czwartek, 2 stycznia 2020

Wcale nie taka prosta Sztuka prostego życia


Mnich Shunmyo Masumo jest przeorem świątyni Kenkoji w Yokohamie, zajmuje się projektowaniem ogrodów, ma konto na Twitterze i pisze książki o zen. Jedną z nich jest wydana jakiś czas temu w Polsce Sztuka prostego życia. Jest to  swego rodzaju poradnik - słowo, na które chyba jestem uczulona..., więc nieco sceptycznie podchodziłam do tej publikacji. Nie raz wspominałam, że mamy obecnie wysyp książek, które mają nam pokazać, jak żyć po japońsku, a w rezultacie żyć lepiej. Minimalizm, kąpiele leśne (shinrin-yoku) czy estetyka wabi-sabi to tylko niektóre elementy japońskiej kultury, do których chcą nas przekonać różni autorzy. I z różnym skutkiem im to wychodzi. Sztuka prostego życia przekonała mnie do siebie, mimo że karmi nas momentami paulocoelhowskimi mądrościami. Tutaj dostajemy 100 wskazówek, jak sprawić, aby żyło nam się łatwiej. Są one skondensowane i tak naprawdę mogą nam towarzyszyć każdego dnia - wystarczy losowo otworzyć książkę na którejś ze stron i przeczytać. Założę się, że w wielu sytuacjach trafimy na słowa, które w jakiś sposób nam pomogą. Bo żyć prosto wcale nie jest tak prosto jakby się mogło wydawać. :)
Staraj się nie ulegać wpływowi cudzych wartości i nie zamartwiać się niczym niepotrzebnie. Zamiast tego wybierz nieskończenie proste życie, pozbawione wszystkiego, co zbędne. Na tym polega styl zen.

To wszystko brzmi banalnie i naiwnie, ale człowiek to już jest takie stworzenie, któremu czasami trzeba przypomnieć nawet najprostsze prawdy (życiowe). Mnich Shunmyo Masumo nie odkrywa więc przed nami Ameryki (czy też Japonii), ale w bardzo przystępny sposób przypomina, co powinno być dla nas ważne i co zrobić, aby było nam lżej. Dostajemy wskazówki, ale sami musimy zdecydować, jak i czy wprowadzić je w życie. Przy odrobinie wysiłku. Jak pisze sam autor: "Dzień bez pracy jest dniem bez jedzenia". Mnie to przekonuje.

Życie wymaga czasu i wysiłku. Oznacza to, ze kiedy wyeliminujemy czas i wysiłek, pozbawimy się także życiowych przyjemności. Zrezygnuj czasem ze swoich wygód.

Filozofia zen nie jest mi tak do końca nieznana. Od lat praktykuję tzw. uważność. Chociaż słowo praktykuję brzmi tutaj bardzo poważnie - ja po prostu staram się tę zasadę zen wcielać w życie na co dzień. Czym jest uważność? To umiejętność bycia tu i teraz oraz postrzeganie rzeczywistości taką, jaka jest. Dla mnie uważność nierozerwalnie wiąże się także z dniem codziennym i skupieniu się na czynności, którą akurat wykonujemy. Niezależnie od tego, czy jest to sprzątanie, spacer z psem czy praca. Takie skupienie pomaga nie tylko wykonać nam dane zadanie lepiej, ale i paradoksalnie oczyszcza umysł, bo nie myślimy o tysiącu rzeczach na raz, a jedynie o tej jednej i na niej się koncentrujemy. Ćwiczymy zen. Bardzo polecam takie podejście.

My, mnisi, sprzątamy w świątyniach zen codziennie rano i wieczorem.Wkładamy w to całe serce, ale wcale nie dlatego, że nasza świątynia jest brudna. W sprzątaniu nie chodzi tylko o to, aby wszystko lśniło czystością, lecz głównie o uporządkowanie umysłu.

Myślę, że Marie Kondo spodobałaby się Sztuka prostego życia, bo autor nie raz odwołuje się do sprzątania jako czynności, dzięki której oczyszczamy umysł. Porady typu "ustawiaj buty równo obok siebie" mogą się wydawać zabawne. A jednak czemuś służą. Nawet taka drobnostka może nam pomóc wprowadzić nieco ładu i harmonii w chaos codzienności. Mnich Shunmyo Masumo pisze w tym kontekście o kultywowaniu nawyku, co ma wnosić w nasze życie uporządkowanie. Rytuały codzienności i rutyna mogą nam się wydawać nużące. A jednak każdy dzień jest inny i nawet powtarzalne czynności nigdy nie są do końca takie same. Bardzo ważne jest nasze nastawienie do tego, co musimy zrobić.

W buddyzmie mówimy "Wszystkie dni są dobre", co oznacza, że niezależnie od tego, czy przydarzają nam się dobre, czy złe rzeczy, każdy dzień jest wartościowy, ponieważ nigdy się już nie powtórzy.

Nowy Rok to dla wielu czas refleksji i postanowień. Żyjemy w biegu, lista obowiązków rośnie, zazwyczaj nie mamy czasu (lub szkoda nam czasu), aby się na chwilę zatrzymać. Spojrzeć na siebie z boku i zacząć od małego kroku, który polepszy jakość naszego życia na co dzień. Sztuka prostego życia daje nam taką możliwość. Nie polecam czytać jej od deski do deski, ale zaglądać od czasu do czasu. Czerpać przyjemność i mądrość z jej czytania. Chwilami.

Cyt. za: Shunmyo Masumo, Sztuka prostego życia, Warszawa 2019, s.13.
Cyt. za: Shunmyo Masumo, Sztuka prostego życia, Warszawa 2019, s.29.
Cyt. za: Shunmyo Masumo, Sztuka prostego życia, Warszawa 2019, s.27.
Cyt. za: Shunmyo Masumo, Sztuka prostego życia, Warszawa 2019, s.189.

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Shirakawa, bajkowa wioska wcale nie na końcu świata

Punkt widokowy Shiroyama

Są takie miejsca, o których się marzy, które wciąż i wciąż powracają na listę to see. Dla mnie jednym z takich miejsc w Japonii (jednym z wielu, nie będę ukrywać) jest Shirakawa* (白川), malutka wioska wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. A właściwie była, bo w końcu udało mi się do niej dotrzeć. :)W moich marzeniach byłam tam zimą, chaty otulone były śniegiem, a ja popijałam zieloną herbatę siedząc w yukacie na tatami w jednej z nich. Rzeczywistość okazała się inna, bo wylądowaliśmy w Shirakawa jesienią i tylko na jeden dzień. Ale wiadomo, nie można mieć wszystkiego. :)


Shirakawa okazała się być tak urocza, jak to sobie wyobrażałam. Głównie z powodu charakterystycznych domków zbudowanych w stylu gassho-zukuri (合掌造), czyli ze stromymi dachami, które przypominać mają dłonie złożone jak do modlitwy (gassho to określenie rytualnego gestu - złożone dłonie oznaczają nie tylko modlitwę, ale również mogą odnosić się do pozdrowienia, wdzięczności czy szacunku, gdy połączone są z ukłonem). Dachy zbudowane zostały bez użycia gwoździ i pokryte są słomą z upraw z okolicznych pól. Ich konstrukcja ma zabezpieczać dom przed śniegiem, a poddasza są doskonałym miejscem na hodowlę jedwabników. Niektóre domy w wiosce liczą sobie już ponad 250 lat. Nic dziwnego, że maskotką Shirakawa jest Shirakawa-gō Kun, czyli... antropomorfizowany domek. 


Wioska jest przepięknie położna. Prowadzi do niej most przerzucony przez rzekę Shogawa i zieloną ścianę lasu. Bardzo łatwo można się tutaj dostać między innymi z Kanazawy - to był nasz punkt startowy. Bezpośredni autobus zabierze nas prosto do wioski w nieco ponad godzinę i za nieco wygórowaną cenę 1850 jenów za osobę w jedną stronę. Bilety można kupić bezpośrednio w - warto to zrobić co najmniej dzień wcześniej - bilety na dogodne godziny dosyć szybko się rozchodzą.



W Shirakawa sporo domów można zwiedzać, jest również muzeum i część typowo skansenowa. Co ważne i o czym należy pamiętać, to fakt, że wioska jest wciąż zamieszkana, a niektóre domy stanowią prywatną przestrzeń, którą trzeba uszanować. W związku z tym, że mieliśmy spędzić w Shirakawa tylko kilka godzin, postanowiliśmy zwiedzić jedynie najbardziej popularny dom rodziny Wada. Okazałe domostwo należało do jednej z najzamożniejszych i najbardziej wpływowych rodzin w wiosce. Poza tym na terenie wioski znajduje się także chram shintō oraz świątynia buddyjska, które również postanowiliśmy odwiedzić. Świątynia Myozenji ma charakterystyczny dach pokryty nie dachówką, ale strzechą i przylega do budynku, w którym mieszkają mnisi.Zabudowania można zwiedzać, ale nie skorzystaliśmy z okazji i udaliśmy się do położonego nieco dalej chramu, który okazał się być dużo ciekawszym miejscem.


 Taniec lwa na wotywnych tabliczkach ema

Chram Hachiman jest malutki i bardzo stary, a prowadzi do niego kamienna brama torii, przez którą widać zieloną ścianę lasu i piękne cedry. Na terenie chramu znajduje się Omikiden (Hala Sake), a także muzeum corocznego festiwali Doburoku, podczas którego serwowana jest Doburoku Sake wytwarzana w chramie oraz wykonywany jest taniec lwa. A to wszystko, aby chronić wioskę, mieć obfite żniwa oraz pomodlić się do bóstwa gór. Jako ciekawostkę dodam, że chram ten (oraz inne miejsca z wioski) pojawił się w grze komputerowej, mandze i anime Higurashi no Naku Koro Ni, dlatego niektóre tabliczki ema przedstawiają kawaii postaci z mang i anime. Na podstawie tej historii powstał również serial oraz film.


Tak, jak już wspomniałam, wioska jest zamieszkała, dzięki czemu można podpatrzeć codzienne czynności, np. jak wygląda naprawa poszycia dachu. Trochę to dziwne, ale i przyjemne, uczucie włóczyć się między ogródkami i nieśmiało zerkać w okna zamieszkanych domów. Wydaje się jednak, że sami mieszkańcy nic sobie już z nas turystów nie robią - chyba przywykli, ze wciąż ktoś im się kręci pod drzwiami i oknami. :)


Na miejscu można spróbować lokalnych produktów w kilku małych restauracyjkach (zjedliśmy obiad i wypiliśmy matcha late w Shiraogi) oraz zaopatrzyć się w lokalne produkty w porozrzucanych po wiosce sklepikach, w tym galaretkę o smaku sake. Skusiliśmy się na uszyty w wiosce noren, paczkę tutejszej zielonej herbaty sencha (wspaniała!) oraz typową pamiątkę dla Shirakawa, czyli laleczkę Sarubobo (さるぼぼ). Jak widać na poniższym zdjęciu Sarubobo wygląda nieco demonicznie z dużą czerwona głową pozbawioną oczu, nosa i ust. Tradycyjnie laleczki te robiły babcie dla swoich wnuczek, aby chronić je przed złymi rzeczami, zapewnić dobre życie rodzinne i bezpieczny poród. Obecnie Sarubobo są produkowane masowo w różnych kolorach i stanowią popularną pamiątkę. Więcej o lokalnych produktach tutaj.

Galaretka sake oraz laleczka Sarubobo



Shirakawa była moim niespełnionym podróżniczym marzeniem przez długi czas. Cieszę się, że w końcu udało mi się tam dotrzeć. Moim zdaniem wystarczy jeden dzień, aby poznać to miejsce, ale niewątpliwie spędzenie nocy pod jednym z charakterystycznych dachów musi być nie lada frajdą. Może kiedyś się uda. Zimą! :)

Wioska widziana z domu rodziny Wada

p.s. Po więcej informacji polecam zajrzeć na oficjalną stronę Shirakawa-gō.

*Tak naprawdę Shirakawa-gō odnosi się do nazwy całego regionu, a turyści zazwyczaj odwiedzają wioskę Ogimachi (荻町). Przyjęło się jednak nazywać to miejsce po prostu Shirakawa.

niedziela, 17 listopada 2019

Książkowy konkurs na 6500 lajków!


Rusza już jakiś czas temu zapowiedziany na JB książkowy konkurs z okazji 6500 lajków na FB. Na tę chwilę lajków jest już trochę więcej i wciąż ich stopniowo przybywa. Za co niezmiennie jestem wdzięczna i cieszę się, że tyle osób znajduje na JB interesujące treści i wraca, aby zaglądać na bloga.

Zadanie konkursowe:

Zrób zdjęcie swojej ulubionej książki o Japonii i w kilku zdaniach napisz, dlaczego akurat ta książka jest twoim numerem jeden.

Zdjęcie oraz odpowiedź umieść pod postem konkursowym na FB lub prześlij na mejla: japoniablizej@poczta.fm. 
Pod uwagę będą brane tylko odpowiedzi zawierające zdjęcie. JB liczy na Waszą kreatywność i już niecierpliwie czeka na Wasze rekomendacje książkowe. :)

Nagrodami za trzy najfajniejsze odpowiedzi będą poniższe zestawy:

Pierwsze miejsce:
"Lunchbox na każdy dzień. Nowe przepisy"
"W judodze na rowerze"
mono.woreczek podróżny RYOKO


Drugie miejsce:
"Lunchbox na każdy dzień. Nowe przepisy"
"Made It In Taiwan"
Foremki do onigiri


Trzecie miejsce:
"Akan. Powieść o Bronisławie Piłsudskim"
Notes japoński



Regulamin konkursu poniżej.
Zapraszam do zabawy!

1. Konkurs trwa od dnia 17 listopada 2019r. do dnia 24 listopada 2019r.
2. Uczestnikiem konkursu może być każdy, bez względu na wiek i kraj zamieszkania.
3. Aby wziąć udział w konkursie należy odpowiedzieć pisemnie na pytanie znajdujące się na stronie: www.japoniablizej.blogspot.com.
4. Podpisane imieniem, nazwiskiem lub nickiem odpowiedzi należy umieścić pod konkursowym postem na FB lub przesłać na mejla: japoniablizej@poczta.fm. 
5. Wyniki zostaną ogłoszone najpóźniej 30 listopada 2019r. na FB.
6. Nagrodą za 3 najciekawsze odpowiedzi są zestawy składające się z książek ufundowanych przez wydawnictwo Znak Horyzont, Wydawnictwo Agora oraz Artura Gorzelaka oraz nagród ufundowanych przez JaponięBlizej.
7. Dane do wysyłki nagrody (imię, nazwisko, adres korespondencyjny) należy przesłać najpóźniej do dnia 10 grudnia 2019r. r. na adres: japoniablizej@poczta.fm.
Nagrody wysyłane są jedynie na terenie Polski. 
8. Biorący udział w konkursie zgadzają się na udostępnienie swoich danych wydawnictwu Znak Horyzont celem wysyłki nagrody książkowej bezpośrednio do zwycięzcy. 
9. Nieprzesłanie danych w terminie jest równoznaczne z rezygnacją. Następnie zostanie wybrany kolejny zwycięzca.
10. JaponiaBliżej zobowiązuje się do wysłania nagrody w terminie do 20 grudnia 2019r. JaponiaBliżej nie bierze odpowiedzialności za wysyłanie nagród książkowych przez wydawnictwo Znak Horyzont.
10. Umieszczenie odpowiedzi konkursowej jest równoznaczne z akceptacją regulaminu i zgodą na publikację nagrodzonych odpowiedzi oraz przetwarzanie danych osobowych
.

poniedziałek, 4 listopada 2019

Ramen, czyli co w tej zupie pływa...?


Kilka lat temu oglądając Ramen Girl (aka Miłość o smaku orientu...) stwierdziłam, że żadną "ramen girl" nie będę. Ramen, mimo swojej ogromnej popularności - ostatnio także i u nas, nigdy nie skradł mojego serca tak do końca. Nawet wyrażałam się o nim z lekkim lekceważeniem nazywając "japońskim rosołem". Muszę jednak przyznać, że ostatnio moje spojrzenie na ramen nieco się zmieniło. Nie żeby teraz była to miłość aż po grób - nadal są dania kuchni japońskiej, które zdecydowanie preferuję, ale ramen został przeze mnie odkryty na nowo. Trochę także dzięki filmowi Ramen Teh (aka Ramen. Smak wspomnień...*). :)



Ramen Teh to nostalgiczna opowieść, której akcja rozgrywa się w... Singapurze. Główny bohater Masato rusza kulinarnymi śladami swoich zmarłych rodziców, którzy poznali się właśnie tam. Jego celem jest nie tylko odkrywanie ich przeszłości, ale również odtworzenie dania, w którym specjalizowała się jego mama. Bak kut teh (tłumacząc dosłownie "mięsna herbata z kością") to chińska zupa gotowana na bazie wieprzowiny. Ojciec Masato, mimo że sam prowadził w Singapurze restaurację kaiseki, bardzo upodobał sobie to danie i często był gościem miejsca, gdzie pracowała mama Masato. Po przybyciu do Singapuru, Masato dowiaduje się, że jego babcia nadal żyje. Ten postanawia ją odwiedzić, ale babcia nie ma zbytniej ochoty na kontakt z wnukiem. Masato nie daje jednak za wygraną i przekonuje do siebie babcię gotując tytułowy ramen teh, czyli zupę bak kut teh z makaronem typu ramen. Ostatecznie Masato wraca do Japonii, gdzie zaczyna serwować ten rodzaj ramenu w swoim ramen shopie. A dlaczego ten film nieco bardziej skłonił mnie do ramenu? Bo pokazał mi, że i z ramenem można eksperymentować i zrobić coś po swojemu. W granicach rozsądku rzecz jasna. :)



Skąd się wziął ramen ( ラーメン)? Jak bardzo wiele dań kuchni japońskiej ramen wziął się z Chin. To proste danie ulegało zmianom i obecnie istnieje wiele jego rodzajów (ciekawy wpis na te temat znajdziecie u Pyzy tutaj), a mistrzowie ramenu są poważani pewnie nie mniej niż najlepsi sushi masterzy. Ramen to również (a może przede wszystkim?) umami i każda miska skomponowana jest tak, aby ten piąty smak wydobyć jak najlepiej.

Mnie ramen kojarzy się z szybkim daniem na stacji kolejowej, z mikro knajpkami na trzy krzesła i uczuciem ciepła i przepełnienia. Zdarzyło mi się jeść ramen i w Polsce, i w Japonii. Te w Japonii (mimo że mniej wymyślne, a może właśnie dlatego...) smakowały mi bardziej. Dla mnie ramen to przede wszystkim comfort food, który ma mnie rozgrzać w zimny dzień i zapełnić brzuch.  Podobnie jak sushi, ramen urósł już niemal do dania-legendy, mimo że tak naprawdę to street czy też nawet fast food.


Przepis na ramen może wydawać się banalny. Za Krytyką Kulinarną podaję: makaron, wywar (najczęściej mięsny lub rybny), sos, czyli tare (垂れ), olej smakowy i dodatki. Proste? No właśnie nie do końca. :) Ostatnio dzięki K. eksperymentujemy z tym japońskim daniem. Zrobić ramen w domu? To zawsze wydawało mi się KOSMICZNE. Okazało się jednak, że da się. Kosztuje to trochę czasu, wysiłku i zachodu, ale da się. Eksperymentujemy trochę na razie na oko, trochę według własnego wyobrażenia ramenu, trochę podpatrując przepisy (między innymi od Adama). I nam smakuje. Nasz domowy ramen to pewnie taka trochę wariacja na temat. I z góry przepraszam wszystkich purystów/ekspertów ramenowych, że na przykład nie robimy domowego makaronu. Jeszcze. 

Poniżej nasz przepis na ramen. Nieortodoksyjny. :)

Co potrzebujemy:

WYWAR
pół kilo kości wieprzowych (żeberek)
4 duże skrzydełka kurczaka
cebula czerwona
4 ząbki czosnku 
duży kawałek imbiru pokrojony w plastry 
szczypior

WYWAR Z KONBU
5-7 płatków wodorostów konbu
dashi

TARE
słodki lub słony sos sojowy w zależności od preferencji
mirin lub miód
starty imbir
szczypior

DODATKI
groszek cukrowy
jajka ugotowane na miękko marynowane przez noc w słodkim i słonym sosie sojowym oraz mirinie z dodatkiem kilku plastrów czosnku 
podsmażony wędzony boczek
szczypior 
glony wakame
makaron

Co robimy:

WYWAR
Żeberka oraz skrzydełka wymoczyć przez noc w zimnej wodzie. Odcedzić odsączoną krew i wymyć mięso, następnie umieścić je w zimnej wodzie i zagotować. Gotować przez dziesięć minut, potem odcedzić, przelać zimną wodą i ostudzić. Tak przygotowane żeberka i skrzydełka umieścić w garnku dodać cebulę, imbir, czosnek, szczypior i zalać zimną wodą, która powinna przykryć zawartość garnka. Doprowadzić do wrzenia i zmniejszyć gaz na minimalny poziom. Gotować co najmniej cztery godziny, co jakiś czas usuwając szumowiny z wywaru (jeśli takie się pojawią). Jeśli zajdzie potrzeba można dosolić wywar, zwykle dużą łyżką stołową soli.

WYWAR Z KONBU
Wodorosty konbu umieścić w zimnej wodzie na noc. Następnie je zagotować, dodać dashi (dwie łyżeczki lub więcej, jeśli chcemy uzyskać bardziej słony i intensywny wywar). Zaraz po zagotowaniu wymieszać i wyłączyć wywar.

TARE
Wszystkie składniki wymieszać do uzyskania w miarę gęstej konsystencji. 

PODANIE
Glony wakame zalać zimną wodą na około 10 minut, następnie odcedzić i odstawić. Makaron ugotować zgodnie z informacją na opakowaniu, odcedzić i odstawić. Na dnie misek umieścić 2-3 łyżki stołowe tare. I odpowiednio, w zależności od preferencji, dodać wywar mięsny i wywar z konbu w stosunku 2:1 lub 3:2. Nalewamy je osobno nie mieszając ich wcześniej w jednym garnku. Dodajemy makaron, glony wakame oraz pozostałe dodatki według uznania i gotowe.

Itadakimasu!


*Chyba poczynię kiedyś posta o tłumaczeniach tytułów filmowy. Nadal ta nie przestaje mnie zadziwiać...

czwartek, 17 października 2019

Made It In Taiwan, czyli gdzie cię rowerem poniesie


Ponad rok temu napisałam posta o książce W judodze na rowerze, która opisywała wyprawę rowerową Artura Gorzelaka przez Japonię i Koreę (do przeczytania tutaj). Jakiś czas temu Artur wybrał się razem ze swoją dziewczyną Judytą na Tajwan, który również postanowili zwiedzić na dwóch kółkach. Z tego powstała książka Made It In Taiwan, nad którą patronat objęła JB. Dlaczego na blogu o Japonii pojawia się książka o Tajwanie? A to dlatego, że druga część książki opowiada o ostatnim etapie podróży i wspinaczce na świętą Fuji-san. Poza tym - pisząc już nieco mniej serio - na Tajwanie jest nieco japońsko: mają sklepy sieci 7Eleven i mieszka tam sporo Japończyków, którzy ponoć czuję się na Tajwanie trochę jak u siebie (ciekawy artykuł o tym tutaj).


Made It In Taiwan to zapis dwutygodniowej podróży rowerem po Tajwanie. Artur i Judyta odwiedzili na swojej trasie między innymi Tajpej, Park Narodowy Taroko czy tzw. nocne targi, które stanowią jedną z największych atrakcji Tajwanu. Mieli okazję poznać zarówno wielkomiejskie oblicze wyspy, jak i miejsca oddalone od zgiełku miasta. I wszystko to opisali, dzięki czemu dostajemy całościowy obraz kraju, jakim jest Tajwan. Jest to tym bardziej istotne, że nie ma w Polsce podobnej publikacji o Tajwanie. Jak pisze sam Artur: Co zaskakujące, nie znaleźliśmy przewodników ani książek turystycznych w języku polskim opisujących tę piękną wyspę. Cieszę się, że ta, którą trzymacie w rękach, będzie pierwszą tego typu publikacją.

Dzięki ich relacjom poznajemy również samych Tajwańczyków. Życzliwość i gościnność to cechy charakterystyczne wyspiarzy - nie raz nasi bohaterowie spotykali się na trasie z uśmiechniętymi i gotowymi do pomocy Tajwańczykami. Nie można zapominać również o historii, tajwańskiej państwowości (nie wszystkie kraje ją uznają traktując Tajwan jako część Chin) oraz japońskiej okupacji, które także wywarły wpływ na kulturę kraju i jego mieszkańców. Te wszystkie tematy zostały ujęte w książce Made It In Taiwan.

Widok na Tajpej i budynek Taipei 101 z trasy

To, co także podoba mi się w tej książce to sposób w jaki opisywana jest podróż. Styl jest nieco blogowy, dynamiczny i daje nam wgląd krok po kroku w to, jak taka podróż wyglądała - od załatwiania formalności, pakowania, etc. po informacje o przebytej trasie i miejscach godnych uwagi. Są to bezcenne dane z pierwszej ręki oparte na własnym doświadczeniu. Książkę tę można traktować jako swego rodzaju przewodnik - dostajemy bardzo dużo praktycznych informacji (łącznie z tym, co nasi bohaterowie jedzą na trasie), o które czasami trudno, gdy sami przygotowujemy się do podróży. Śmiało więc można wyczyny Artura powtórzyć posiłkując się tą książką. Dodatkowo w każdym rozdziale znajdziemy specjalnie wyróżnione sekcje zawierające na przykład wskazówki dla rowerzystów, informacje dotyczące historii i kultury czy lokalnej kuchni. Książka zawiera także sporo zdjęć - żałuję tylko, że część z nich jest bardzo mała.

Lampiony w miasteczku Jiufen
富士山に一度も登らぬバカ、二度登るバカ
Ten, kto wspina się na górę Fuji jest mądrym człowiekiem, ten, który wspina się po raz drugi, jest głupcem, przysłowie japońskie
Na koniec rozdział traktujący o wspinaczce na górę Fuji. Ten ostatni punkt na planie podróży Judyty i Artura, najbardziej wzbudził moje zainteresowanie. Oczywiście. :)  To jeden z tych tematów, który za mną chodzi i kiedy natykam się na jakaś relacje ze wspinaczki na Fuji-san, znowu przychodzi do mnie myśli: a może by jednak spróbować? Zazwyczaj szybko jednak dochodzę do wniosku, że podziwianie z daleka tej świętej góry Japończyków daje mi tyle radochy, ze nic mi więcej nie potrzeba (jedynie błękitnego nieba, aby tę kapryśną chowającą się często górę dojrzeć...).

Relacja z wyprawy Artura i Judyty raczej utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Ponownie książka dostarcza nam cennych wskazówek i informacji między innymi o tym jak wyglądają schroniska na poszczególnych stacjach i z jakimi restrykcjami wspinacze muszą się borykać, np. z ściśle wyznaczonym czasem przebywania w budynku schroniska. Wejście na górę Fuji to nie bułka z masłem. Bywa stromo, wysokość daje organizmowi w kość (na trasie można zaopatrzyć się w tlen), a i z aurą bywa różnie - mimo, że sezon wspinaczkowy trwa latem od początku lipca do połowy września.

Niestety, Artur z Judytą trafili na złą pogodę i część wspinaczki pokonywali w strugach deszczu i opierając się silnym porywom wiatru. Czytając strona za stroną coraz bardziej im współczułam, że nie będzie im dane dojrzeć świata ze szczytu, ale cieszyłam się, że dotarli i wrócili z powrotem cało i zdrowo. Momentami opisy były bardzo sugestywne - nie wiem, czy będąc na ich miejscu nie dałabym sobie ze świętą górą spokoju...

Wspinacze w drodze na Fuji-san

"Marsjańskie" krajobrazy na górze Fuji

O Tajwanie przeciętny Polak wie raczej niewiele. Myślę, że obecnie do Japonii wybiera się dużo więcej osób niż właśnie na Tajwan, który rzadko stanowi cel podróży. Jeśli więc chcecie dowiedzieć się więcej o kraju, gdzie gorące źródła są lodowate, na śniadanie je się ryżankę a herbaciarnie zainspirowały samego Hayao Miyazakiego przy tworzeniu Spirited Away,  to koniecznie sięgnijcie po tę książkę*. A potem? Kierunek Tajwan!

W oddali klify Qingshui

*Chciałam jeszcze dorzucić informacje o restauracji Modern Toilet, ale... chyba lepiej będzie, jak zainteresowani sami rzucą okiem, bo trochę zabrakło mi słów. Można tutaj. :)

(Cyt. za: Artur Gorzelak, Made It In Taiwan, Warszawa, s.17.)