą masę równomiernie wykładamy na spód formy. Następnie wkładamy do lodówki na ok. 30 min. 
Następny krok to przygotowanie żelatyny, którą mieszamy do całkowitego rozpuszczenia na wolnym ogniu i odstawiamy do ostudzenia. Podgrzewamy śmietankę i dodajemy zieloną herbatę, mieszamy do całkowitego połączenia się śmietanki i herbaty. Dodajemy żelatynę i znowu mieszamy, aby nie było żadnych grudek. Albo prawie żadnych. :) 

Miksujemy serek mascarpone, serek twarogowy i cukier puder, aby otrzymać gładką masę. Dodajemy mieszankę z herbatą matcha i ponownie miksujemy. Masę wlewamy do formy, wygładzamy. Dodajemy pokrojone w kawałki mango i wkładamy sernik do lodówki, aby stężał. Zawsze przygotowuję sernik wieczorem i zostawiam go na cała noc w lodówce. Jest na co czekać!

Przed podaniem można obsypać wierzch sernika matchą i dodać kawałeczki jadalnego złota. Złoto nic nie wnosi do walorów smakowych, ale za to zwiększa efekt wizualny. A że je się również oczami... :) Smacznego!


wtorek, 12 maja 2020

Matcha muffinki z rabarbarem i orzechami


Od lat często piekę muffinki, bo szybko można zrobić coś dobrego, są łatwe w transporcie, więc można je zabrać np. na spacer, a dodatkowo łatwo poddają się eksperymentom kulinarnym. I tak oto w chłodny majowy poranek powstały matcha muffinki z cynamonem i rabarbarem. Na rozgrzewkę. Wciąż też korzystam z tego samego przepisu - nie dodaję dużo cukru, więc jeśli ktoś lubi bardzo słodkie wypieki, powinien zwiększyć ilość cukru co najmniej o połowę.


 



Co potrzebujemy:

mąka tortowa (350g)
mleko kokosowe (400ml)
2 jajka
1/4 szklanki cukru brązowego
proszek do pieczenia (3 łyżeczki)
szczypta soli
pół kostki masła
matcha (duża kopiasta łyżka albo i dwie :))
cynamon (1 łyżeczka)
świeży rabarbar
orzechy włoskie

 





Co robimy:


Wszystkie suche składniki mieszamy w misce i odstawiamy. W rondelku rozpuszczamy masło i odstawiamy, aby przestygło. Dokładnie myjemy, a następnie kroimy rabarbar na małe kawałki. Do suchych składników dodajemy mleko kokosowe, 2 jajka i roztopione masło. Mieszamy szpatułką do całkowitego połączenia się składników.

Rozkładamy ciasto do foremek na muffiny - wypełniamy je do połowy, dodajemy rabarbar, a następnie resztę ciasta. Na wierzch dodajemy orzechy włoskie. Pieczemy ok. 25 minut w 180 stopniach. I gotowe!



Fajnie jest w chłodny majowy dzień poczuć zapach takich muffinek i cynamonu... Sprawdziły się na pierwsze i na drugie śniadanie. Można je też zabrać ze sobą jako przekąskę. Pycha!


czwartek, 23 kwietnia 2020

Dalgona coffee w wersji matcha


Niedawno trafiłam w sieci na piękne zdjęcia smakowitej dalgona coffee (nazwa odnosi się do koreańskich cukierków, które przypominają piankę w czekoladowym kolorze). Poszperałam i postanowiłam zrobić sobie ten obłędnie wyglądający przysmak w domu. Przyznaję, że dalgona coffee jest przepyszna! Nie mogłam więc nie spróbować zrobić tego napoju również w wersji matcha. 💚

 Co potrzebujemy:

matcha
mleko 3,2%
cukier brązowy
2 jajka

Co robimy:

Do rondelka wsypujemy 1/4 szklanki cukru*, dodajemy pół szklanki wody  i podgrzewamy, aż cukier się rozpuści. Gotujemy około 3 minut na wolnym ogniu. 

Oddzielamy białka od żółtek i wlewamy je do miski. Miksujemy białka do uzyskania piany. Następnie dalej miksując wlewamy powoli gorący syrop cukrowy. 

Następnie dodajemy łyżkę stołową (u mnie kopiasta) matcha i miksujemy do uzyskania jednolitej masy.

Do szklanki wlewamy zimne mleko (można dodać także kostki lodu) i szpatułką nakładamy na wierzch matcha pianę. Gotowe!

Matcha dalgona coffee jest przesmaczna, a do tego bardzo orzeźwiająca. Myślę, że latem będzie często gościć w moim jadłospisie. Można ją również przygotować używając ciepłego mleka, dla mnie jednak wersja na zimno jest optymalna. Pamiętajcie, aby do jej przygotowania użyć dobrej jakościowo matcha - nie tylko piękny kolor będzie gwarantowany, ale i wspaniały smak. Itadakimsu!


* W oryginalnym przepisie jest to 1/2 szklanki cukru białego.

piątek, 3 kwietnia 2020

Chlebek bananowy z matcha


Chlebek bananowy kilka razy już miałam okazję zrobić. Jakoś nie pomyślałam, żeby dodać do niego herbaty matcha. Aż do teraz! Użyłam wysokiej jakości matcha, ale można użyć także takiej do gotowania/pieczenia.

Co porzebujemy:

mąka pszenna 200g
1 łyżeczka sody oczyszczonej
pół łyżeczki soli
50g brązowego cukru 
łyżka herbaty matcha 
masło 125g
3 dojrzałe banany
2 jajka
2 łyżki jogurtu naturalnego
2 łyżki mleka
preparowana komosa ryżowa (opcjonalnie)

Co robimy:

W misce łączymy mąkę, sól, sodę i herbatę matcha. Masło ucieramy z cukrem, dodajemy jajka i miksujemy. Do masy dodajemy mleko oraz jogurt i rozdrobnione banany. Wszystko delikatnie mieszamy i łączymy w misce z suchymi składnikami. Gotowe ciasto przekładamy do foremki wyłożonej papierem do pieczenia i posypujemy komosą. Pieczemy około godziny w 180 stopniach. I gotowe!


Chlebek wyszedł nieco ciemny (trochę mi się go przetrzymało w piekarniku...) i jak dla mnie nieco za słodki. Myślę, że następnym razem zrezygnuję z cukru w ogóle. Banany wystarczą. :) Chlebek świetnie się nadaje na śniadanie lub jako frykas do kawusi. Na pewno będę do tego przepisu wracać i go modyfikować, żeby było jeszcze bardziej zielono!


piątek, 31 stycznia 2020

Kawa czy herbata? Oto jest pytanie...

Droga, ale bardzo dobra kawa w Burn Side St Cafe w Harajuku

Nigdy nie byłam kawoszem i przez lata picie kawy było mi zupełnie obce. Ale człowiek się starzeje i mądrzeje ;), więc od lat kawę pijam i z nią zaczynam dzień. Dla smaku, bo legendarne właściwości anty usypiające kawy na mnie zupełnie nie działają. Nic a nic. Ale smak kawy, dobrej kawy, lubię. A co to znaczy dobra kawa? Taka, która mi smakuje i która nie jest kwaśna, tylko aromatyczna i smooth. I musi być z mlekiem - czarnej kawy nie znoszę. Ale, jak już pisałam, żaden ze mnie smakosz, a tym bardziej znawca. Kawę w Japonii pijam i owszem, mimo że to herbatą się zachwycam.

Hōjicha set w Yamajin Cafe w Wazuce

Japonia jak wiadomo herbatą stoi. I to przede wszystkim zieloną. Wciąż jest to chyba najpopularniejszy napój podawany i kupowany w bardzo różnych odmianach - od taniej (ale nie znaczy to, że zawsze złej) herbaty butelkowanej z automatów po kosztowne odmiany sproszkowanej matcha podawane w czasie ceremonii herbacianej. To właśnie matcha (jej kulinarna wersja) używana jest do produkcji sławnych zielonych Kit Katów i wielu innych słodyczy, jak lody czy ciastka.

 Krótka ceremonia herbaciana prowadzona przez gejsze w teatrze Minamiza w Kioto

Niektórzy wiedzą, że jestem matchaholikiem i nie przepuszczam okazji, aby czarkę matcha wypić. Uwielbiam też wszystko o smaku matcha i kiedy tylko mam okazje próbuję nowych dań. Specjalnie wybrałam się do Green Tea Restaurant 1899 Ochanomizu w Tokio, aby rozsmakować się w ich menu - każda potrawa zrobiona jest z dodatkiem zielonej herbaty (niekoniecznie matcha), a zasłynęli swoim matcha piwem. Niestety, miejsce to okazało się być sporym rozczarowaniem, bo ładnie i owszem, ale niezbyt smacznie. Nie wspominając już o tym, że kolor zielony wcale nie gwarantuje matcha smaku... W Japonii często pijam matcha latte i muszę przyznać, że to z sieciówek także mi smakuje - chyba najbardziej to z Tully's. Ich matcha latte nie jest tak słodkie jak to ze sławnego Starbucksa, a używana przez nich matcha pochodzi z Uji (czyli najpewniej z Wazuki ;) ).

 Pyszna matcha latte w sieciówce Tully's oraz butelkowana herbata z Wazuki

Jak to jest z tą kawą? Otóż kultura picia kawy tak naprawdę ma już trochę lat, a rozkwitła wraz z pojawieniem się tzw. kissaten 喫茶店 (w skrócie kissa), czyli kawiarni. Mimo że w nazwie znajduje się znak kanji oznaczający herbatę (), a tłumacząc dosłownie kissaten oznacza "sklep, w którym pija się herbatę", to właśnie w takich miejscach kawy na pewno się napijecie. W menu zwykle też są dania typu tosty czy spaghetti. Kissa powstawały w głównej mierze erze Shōwa (1926-1989), a jedzenie i wystrój kojarzą się raczej z Zachodem niż japońską estetyką i kuchnią. To miejsca zatrzymane w czasie,które mają specyficzny klimat, dlatego zachęcam, żeby zajrzeć, jeśli będzie taka możliwość. Więcej o kissa można przeczytać tutaj.


Lodowy deser z kulkami mochi i owocami w kissa w Kioto

Malutka filiżanka kawy w uroczej kissa w Kioto

Obecnie kawa jest bardzo popularnym napojem w Japonii i nie brakuje także wspomnianych już sieciowych kawiarni, w tym Starbucksa. Ta sieć ma na swoim koncie kawiarnie, które architektonicznie świetnie wpisują się w japoński krajobraz, jak np. słynny już Starbucks w Kioto wyłożony tatami. Ale sieciówek jest więcej, że wspomnę tylko o Pronto, Dotour czy już wymienionej przeze mnie Tully's. Poza kissa oraz sieciówkami są jeszcze coffee shops. Są to zazwyczaj malutkie, wyspecjalizowane miejsca serwujące różne rodzaje kawy. Miejsca nieco hipsterskie i instagramowe, ale na pewno mające swój urok. Osobiście lubię. Kiedyś chyba z pół godziny szukałam ukrytej w niepozornej uliczce Omotesando Koffee, którą w końcu udało się odnaleźć, kiedy natknęłam się na kolejkę do garażu. Okazało się, że ten bardzo trendy wówczas coffee shop powstał w podwórku domku rodzinnego i był bardzo dobrze ukryty przed światem zewnętrznym. Ale było warto - kawa była pyszna! Więcej o tego typu kawowych miejscach przeczytacie np. tutaj.
 
Trudna do odnalezienia i niestety nieistniejąca już Omotesando Koffee

Wyruszając z samego rana gdzieś dalej, najczęściej moja śniadanie kombinuję na dworcu kupując ekiben i puszkowaną kawę. Automaty w Japonii nie tylko chłodzą - są i takie, w których kupimy gorące napoje, najczęściej właśnie kawę. Bolączki są dwie. Najczęściej kawy mamy tylko dwa rodzaje - czarna (gorzka) i z mlekiem (przeraźliwie słodka). Dla mnie obie wersje są nie-do-wypicia. Czasami trafia się ciepłe matcha latte i wtedy taki napój wybieram do śniadania. Zwykle jest to jednak kawa. Używam określenia "puszkowana", ponieważ kształtem opakowanie przypomina butelkę, ale jednak zrobione jest z aluminium, więc jak puszka. Mimo że kawa jest w środku gorąca, zwykle da się ją chwycić gołą ręką - ale już kilka razy się nadziałam, więc trzeba uważać.Alternatywa na większych stacjach jest oczywiście kawa na wynos - praktycznie na każdym dworcu mamy co najmniej jedną kawiarnię lub konbini, gdzie można się w taką zaopatrzyć.

Puszkowana czarna i biała kawa oraz najlepsza puszkowana matcha latte, którą piłam w Japonii

Mam też swoją małą tradycję związaną z kawą właśnie. Uwielbiam tokijską dzielnicę Asakusa. Kilka lat temu powstał tam nowy budynek informacji turystycznej, a dokładnie  Culture Tourist Information Center. Na górze znajduje się taras widokowy, z którego mamy widok na Sky Tower i świątynię Sensōji. Ale. Lepszy widok na świątynię i prowadząca do niej uliczkę Nakamise mamy z kawiarni tuż obok. Co prawda, tam nie można usiąść i podziwiać bez zamówienia czegoś, ale myślę, ze warto. Kawa jest tam nieco droższa, ale dobra - a taki widok wynagradza wszystko. Za każdym razem będąc w Japonii kieruję się tam, aby posiedzieć, popodziwiać i napić się kawy. Albo herbaty. :)

poniedziałek, 4 listopada 2019

Ramen, czyli co w tej zupie pływa...?


Kilka lat temu oglądając Ramen Girl (aka Miłość o smaku orientu...) stwierdziłam, że żadną "ramen girl" nie będę. Ramen, mimo swojej ogromnej popularności - ostatnio także i u nas, nigdy nie skradł mojego serca tak do końca. Nawet wyrażałam się o nim z lekkim lekceważeniem nazywając "japońskim rosołem". Muszę jednak przyznać, że ostatnio moje spojrzenie na ramen nieco się zmieniło. Nie żeby teraz była to miłość aż po grób - nadal są dania kuchni japońskiej, które zdecydowanie preferuję, ale ramen został przeze mnie odkryty na nowo. Trochę także dzięki filmowi Ramen Teh (aka Ramen. Smak wspomnień...*). :)



Ramen Teh to nostalgiczna opowieść, której akcja rozgrywa się w... Singapurze. Główny bohater Masato rusza kulinarnymi śladami swoich zmarłych rodziców, którzy poznali się właśnie tam. Jego celem jest nie tylko odkrywanie ich przeszłości, ale również odtworzenie dania, w którym specjalizowała się jego mama. Bak kut teh (tłumacząc dosłownie "mięsna herbata z kością") to chińska zupa gotowana na bazie wieprzowiny. Ojciec Masato, mimo że sam prowadził w Singapurze restaurację kaiseki, bardzo upodobał sobie to danie i często był gościem miejsca, gdzie pracowała mama Masato. Po przybyciu do Singapuru, Masato dowiaduje się, że jego babcia nadal żyje. Ten postanawia ją odwiedzić, ale babcia nie ma zbytniej ochoty na kontakt z wnukiem. Masato nie daje jednak za wygraną i przekonuje do siebie babcię gotując tytułowy ramen teh, czyli zupę bak kut teh z makaronem typu ramen. Ostatecznie Masato wraca do Japonii, gdzie zaczyna serwować ten rodzaj ramenu w swoim ramen shopie. A dlaczego ten film nieco bardziej skłonił mnie do ramenu? Bo pokazał mi, że i z ramenem można eksperymentować i zrobić coś po swojemu. W granicach rozsądku rzecz jasna. :)



Skąd się wziął ramen ( ラーメン)? Jak bardzo wiele dań kuchni japońskiej ramen wziął się z Chin. To proste danie ulegało zmianom i obecnie istnieje wiele jego rodzajów (ciekawy wpis na te temat znajdziecie u Pyzy tutaj), a mistrzowie ramenu są poważani pewnie nie mniej niż najlepsi sushi masterzy. Ramen to również (a może przede wszystkim?) umami i każda miska skomponowana jest tak, aby ten piąty smak wydobyć jak najlepiej.

Mnie ramen kojarzy się z szybkim daniem na stacji kolejowej, z mikro knajpkami na trzy krzesła i uczuciem ciepła i przepełnienia. Zdarzyło mi się jeść ramen i w Polsce, i w Japonii. Te w Japonii (mimo że mniej wymyślne, a może właśnie dlatego...) smakowały mi bardziej. Dla mnie ramen to przede wszystkim comfort food, który ma mnie rozgrzać w zimny dzień i zapełnić brzuch.  Podobnie jak sushi, ramen urósł już niemal do dania-legendy, mimo że tak naprawdę to street czy też nawet fast food.


Przepis na ramen może wydawać się banalny. Za Krytyką Kulinarną podaję: makaron, wywar (najczęściej mięsny lub rybny), sos, czyli tare (垂れ), olej smakowy i dodatki. Proste? No właśnie nie do końca. :) Ostatnio dzięki K. eksperymentujemy z tym japońskim daniem. Zrobić ramen w domu? To zawsze wydawało mi się KOSMICZNE. Okazało się jednak, że da się. Kosztuje to trochę czasu, wysiłku i zachodu, ale da się. Eksperymentujemy trochę na razie na oko, trochę według własnego wyobrażenia ramenu, trochę podpatrując przepisy (między innymi od Adama). I nam smakuje. Nasz domowy ramen to pewnie taka trochę wariacja na temat. I z góry przepraszam wszystkich purystów/ekspertów ramenowych, że na przykład nie robimy domowego makaronu. Jeszcze. 

Poniżej nasz przepis na ramen. Nieortodoksyjny. :)

Co potrzebujemy:

WYWAR
pół kilo kości wieprzowych (żeberek)
4 duże skrzydełka kurczaka
cebula czerwona
4 ząbki czosnku 
duży kawałek imbiru pokrojony w plastry 
szczypior

WYWAR Z KONBU
5-7 płatków wodorostów konbu
dashi

TARE
słodki lub słony sos sojowy w zależności od preferencji
mirin lub miód
starty imbir
szczypior

DODATKI
groszek cukrowy
jajka ugotowane na miękko marynowane przez noc w słodkim i słonym sosie sojowym oraz mirinie z dodatkiem kilku plastrów czosnku 
podsmażony wędzony boczek
szczypior 
glony wakame
makaron

Co robimy:

WYWAR
Żeberka oraz skrzydełka wymoczyć przez noc w zimnej wodzie. Odcedzić odsączoną krew i wymyć mięso, następnie umieścić je w zimnej wodzie i zagotować. Gotować przez dziesięć minut, potem odcedzić, przelać zimną wodą i ostudzić. Tak przygotowane żeberka i skrzydełka umieścić w garnku dodać cebulę, imbir, czosnek, szczypior i zalać zimną wodą, która powinna przykryć zawartość garnka. Doprowadzić do wrzenia i zmniejszyć gaz na minimalny poziom. Gotować co najmniej cztery godziny, co jakiś czas usuwając szumowiny z wywaru (jeśli takie się pojawią). Jeśli zajdzie potrzeba można dosolić wywar, zwykle dużą łyżką stołową soli.

WYWAR Z KONBU
Wodorosty konbu umieścić w zimnej wodzie na noc. Następnie je zagotować, dodać dashi (dwie łyżeczki lub więcej, jeśli chcemy uzyskać bardziej słony i intensywny wywar). Zaraz po zagotowaniu wymieszać i wyłączyć wywar.

TARE
Wszystkie składniki wymieszać do uzyskania w miarę gęstej konsystencji. 

PODANIE
Glony wakame zalać zimną wodą na około 10 minut, następnie odcedzić i odstawić. Makaron ugotować zgodnie z informacją na opakowaniu, odcedzić i odstawić. Na dnie misek umieścić 2-3 łyżki stołowe tare. I odpowiednio, w zależności od preferencji, dodać wywar mięsny i wywar z konbu w stosunku 2:1 lub 3:2. Nalewamy je osobno nie mieszając ich wcześniej w jednym garnku. Dodajemy makaron, glony wakame oraz pozostałe dodatki według uznania i gotowe.

Itadakimasu!


*Chyba poczynię kiedyś posta o tłumaczeniach tytułów filmowy. Nadal ta nie przestaje mnie zadziwiać...

poniedziałek, 12 listopada 2018

Na herbatce u Totoro... w Pradze!


Momoichi Bistro wpadło mi w oko dawno temu i przykuło moją uwagę maskotkami z animacji Mój Sąsiad Totoro oraz japońską kuchnią. Śledziłam to miejsce na FB i wypatrywałam okazji, kiedy w końcu będę mogła tam wpaść na matcha latte. Kilka dni temu się udało i mimo że miejsce to wcale nie jest aż tak bardzo "totorowate", jak mi się wydawało, to urzekło mnie wnętrzem, obsługą i smakami.



Momoichi Bistro mieści się w przepięknej odremontowanej kamienicy w centrum Pragi (niedaleko Muzeum Narodowego i Placu Wacława). Wnętrze jest bardzo proste, "oddycha", urządzone ze smakiem i azjatycką nutą (napisy są po czesku i japońsku, gdzieniegdzie wiszą kaligrafie, a w toalecie mamy kosmiczny japoński pojazd). Od wejścia wita nas "totorowy" przystanek oraz wystawione pyszności. Poza daniami z menu w Momoichi Bistro można obkupić się w "totorowe" gadżety (głównie maskotki) i japońską herbatę. Kusiło. :)



Do Momoichi Bistro przyszliśmy jednak przede wszystkim zjeść. W karcie, która jest akuratnych rozmiarów, znajdziemy nie tylko dania japońskie, ale i inne azjatyckie pyszności. Skusiliśmy się na Pork belly slider podawany w bule oraz Kuřecí "smoky" karaage, czyli kawałki kurczaka z ostrym sosem i ryżem. Porcje może nie były oszałamiająco duże, ale na nasz głód w sam raz, a wszystko ładnie podane i smaczne. Zostało nam miejsce na deser, więc skusiliśmy się na Matcha mille crepe (bardzo matcha!) oraz Matcha koshian roll (mało matcha). Pycha!



Było też matcha latte (nie słodkie, ale przyjemnie kremowe), a K. wypił bardzo dobrą kawę. Zapomniałam dodać, że na samym początku dostaliśmy wodę do stolika oraz mokre ręczniczki (substytut oshibori), więc już na starcie było miło. :) 


Momoichi Bistro na pewno na stałe zagości na mojej praskiej mapie i będę tu wpadać, jeśli nadarzy się okazja. Warto nawet dla samego matcha latte i atmosfery tego miejsca - przyjemnie niezobowiązującej - oraz obsługi, która cierpliwie znosiła moje obfotografowywanie i szukanie Totoro. :)


niedziela, 7 stycznia 2018

Nabe, po prostu jest smaczne


Kiedy jesienna i ponura niby zima za oknem, nie ma nic lepszego niż pyszne jedzenie na poprawę nastroju. A najlepsze dania na taki dzień to buchające od gorąca japońskie nabemono (なべ物) i donburi (). Nabemono (z japońskiego nabe, czyli "garnek", oraz mono, czyli "rzecz"), inaczej nabe, to potrawa przygotowywana w specjalnym naczyniu (hinabe), z którego jedzą wszyscy uczestnicy posiłku. Według japońskiej tradycji takie spożywanie nabemono ma zacieśniać więzy między ludźmi. Z kolei donburi (z japońskiego "miska") to danie sładajace się z ryżu i mięsa, ryb i/lub warzyw oraz specjalnego sosu. To jedno z moich ulubionych japońskich dań, więc kiedy okazało się, że w moim Wrocławiu powstało Nabe, nie mogłam się doczekać odwiedzin.


Miałam to szczęście, że zostałam zaproszona nie nieoficjalne otwarcie Nabe, podczas którego mogłam spróbować prawie wszystkich dań, które miały znaleźć się w karcie. Byłam zachwycona nie tylko wnętrzem, pięknym podaniem potraw, pomysłowością i sposobami połączenia smaków, ale także tym, że poza sushi zobaczyłam na liście właśnie nabemono i donburi. Jakiś czas później ponownie dowiedziałam Nabe - tym razem w ramach kolacji połączonej z degustacją herbat mistrza Takady. Wieczór był pełen zaskakujących połączeń, które idealnie współgrały z podawanymi herbatami. Ponownie wszystko smakowało obłędnie!



Mając w głowie te wspaniałe smakowe wspomnienia, postanowiłam nowy rok zacząć właśnie w Nabe. I w pełni posmakować moich ulubionych dań. Zanim jednak przejdę do menu muszę zaznaczyć, że Nabe jest nie tylko smacznym, ale i pięknie wymyślonym miejscem. Dobór kolorów i materiałów, nienachalne akcenty japońskie, cała przestrzeń jest wprost idealna - przytulna, a jednocześnie elegancka. Chce się wracać! :)


Jeszcze jedna uwaga, zanim będzie o jedzeniu. Jeśli śledzicie bloga, to pewnie zauważyliście, Drodzy Czytelnicy, że w miejscach, które podają japońskie jedzenie, zawsze brakuje mi oshibori (おしぼり). Tego małego wydawałoby się niewartego uwagi elementu, który jednak dla mnie dopełnia całość. I tu Nabe nie tylko nie rozczarowuje, ale wręcz kolejny raz mile zaskakuje. Bo oshibori w Nabe to nie tylko gorące ręczniki, ale specjalne gorące ręczniki podawane w formie pęczniejących pod wpływem wody krążków. Magia! :)


Po tej krótkiej zabawie przechodzimy do meritum. Dostaliśmy czekadełko w postaci glonów wakame, a na przystawkę zdecydowaliśmy się na atheriny, czyli malutkie rybki smażone w całości i podawane z majonezem wasabi. Spora porcja idealna na pierwszy głód.


Zamówiliśmy również herbaty, które dostarczane są przez wrocławską Czajownię. Zdecydowaliśmy się na dwie: zielona herbatę z prażonym ryżem (genmaicha) oraz jedną z moich ulubionych herbat z liści wiśni (sakuracha). I tu kolejna miła niespodzianka. Herbatę parzymy sobie sami! Dostajemy zestaw z termosem, glinianą czarką, w której zalewamy herbatę, czarką, podstawką oraz mini klepsydrą do odmierzania czasu parzenia. Bez obaw, nawet jeśli nie wiecie, jak się do tego wszystkiego zabrać, obsługa wytłumaczy co i jak. :)


 

Zamówiliśmy dwa główne dania. Dla siebie wybrałam katsudon, czyli donburi z kotletem w panierce i jajkiem. I tu kolejny raz mamy okazję się pobawić. Dostajemy sos oraz moździerz, w którym ucieramy sezam, a następnie łączymy go z sosem i dodajemy do michy.



A micha pełna po brzegi. Ogromny kotlet w panierce z prażonymi orzechami, z kapustą, ogórkiem i jajkiem na ryżu. Porcja jak dla mnie nie-do-przejedzenia. Donburi pyszne i sycące. Na pewno wypróbuję jeszcze kiedyś i pozostałe rodzaje.



K. pokusił się na sakana nabe, czyli nabe z owocami morza (między innymi z kalmarami, krewetkami), łososiem, warzywami i makaronem udon. Na specjalnym palniku ustawiono naczynie już wypełnione składnikami, które należało gotować przez kilka minut. Następnie porcja makaronu i część składników lądowało w miseczce i już można było konsumować.



Po takich pysznościach mieliśmy brzuchy pełne. Żałowałam, bo miałam w planach jeszcze czekoladowy foundat matcha. Miałam już okazję go spróbować i przyznaję, że mimo, że smak matcha był tylko trochę wyczuwalny, idealnie zgrywał się z czekoladą, która dosłownie rozpływała się w ustach. No cóż, trzeba będzie do Nabe wrócić. I to szybko. :)



Podsumowując, była to kolejna bardzo udana wizyta. Uważam, że Nabe to jedna z najlepszych restauracji, gdzie dane mi było jeść po japońsku. Właściwie jedynym mankamentem tego miejsca jest jego lokalizacja - zdecydowanie zbyt odległa ode mnie. :) Zapraszam do Nabe!