środa, 5 marca 2014

Matcha-choco muffinki


Muffinki robię często i równie często eksperymentuję. Wolę muffinki na mleku kokosowym - są wtedy pulchniejsze i lżejsze. A ostatnio zdarza mi się piec muffinki bezglutenowe. W ramach kolejnego eksperymentu. :) A żeby było jeszcze ciekawiej postanowiłam zrobić tym razem dwukolorowe i dwusmakowe muffinki. Czy też muflonki, jak mówi Babcia. :)


Co potrzebujemy:

mąka bezglutenowa do wypieków (350g)
mleko kokosowe (400ml)
2 jajka
szklanka cukru brązowego
proszek do pieczenia (3 łyżeczki)
szczypta soli
pół kostki masła
kakao (duża kopiasta łyżka)
matcha (duża kopiasta łyżka albo i dwie :))

Co robimy:

Wszystkie suche składniki rozdzielamy po połowie na dwa naczynia (poza kakao i herbatą) i mieszamy. Do jednego naczynia dodajemy kakao, a do drugiego matchę. Dodajemy po połowie mleka kokosowego (jeśli ciasto będzie zbyt suche można dolać nieco zwykłego mleka) oraz po jednym jajku i mieszamy. W rondelku rozpuszczamy masło i, gdy ostygnie, dodajemy po połowie do każdego z naczyń. Ponownie mieszamy. I ciasto gotowe.

Do foremek na muffinki najpierw rozkładamy ciasto kakaowe, a na nie kładziemy drugą zieloną warstwę. Albo odwrotnie - nie ma to znaczenia. :) Pieczemy ok. 20 minut w 180 stopniach. I są. :)


niedziela, 2 marca 2014

Young Yakuza


Co jakiś czas wraca do mnie zainteresowanie japońska mafią. I nie chodzi tu jedynie o filmy fabularne, które całkiem lubię, ale również dokumenty i książki. Na temat yakuzy narosło wiele mitów i tak naprawdę chyba nikt spoza tego świadka nie wie, jak jest naprawdę. Film Young yakuza odsłania nieco rąbka tajemnicy. I nie chodzi tu o popełniane przestępstwa, bo film z założenia miał pokazywać bardziej legalną działalność organizacji, ale o to, jak wygląda życie (przeciętnego?) członka mafii. I to jest intrygujące.

Film nie posiada narratora, a bohaterami są członkowie klanu Kumagai oraz ich codzienne relacje. Reżyser spędził 18 miesięcy podglądając, filmując i rozmawiając z nimi. Większość akcji dzieje się w biurze głównego bossa i można między innymi podglądnąć jak pracownicy przygotowują dla niego... herbatę. Noszą oni specjalne uniformy, a ich praca wymaga dyscypliny i odpowiedniej etykiety. Momentami można zapomnieć, że mamy przed sobą ludzi z premedytacją łamiących prawo lub też odwracających się do niego plecami, jak określa to szef klanu. 

Myślę, że przymiotnik young jest nieco mylący. Historia co prawda zaczyna się od osoby 20-letnigo Naokiego, ale w połowie filmu przestaje być on bohaterem opowieści, ponieważ niespodziewanie znika. Dla reżysera była to mala zagwozdka mimo to postanowił kontynuować projekt i dokończyć film. W ostatnich minutach Young yakuza wracamy jednak do Naokiego, który wybrał dla siebie inne życie. Naoki style. :)

niedziela, 23 lutego 2014

Domowe dorayaki


Bardzo lubię dorayaki, japońskie naleśniki, jak są nazywane przez niektórych, szczególnie te wypełnione zielonym kremem matcha. W końcu postanowiłam zrobić je w domu wiedząc, że na pewno nie będą tak ładne, jak te gotowe kupowane w Japonii. :) 

Korzystałam z tego prostego i fajnie podanego przepisu. Zrezygnowałam jednak z przekładania bitą śmietaną. Zamiast niej użyłam masła ciasteczkowego Speculoos oraz domowego hiramu, czyli konfitury z rabarbaru i imbiru rodem ze Skandynawii. Hiram lepiej się sprawdził jako nadzienie - i pod względem konsystencji, i pod względem smaku.


Co potrzebujemy:

mąka tortowa
2 jajka
cukier
soda oczyszczona
miód
masło
masło ciasteczkowe/hiram lub inny "wypełniacz"

Co robimy:

Łączymy 50ml wody razem z sodą oczyszczoną (pół łyżeczki). Następnie dodajemy jajka, cukier (80g) i łyżeczkę miodu. Wszystko należy dobrze wymieszać. Potem przez sitko dodajemy 130g mąki. Ponownie mieszamy i odstawiamy na 30 minut.

Po tym czasie rozgrzewamy patelnię i roztapiamy odrobinę masła. Zaczynamy smażenie. Wlewamy na patelnię niewielką ilość ciasta, a kiedy zacznie bąbelkować, obracamy je na drugą stronę. Smażymy kilka minut i odkładamy gotowe dorayaki na ręczniki papierowe. Kiedy trochę ostygną, dodajemy nadzienie i łączymy dwa kawałki ze sobą. Domowe dorayaki gotowe. :)

Najlepiej smakują jeszcze ciepłe i podane na przykład z delikatną zieloną herbatą. Pycha. :) Smacznego!


sobota, 22 lutego 2014

Blood: The Last Vampire


Od czasu do czasu zdarza mi się obejrzeć anime inne niż te ze Studia Ghibli, które uwielbiam. Dosyć dawno temu obejrzałam Blood: the Last Vampire. I podobało mi się. Akcja dziejąca się w latach '60 ubiegłego wieku wciągająca, główna bohaterka intrygująca, a całość zgrabnie podana i zakończona. Nie będę opisywać fabuły - można o niej poczytać w wielu miejscach (między innymi tutaj), ale napiszę, że warto poświęcić na tę anime czas. Moim zdaniem. :)



Były i mangi, i gra, powstał również film, o którym zupełnie zapomniałam, a przecież czekałam na jego premierę. :) L. ostatnio nam przypomniał. I obejrzeliśmy.


Muszę przyznać, że animacja została dosyć wiernie przeniesiona na taśmę filmową, a jedną z głównych ról zagrała Koyuki Katō, znana między innymi z Ostatniego samuraja czy J-doramy Kimi wa petto. Film obejrzałam z zainteresowaniem, jednak animowane potwory rozbawiły mnie nieco i osłabiły klimat całości. A do tego towarzysząca głównej bohaterce córka generała, Amerykanka Alice, trochę mnie irytowała i nie pasowała do całej układanki. Anime wydaje mi się być dużo lepsza. Mimo to polecam obejrzeć obie produkcje. I porównać. :)

Więcej informacji na oficjalnej stronie filmu.

środa, 19 lutego 2014

Mr. Fugu


Nie jest to książka, na którą czekałam. Dowiedziałam się o niej zupełnie przypadkiem i od razu mnie zaciekawiła. Nie tyle może zarys fabuły wydał mi się interesujący, co informacja, że książka zawiera ilustracje japońskiej artystki Yukari Fukudome. A ja lubię ilustracje i przyznać muszę, że ta okładkowa, nieco jakby od niechcenia wykonana, mnie przekonała. I ciekawie zapisany tytuł Mr. ふぐ, czyli Mr. Fugu.

"Pamięta, że największe wrażenie zrobiło na niej samo metro, za każdym razem, kiedy nim jechała, wszyscy ludzie w wagonikach wydawali jej się jacyś tacy martwi i zupełnie nie z tego świata. Jakby nieobecni, śpiący, sprawiający wrażenie, jakby ich nic nie interesowało bardziej niż telefon komórkowy, który zawzięcie trzymali w dłoniach i przeglądali wiadomości".

Historia przekonała mnie już dużo mniej. Nie chodzi nawet o to, że Japonii nie ma w tej książce zbyt wiele, bo Kraj Kwitnącej Wiśni nie jest tematem przewodnim, a opowieść tragicznej miłości mogłaby dziać się gdziekolwiek na świecie. Bohaterowie mnie po prostu nie chwycili za serce. Ani oni, ani ich historia. W każdym niemal opisie Mr. Fugu podaje się informację, iż autorka zafascynowana jest japońskim teatrem, więc myślałam, że będzie to jakoś w książce można odczuć. Mnie się to jednak nie udało. Ale znawcą teatru nie jestem, więc mogę się mylić.

Niestety, również ilustracje wewnątrz książki nie podobały mi się zbytnio. Prosta okładka zmyliła mnie, bo spodziewałam się podobnego stylu w całej książce, a tymczasem ilustracje były bardzo kolorowe i nie przypadły mi do gustu. Poza tym nie pasowały my do końca do bądź co bądź tragicznej historii głównych bohaterów.  

Mimo że emocji Mr. Fugu ma co niemiara, ja czytałam tę książkę z obojętnością. Nie wciągnęły mnie rozterki bohaterów, a jedynie nieco znużyły. Książkę czyta się łatwo i szybko, w dwóch miejscach jednak był mały zgrzyt, bo zdania "Pamiętał go aż nazbyt dobrze... takiego głosu nie idzie po prostu zapomnieć." (s.42) oraz "Przecież tak nie szło żyć..." (s.63), wydały mi się zbyt potoczne i raziły na tle całości. To książka nie dla mnie. Trochę szkoda.

Więcej informacji na stronie wydawnictwa oraz tutaj w rozmowie z autorką.


(Cyt. za: Joanna Shigenobu, Mr. Fugu, Warszawa 2014, s. 87.)