piątek, 19 marca 2010

tattoos


Na serwisie Onet.pl pojawiła się ciekawa galeria zdjęć ludzi zdobiących swe ciała tatuażami i skaryfikacjami. Temat nie obcy żadnemu etnologowi/etnografowi/antropologowi kulturowemu. :) Z japońskiego podwórka przestawione są tatuaże yakuzy, o których można przeczytać między innymi tutaj. Polecam obejrzeć galerię, bo zdjęcia są wyśmienite. Czarno-białe dodam. :)

wtorek, 16 marca 2010

ta firma to całe moje życie

Na książkę czyhałam w bibliotece, bo zainteresował mnie temat. Ciężkie, ponoć, życie sararīmana w Japonii. Wokół tej postaci narosło wiele mitów. Wiele opowieści ma też bardzo mocne i prawdziwe podłoże. Kto choć raz spotkał wracających ze spotkania z szefem podpitych jegomości próbujących swoich sił w angielskim z przypadkowo napotkaną białą (sic!) dziewczyną, będzie wiedział, o co chodzi. :)


Mamy więc czterdziestoletniego sararīmana, który ni stąd, ni zowąd traci pracę. Świat wali mu się od razu na głowę. Jest jeszcze za młody na emeryturę i nie chce przyjąć takiego rozwiązania. Przyniósłby wstyd rodzinie. Nie może zostać bezrobotnym - zbyt mały dochód i własna duma mu na to nie pozwala. Poza tym przyniósłby wstyd swojej rodzinie. Szuka dla siebie nowego miejsca,a jego perypetie, od salonu gier pachinko, po pracę na najniższym szczeblu w Banku Fuji, wzbudzają mieszane uczucia. I trochę mu współczujemy i kibicujemy, ale czasami mamy też chęć zakrzyknąć: "No zrób coś wreszcie" czy "Do roboty".

„- Wiecie, dlaczego te dni mają szczególne znaczenie? – zwrócił się do bliźniaków, które w odpowiedzi potrząsnęły głowami. – Kiedy zakwitną wiśnie, to znaczy, że skończyła się zima. Dlatego wszyscy przyszli tutaj świętować. To jest czas, gdy zaczyna się wiele rzeczy. Dzieci idą do szkoły, absolwenci uniwersytetów są przyjmowani do pracy, a pracownicy przeniesieni na inne stanowiska zaczynają pełnić nowe obowiązki. Ale wiśnie nie kwitną zbyt długo. Zobaczcie, już teraz wiatr zdmuchuje płatki. Za tydzień nie będzie po nich śladu. Rozumiecie? Dzieci poważnie pokiwały główkami. – To jest początek. Czas, żeby zacząć od nowa – wyszeptał Kenji. – Każdy zasługuje na taką szansę.”

Nie będę zdradzać, jak ostatecznie potoczyły się losy głównego bohatera. Polecam zajrzeć do książki. Bardzo miło się ją czyta i można dowiedzieć się trochę o życiu zwykłych/niezwykłych ludzi w Japonii. System pracy w tym kraju jednak się zmienia i dla wielu jedna firma nie jest już domem na całe życie. Polecam również artykuł na ten temat tutaj.

(Cyt. za: Fiona Campbell, Ta firma to całe moje życie, Warszawa 2009, s. 95.)

poniedziałek, 15 marca 2010

fushigi no kuni no Alice

Zacznę od samego początku. No prawie. Bo wiadomo, że na początku była książka. Napisana przez wykładowcę podpisującego się pseudonimem Lewis Carroll. Książkę znam i z niecierpliwością czekałam na film. Udało mi się już zobaczyć Alicję w Krainie Czarów Burtona i teraz wszyscy mnie naokoło pytają: i jak? :) Postanowiłam więc odpowiedzieć tutaj. :)


Nie przepadam za 3D. Uważam, że bardziej to przeszkadza filmowi niż pomaga i zgrozą mnie napawa przyszłość kina, jakoby wszystko miało być 3D. Rozumiem tworzenie filmów w 3D dla kin typu IMAX, ale poza nimi wydaje mi się to chybionym pomysłem. Ale jest to tylko moje bardzo subiektywne zdanie. Na całe szczęście 3D w Alicji... nie jest bardzo nachalne i nie przeszkadza w oglądaniu filmu.



Do meritum. Podobało mi się. Postacie, sama historia, która nieco odbiega od oryginału, ale to w końcu wersja reżyserska. :) Kostiumy i scenografia powalają. A najlepszą postacią jest kot. Polecam wersję z napisami, bo ja osobiście nie wyobrażam sobie Johnnego i Heleny, że się trochę spoufalę, zdubbingowanych...

Do tej pory miałam jedynie styczność z adaptacją Disneya, zapewne wielu osobom znana. Uważam, że wciąż film ten ma swój urok, tak charakterystyczny i dziś dla postaci oraz kreski spod znaku Disneya. Klasyczna animacja to jest coś. Duże coś.



Mało kto wie, że jest i wersja japońska. A jak! Nie udało mi się jej jeszcze obejrzeć, ale się zamierzam. :)



Film Burtona także już niedługo zawita do Kraju Kwitnących Wiśni.


Alicja w Krainie Czarów inspirowała i nadal inspiruje wielu artystów, wizjonerów, designerów. Począwszy od strojów japońskich lolitek po gwiazdy muzyki pop. Dla przypomnienia świetne video do świetnej piosenki Gwen Stefani. Enjoy!

czwartek, 11 marca 2010

kuchniowo #3

Postanowiliśmy zmierzyć się z mufinkami. Dostaliśmy mnóstwo przepisów od M. Mieliśmy też już niejedną okazję skosztować mufinek właśnie by M. Lecz stwierdziliśmy, ze trochę zaszalejemy i do mufinek dodamy zieloną herbatę matcha. I wyszło nam zielono. :)


Co potrzebujemy:

375g mąki
155g masła
170ml mleka
2 jajka
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
sproszkowana zielona herbata matcha (ilość nieznana, choć w okowach pamięci mam jakieś dwie łyżki stołowe)
cukier puder
posypka czekoladowa do mufinek

Co robimy:

Na początek roztapiamy masło z cukrem. Jajka trzeba rozbełtać (niezłe słowo :)) z mlekiem. Mąkę łączymy z solą i proszkiem do pieczenia, a potem do tego wszystkiego dodajemy mleko z jajkami oraz masło z cukrem. M. zaleca, aby mieszać drewnianą łyżką. My barbarzyńską włączyliśmy mikser. :) I tu właśnie pojawia się matcha. Kiedy już wszystko ma ładny zielony kolor, nakładamy ciasto do formy (najlepiej silikonowej, bo się nie przypieka). Mniej więcej do 3/4 wysokości foremki do mufinek. Następnie pieczemy przez około 20 minut w temperaturze 200-220 stopni. Należy sprawdzić patyczkiem/wykałaczką, czy mufinki są w środku upieczone. A potem już tylko podawać i zajadać się. Yummy!

p.s. Smak matcha, jak wiadomo jej smakoszom, nie jest zbyt słodki. Warto więc obsypać mufinki cukrem pudrem i dodać jakaś posypkę (świetnie się sprawdziła czekoladowa). I że też zacytuję Dorotas na koniec: "Wyszły genialnie". A co! :)

p.s. I jeszcze link do kilku przepisów oraz odpowiedź na pytanie, co to jest mufinka. :)

środa, 10 marca 2010

tanjōbi no keeki

W Japonii jakoś niespecjalnie celebruje się wejście w kolejną wiosnę, że tak eufemistycznie ujmę urodziny. :) Jak już się jakiś delikwent trafi w pracy, to koledzy śpiewają mu Sto lat, sto lat. Po angielsku rzecz jasna. I jest jakieś ciacho. Jednak wpływy z Zachodu (sic!) sprawiły, że birthdays są bardziej popularne, szczególnie wśród młodzieży. A już przyjęcie urodzinowe z tortem, świeczkami, balonikami etc. dla dzieci to mus. Tak przynajmniej zasłyszano. :)

Jest jednak kilka takich okazji w życiu japońskiego człowieka, których celebrowanie jest ogólnokrajowe i baaardzo ważne. Na przykład shichi-go-san, czyli święto wszystkich dzieci, które kończą w danym roku siedem (shichi), pięć (go) lub trzy (san) lata. Kolejnym jest hatachi, dzień, w którym wszystkie osoby z danego rocznika świętują swoje dwudzieste urodziny, a tym samym wkraczają w dorosłość. Tak, dwa lata później niż w Polsce. A gdzieś przy końcu jest i kanreki, czyli dzień,w którym dana osoba kończy sześćdziesiąt lat.

A ten cały wykład po to, abym się mogła pochwalić tym:


Zostały już po nim tylko mgliste wspomnienia... Jeszcze raz wielkie dzięki. Kisu. :)