niedziela, 15 lipca 2012

Życie jak w Tochigi. Na japońskiej prowincji.


Zacznę od tego, że chyba nie ma w Polsce osoby zainteresowanej w jakimś stopniu krajem o nazwie Japonia, która by chociaż raz nie zerknęła na blog Na wsi w Japonii. Już sam tytuł intryguje, bo zwykle, jak Japonia, to wielgachne Tokio, super szybkie pociągi, manga i anime, a nie jakaś tam wieś. To w Japonii w ogóle jest wieś?

Ano jest i ma się całkiem nieźle. :) Anna Ikeda vel dwakoty odsłania trochę swojej codzienności - lepsze i gorsze momenty, historie całkiem trywialne i te bardziej dla nas egzotyczne, bo przecież akcja dzieje się w Japonii. Ale autorka już na samym początku nas przestrzega: "I żeby nie było żadnych wątpliwości - nie jest to książka o Japonii. Jest to książka o moim życiu w Japonii. Z góry przepraszam." (s. 5).

Wydawać by się mogło, że to kolejne czytadło o Japonii, jakich napisano już wiele. A jednak jest pewna znacząca, dla mnie przynajmniej, różnica. Bo choć może i część informacji zawartych w Życie jak w Tochigi. Na japońskiej prowincji nie jest odkryciem, to jednak nie musiałam znowu czytać cały czas o tym samym, a udało mi się zdobyć nowe informacje, poznać lepiej region Tochigi, dowiedzieć się więcej o matsuri, shintō, a opisane przez dwakoty jej doświadczenie bycia pastorem, potyczki z teściową z japońskimi konwenansami w tle oraz perypetie związane z życiem zawodowym rozbawiły mnie do łez. :)

"Zawsze wpajano mi, że cudzoziemiec nigdy nie zrozumie w pełni Japończyka, bo niby tacy odmienni od reszty świata jesteśmy na tych naszych wyspach. A tu proszę: siedzimy tutaj, dwie kobiety w tym samym wieku, ale z innych kultur i jakimś cudem ty rozumiesz mnie lepiej niż moja własna siostra. Więc albo ze mnie kiepska Japonka, albo ty jesteś bardziej zjapońszczona, niż mi się wydawało." (s.180)

Książka podzielona jest na rozdziały, a każdy stanowi odrębną całość, którą czyta się szybko i przyjemnie. Wydanie jest miłe dla oka, twarda okładka nawet nie bardzo mi przeszkadza, papier taki, jak lubię, ale. Ale dotyczy zdjęć. Miałam okazję zerknąć na "dziecię" dwóchkotów zanim jeszcze ujrzało światło dzienne, że się tak wyrażę, więc trochę szkoda, że inni czytelnicy będą musieli oglądać zdjęcia Anny w gorszej jakości. Część z nich ma swój urok na takim papierze i w takich barwach, ale część nie. Brakuje mi również podpisów pod zdjęciami, bo znowu - część z nich może stanowić ładne tło do tekstu i tyle, ale część z kolei stanowi zagadkę i przynajmniej ja chciałabym wiedzieć co to?. Wszystkie zdjęcia (poza portretem) są autorstwa dwóchkotów, co jest dla mnie wielkim plusem.

Mamy więc już jasność, o czym Życie jak w Tochigi. Na japońskiej prowincji nie będzie. I muszę powiedzieć, że ten zapobiegawczy zabieg bardzo mnie ucieszył, bo Anna Ikeda mogła mieszkać w zupełnie innym świecie, a wtedy jej historie byłyby równie zabawne i ciekawe, ale tło stanowiłaby inna rzeczywistość - brazylijska, czeska etc. Stało się tak, że akurat jej życie toczy się w Japonii. I nie będę ukrywać, że mnie to w głównej mierze skłoniło do sięgnięcia po książkę. Jak i pewnie wielu innych czytelników. Miejmy jednak w głowach w czasie czytania przestrogę, że Japonia jest tu jedynie (interesującym) dodatkiem.

Więcej informacji na stronie wydawnictwa. Polecam!

(Cyt. za: Anna Ikeda, Życie jak w Tochigi. Na japońskiej prowincji, Warszawa 2012.)

11 komentarzy:

  1. Ja właśnie czekam na książkę od wydawnictwa:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytnięte i troszkę opisane już :) Fajna książka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, pokazująca, że Japonia to normalny kraj, a nie Disneyland. :)

      Usuń
  3. Az mi sie cieplo na sercu zrobilo!!! I zamurowalo mnie z wrazenia, bo wiem, ze w swoich recenzjach zazwyczaj w slowach nie przebierasz! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówiłam, że będę trochę słodzić, po znajomości. ;) A tak poważniej - Twoja książka jest miła, lekka, fajna i przyjemna, więc nie oczekuję od niej niczego poza dobrą rozrywką. A że przy okazji jednak się kilku rzeczy nowych dowiedziałam, to tylko utwierdziło mnie w mojej ocenie Życie jak w Tochigi. Na japońskiej prowincji. Poza tym nie jestem japonofilem i doceniam ludzi, którzy widzą też "ciemną stronę mocy". :) Pozdrawiam

      Usuń
  4. Właśnie czytam :) Wypożyczyłam z biblioteki, żeby się przekonać, czy warto sobie kupić. I chociaż przeczytałam dopiero dwa rozdziały, to już wiem, że warto. Jedyne, czego mi brakuje, to podpisów do zdjęć. Ale poza tym - super. No i książka ładnie wydana, to też plus.

    OdpowiedzUsuń
  5. Podobało mi się, ale czuję jakiś rozdźwięk między rozdziałami z anegdotkami, a rozdziałami - nazwijmy to - bardziej historycznymi. Nie mogę się przez to oprzeć wrażeniu, że najlepiej by było tę pozycję pociachać na dwie części, rozwinąć je, jakoś sensownie poukładać i wydać osobno - jedną, jako coś w stylu pamiętnika, a drugą - już całkowicie popularnonaukową.

    http://www.zakamarek2013.blogspot.com/2014/01/zycie-jak-w-tochigi.html

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytając można zuważyć frustrację i złość Ikedy na cały świat.Jest to kobieta niezadowolona z życia wyżywająca się słownie na swoich dwóch blogach,wyzywająca ludzi, użwając przy tym poniżające komentarze do innych nadziane hamskimi tekstami.Podobny styl można zauważyć w jej książce.Jest to raczej kobieta bardzo niezrównoważona psychicznie i nanipulantka która jedno mówi,a drugiemu zaraz zaprzecza.Polecam poczytać jej blogi "Na wsi w Japonii" oraz "Japońskie kosmetyki" jakim rażącym językiem się wyraża o ludziach.Wstyd tylko że to Polka bo psuje Polakom opinie w Japonii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. miki kross masz starczy uwiąd . Zacznij brac hormony bo w przeciwnym wypadku zostanie ci tylko do wyboru gazeta polska i radio maryja ;) zawsze tez mozesz poszydelkowac mohera , czytanie to nie zajecie dla wszytkich

      Usuń
    2. miki kross, każdy ma prawo wyrażać własne zdanie, ale wydaje mi się, że Twoja ocena jest nieco na wyrost - chyba ze znasz osobiście Annę Ikedę... żyjemy w na tyle wolnym świecie, ze nikt nam jeszcze nie każe czytać tego, co Anna Ikeda pisze, jeśli nam to nie odpowiada. :)
      miki kross, MrMega, bardzo proszę nie używać mojego bloga jako pola walki na słowa - jeśli jest taka potrzeba, proszę to robić gdzie indziej. To pierwsze i ostatnie ostrzeżenie.

      Usuń