wtorek, 20 maja 2014

Inaba


Warszawska Inaba to takie miejsce, do którego zawsze zaglądam, jeśli jestem w Warszawie. Po części wynika to pewnie z przyzwyczajenia, po części z tego, że często nocuję gdzieś w okolicach. Nie wiem, czy są w Warszawie lepsze japońskie knajpki, może i tak, ale jeszcze nie miałam okazji do nich trafić. :) A Inabę całkiem lubię.


W ciągu kilku lat, od których tam zaglądam, wnętrze się zmieniało. Pamiętam, że kiedyś był na środku okrągły bar, przy którym sushi master robił swoje. Obecnie jest prosto, miło i bez takich ekstrawagancji. :) Z zewnątrz można odnieść nieco złe wrażenie, które potęguje jeszcze konieczność przejścia obok przychodni, a potem w dół, do podziemi... Ale jak już dotrzemy na miejsce, jest całkiem przytulnie, na ścianie wiszą cudne żurawie, a znad baru uśmiechają się sushi masterzy.


Bardzo spodobała mi się zastawa. :) Na przystawkę była sałatka ziemniaczana, a do picia zamówiłyśmy herbatę z prażonym ryżem. Zwykle zamawiam w Inabie tzw. "michę", czyli tendon, gyudon, katsudon, don, don, don..., ale tym razem było inaczej. To było wyjście na mały głód, więc zamówiłyśmy jedną porcję gyozy, sushi i tempury na spółkę, ale i tak najadłyśmy się do syta. Gyoza była poprawna, sushi pyszne, ale tempura trochę mdła.



Trochę tym razem obsługa mnie zawiodła i czas oczekiwania na dania mógłby być krótszy, ale cóż. Nie można mieć wszystkiego. Na tę chwilę jednak Inabę polecam i na pewno będę tam jeszcze zaglądać.

środa, 14 maja 2014

Yamate


Yamate (山手) to ta część Yokohamy, która została przeznaczona dla obcokrajowców, gdy Yokohama otworzyła swój port na świat w połowie XIX wieku. Ta specjalnie zaprojektowana dzielnica gościła głównie osoby zajmujące się handlem, między innymi jedwabiem. Do dziś znajduje się tam wiele miejsc związanych z białymi barbarzyńcami. Historia tego miejsca bardzo mnie zainteresowała i na pewno chciałabym przyjrzeć się jej bliżej.


W końcu udało mi się dotrzeć do Yamate, części miasta określanej również jako "The Bluff" (urwisko, skarpa). Zdecydowanie jest to miejsce na jednodniową wycieczkę, jeśli chcemy zobaczyć wszystko. A jest co oglądać. Na wzgórzu, poza rezydencjami w różnych stylach, znajdują się korty tenisowe mające być kolebką tego sportu w Japonii, katedra, dwie międzynarodowe szkoły, cmentarz oraz park, z którego roztacza się widok na port. To przyjemna mieszkalna okolica z parkami i kafejkami.



Na wzgórze weszłyśmy trochę przypadkiem, bo nie mogłyśmy znaleźć żadnych oznaczeń. Ale dzięki temu najpierw trafiłyśmy na ulicę Motomachi. Jest tam nieco zachodnio, kilka domów, sklepów wygląda jakby były niemalże wyjęte z jakiejś europejskiej uliczki. Ponoć wzdłuż całej trasy porozmieszczane są poidełka dla zwierząt, więc jest to również dobre miejsce na spacer ze swoim pupilem. Będąc już na wzgórzu najpierw trafiłyśmy na korty tenisowe (znajduje się tam również Muzeum Tenisa) i jedną ze szkół, a potem do katedry.


Udało nam się zwiedzić także trzy domy z siedmiu istniejących, nad którymi piecze sprawuje Yamate Seiyoukan. Najpierw trafiłyśmy do Berick Hall. Wspaniały dom w hiszpańskim stylu zbudowany w 1930 roku. W środku piękne schody, łazienki z retro korkami przy kranach, a do obejrzenia między innymi sypialnia, pokój dziecka i gabinet pana domu. Cudowne czarno-białe posadzki, ogromna sala (balowa?) z fortepianem i okna z okiennicami. To największa rezydencja w Yamate i na pewno warta uwagi.




Następnie wstąpiłyśmy do Ehrismann Residence. Budynek powstał w 1926 roku i znajdował się w innym miejscu - w obecne został przeniesiony w 1990 roku. W środku dosyć pusto. Możemy zerknąć między innymi na makietę całej okolicy Yamate, jadalnię, pokój do rysowania i sypialnię.


Na koniec udało nam się jeszcze zobaczyć Bluff No. 234. Przyjemny dom, w którym znajdują się cztery identyczne pod względem metrażu apartamenty. Zachwycił mnie salonik na parterze z fotelami i gramofonem.


Większość zachowanych rezydencji można oglądać za darmo, należy jedynie zdjąć buty i zamienić je na kapcie. Poczułam się trochę jak w polskich muzeach za dawnych lat. :) W każdym domu można przystawić sobie pamiątkową pieczątkę w notesiku albo zaopatrzyć się w specjalną mapkę (tylko w języku japońskim), gdzie jest specjalne miejsce na pieczątki z odwiedzanych miejsc. Polecam również zajrzeć do Yamate Museum, chociażby z zewnątrz. Cudowny bajkowy budynek otoczony ogródkiem.


Zaraz obok znajduje się również cmentarz, na którym pochowanych jest ponad cztery tysiące obcokrajowców z czterdziestu różnych krajów. Niestety, nie miałyśmy już czasu, aby tam zajrzeć.


Yamate oferuje jeszcze wiele ciekawych miejsc, między innymi Muzeum Zabawek i całoroczny sklep z ozdobami bożenarodzeniowymi Christmas Toys oraz Muzeum Kotów. Warto wybrać się do parku (Minato no Mieru Oka Koen) na Francuskim Wzgórzu i spojrzeć na port, a także zajrzeć do francuskiej kafejki niedaleko cmentarza. Jest jeszcze wiele do zobaczenia i między innymi dlatego chciałabym jeszcze kiedyś do Yamate wrócić.

czwartek, 8 maja 2014

Have a Break, Have a Kit Kat.


Kit Kat, czy też Kitto Katto po japońsku, kto o nim nie słyszał. :) Dokładnie nie wiadomo, dlaczego akurat ten słodki przysmak tak bardzo zawojował Japonię. Być może ma to związek z dosyć powszechna opinia, iż o popularności tych batoników zadecydowało podobieństwo nazwy do słów kitto katsu, czyli "na pewno odniesiesz sukces; zwyciężysz". Z tego powodu są również czasami kupowane na prezent np. przed egzaminami wstępnymi. Maja przynieść szczęście. :) Faktem jednak jest, że walory smakowe i ilość ich rodzajów obrosły już niemal legendą. Bo Kit Kat o smaku gorzkiej czekolady czy zielonej herbaty matcha, nikogo już nie dziwi, a inne jego wariacje, jak np. o smaku wasabi, wzbudzają zainteresowanie i chęć spróbowania. A jeśli jeszcze do tego dodamy fantazyjne czasami opakowania oraz edycje specjalne, to mamy świetnie sprzedający się gotowy produkt.

 Opakowania edycji specjalnych - zielona herbata z wiśnią oraz z chilli. W środku cztery malutkie podwójne batoniki.

Typowe opakowanie mieszczące trzy podwójne malutkie batoniki. Tutaj wersja Hokkaido Red Bean.

Batoniki o smaku truskawkowego sernika sprzedawane w pudełkach w kształcie Fuji-san.

Nie jestem wielką fanką Kit Katów, ale i mnie nieco ogarnęło to Kit Katowe szaleństwo. :) Stąd wizyta w tokijskiej Kit Kat Chocolatery.




Sklep mieści się na parterze olbrzymiego domu towarowego w Ikebukuro, do którego możemy dostać się wprost ze stacji JR Ikebukuro. Tak naprawdę jest to malutkie stoisko upchnięte w rogu ogromnej powierzchni handlowej. I już to jest rozczarowujące, bo miałam wyobrażone w głowie, że będzie to sklep na wzór niektórych naszych czekoladziarni. Drugim rozczarowaniem był asortyment. Okazało się, że w Kit Kat Chocolatery można kupić jedynie tzw. edycje specjalne, a ja miałam nadzieję na wszystkie smaki świata.


Muszę przyznać, po spróbowaniu kilku smaków, że jednak te tradycyjne czekoladowe tylko Kit Katy najbardziej mi odpowiadają. No i może jeszcze cappuccino. :) Natomiast te o smaku matcha bardzo mnie rozczarowały, bo były... bardzo mało matcha. Tak naprawdę jedyne Kit Katy, które mi smakowały, z tych "japońskich", to edycja specjalna o smaku matcha sakura, czyli połączenie zielonej herbaty z japońską wiśnią. Inne nie były złe, ale spokojnie mogę bez nich żyć - żadna rewelacja. Trochę szkoda, że u nas nie ma jakiś specjalnych edycji i smaków. Ciekawe, jak smakowałby polski Kit Kat? :)

sobota, 3 maja 2014

Cały dzień razem - wyniki


I nadeszła ta oczekiwana chwila - wyniki konkursu Cały dzień razem. :) Na początku chciałam podziękować za wszystkie zgłoszenia, ale, jak wiadomo, zwycięzca może być tyko jeden. :) Od razu byłam pewna, że ta propozycja konkursowa będzie dobrym wyborem. Ale po kolei - najpierw zwycięska propozycja, a potem relacja, czyli co z tego wynikło. :)

Plan wycieczki do Tokio
* Pierwszym punktem naszej wycieczki będzie odwiedzenie dzielnicy Shibuya.
- Zagościmy do Meiji Jingu, miejsca historyczno - religijnego. Adres: 1-1 Yoyogi Kamizonocho. Czynne: od 9:00 do 16:30. Opłata za wstęp: 500 jenów czyli ok. 15 złotych, spędzamy tam ok. 2 godziny.
- Potem zmierzamy do Bunkamura, są tam galerie sztuki, sklepy, kawiarnie, restauracje itp. Czyli czas aby coś przekąsić. Adres: 2-24-1 Dogenzaka, będziemy tam ok. godziny. Dojście z Meiji Jingu zajmie nam ok. 5 min.
- Następnie spędzimy troszkę czasu w Parku Yoyogi, ten park jest ogromny, cichy i pełen spokoju. Wstęp wolny. Adres: 2-1 Yoyogi - Kamizono-cho. Będziemy tam ok. godziny i 30 min. Dojście z Bunkamura zajmie nam ok. 5 min.
- Następnie wyruszymy do Omotesando Koffee, wspaniały personel i atmosfera, cappuccino bardzo dobre, lokal jest czynny: od 10:00 do 19:00, adres: 4-15-3 Jingumae. Spędzimy tam ok. 30 min. Trafienie z Parku Yoyogi zajmie nam ok. 5 min.
- Potem wyruszamy zjeść wspaniałe ramen do Chuka Soba Suzuran. Nudle domowej roboty ;) Dania kosztują ok. 850 jenów czyli ok. 25 złotych. Adres: Shibuya 3-7-5. Spędzamy tam ok. 40 min. Dojście z Omotesando Koffee zajmie ok. 5 min.
*Drugim punktem naszej wycieczki będzie odwiedzenie dzielnicy Harajuku.
- Idziemy na Takeshita-dori i zmierzając troszkę dalej i skręcając w prawo po 30m. dochodzimy do pomnika Elvisa Presleya, stoi on u wejścia do Muzeum Rock and Rolla, które w rzeczywistości jest sklepem pełnym pamiątek.
- Na południe od Takeshita-dori biegnie równolegle do niej elegancka Omote-sando, jest tam dużo sklepów z szykowną odzieżą. Jeden z najprzyjemniejszych traktów spacerowych w Tokio.
- Po lewej stronie skrzyżowania Meiji-dori jest LaForet, mekka mody z ponad 150 sklepami.
- Tuż orzed Hanae Mori wznosi się Bazar Orientalny, skupisko sklepów z antykami oraz wyrobami rzemiosła w dobrym gatunku, można kupić tam fajne pamiątki. Adres: Jinguame 1 chome.
Harajuku Takeshita-dori. Spędzamy tam ok. 2 i pół godziny. Dojście z Chuka Soba Suzuran zajmie nam ok. 10 min.
* Trzecim naszym punktem wycieczki będzie odwiedzenie dzielnicy Shinjuku.
- Przejdziemy do uliczki Asadachi w okolicy Kabuki-cho, są tam "nietypowe" japońskie przekąski uliczne (np. żaby, jaszczurki na patyku, wódka z jadu węża). Czynne: od 12:00 do 23:00. Będziemy tam ok. godziny. Dojście z Harajuku zajmie nam ok. 15 min. Adres: 1-2-14 Nishi-Shinjuku.
- Pod koniec naszej wycieczki możecie przejść się po Shinjuku West Exit Camera Town Nishishinjuku 160-0023. ok. godziny. Dojście z uliczki Asadachi zajmie ok. 5 min.
- Następnie możemy wyruszyć do hotelu Ace Inn Shinjuku, adres: Tokyo Shinjuku Katamachi 5-3. Cena za jedną noc od osoby: 131 PLN. Dojście z Shinjuku West Exit Camera Town, zajmie ok. 10 min.

** Jeśli by panie miały ochotę to gorąco polecam na drugi dzień przejść się do dzielnicy Taito Ueno Park, adres: 5-20 Uenokoen. Są tam przepiękne drzewa wiśni, jest jeszcze Ueno Zoo i znajdują się tam wielkie pandy, alejki są ciekawie rozplanowane, wstęp kosztuję: 600 jenów czyli ok. 18 - 20 złotych od osoby dorosłej i jest czynne do 20:00. **

(Na wszelki wypadek proszę wziąć ze sobą parasolki).


Dzień zaczęłyśmy około godziny 9:00 niezdrowym śniadaniem w dzielnicy Shibuya. Postanowiłyśmy rozpocząć ten piękny słoneczny dzień leniwie od kawy (to Mama) i matcha latte (to ja) w Starbucksie, a przy okazji rzucić okiem na największe ponoć przejście dla pieszych na świecie. Było dużo hałasu, ludzi oraz obowiązkowa fotka z Hachiko. :) 

Następnie ruszyłyśmy do shintoistycznego chramu Meiji. Bardzo lubię to miejsce, pełne zieleni i przestrzeni w samym środku głośnych tokijskich dzielnic. Miałyśmy tam okazję podejrzeć ślub. A nawet kilka ślubów - ładna pogoda, sobota i Meiji-jingu niemal zawsze gwarantują orszak ślubny. :) Tereny chramu to idealne miejsce na chwilę odpoczynku i zerknięcie na tajemniczy świat tradycyjnej religii Japończyków.


A potem było już szwendanie się po trzech miejscach - Shibuya, Harajuku oraz Shinjuku. Czasami podjeżdżałyśmy sobie linią Yamanote, bo mając JR Pass nic nas to nie kosztowało, a będąc w Harajuku stwierdziłyśmy na przykład, że mamy ochotę na gyozę - a fajne miejsce z tymi pierożkami znam właśnie w Shibuya, więc w pociąg i na obiad. :)


To mały bar znajdujący się na drugim piętrze w niepozornym budynku, ale trudno go nie znaleźć - wszędzie widać pierożki. :)  Gyoza jest tam pyszna i możemy ją zjeść na trzy sposoby - pierożki smażone, grillowane lub gotowane. Standardowa porcja to sześć sztuk, ale na duży głód można kupić większe zestawy na przykład z czterdziestoma pierożkami. I, oczywiście, wychodzi to taniej niż kupowanie kilku mniejszych porcji. :)


Po obiedzie przydał się nieco dłuższy spacerek, a potem relaksujące spoglądanie na Tokio z góry. W rządowych budynkach Tōkyō Tochō znajdujących się w Shinjuku od 9:30 do 23:00 można podziwiać miasto z lotu ptaka z wysokości 45 piętra. I to całkowicie za darmo. Dlatego, bo czemu i nie, razem z Mamą postanowiłyśmy zobaczyć Tokio zarówno z wieży południowej, jak i północnej. Z góry naprawdę widać ogrom Tokio i widok ten zawsze przykuwa wzrok. Miasto ciągnące się aż po horyzont.


Następnie postanowiłyśmy wrócić do Harajuku i najpierw przedrzeć się przez ulicę Takeshita i niezliczone sklepy, w tym moje ulubione ze skarpetkami, gdzie zostawiłyśmy trochę jenów. Potem wskoczyłyśmy na słynne Omotesandō, czyli drogę prowadzącą do chramu Meiji, która obecnie słynie ze sklepów (w tym obleganego Kiddylandu), kawiarni i tłumów. Znajduje się również tutaj spory sklep z pamiątkami Oriental Bazaar, który jednak zawyża ceny i moim zdaniem nie do końca jest godny uwagi. I przyszedł czas na kawę.:)



O Omotesando Koffee czytałam jakiś czas temu w Kinfolku i nie ukrywam, że bardzo spodobała mi się koncepcja tego miejsca i chciałam je w Tokio odnaleźć.  Łatwo nie było. :) Po spacerku uliczkami i konsultacjach w urzędzie dzielnicowym w końcu udało nam się dotrzeć do tego cudnego miejsca. A tam - kolejka i ciągły napływ osób. Ale nic dziwnego, bo Omotesando Koffe ma naprawdę świetny klimat i świetną kawę. Polecam zwłaszcza flagową Omotesando Koffe, pyszna.

I tak miło zakończył się jeden z naszych dni w Tokio. :) Nagroda wędruje do Agnieszki R., która już chyba zdążyła się zorientować, że to jej propozycja najbardziej przypadła nam do gustu. Mimo że nie została zrealizowana w stu procentach, bo jednak trochę po mojemu, to właśnie jej konkursowy plan okazał się być  najlepszy - najlepiej przygotowany i rozpisany, a dodatkowy plus za polecenie Omotesando Koffee (mimo że wiedziałam już o tym miejscu wcześniej, była to nietuzinkowa propozycja, a takie lubię najbardziej). Udało się pokazać Mamie tę barwną, głośną stronę Japonii, która jednak szybko potrafi przeistoczyć się w cichy i relaksujący zakątek. Gratulacje!